Miesiąc: Marzec 2017

Dlaczego kocham „koło gospodyń wiejskich”, czyli jak pojechałam do Chin.

Dlaczego kocham „koło gospodyń wiejskich”, czyli jak pojechałam do Chin.

Dzisiaj kolejny raz spotkałam się z krzywdzącą opinią, która stwierdzała, że w ludowych wzorkach można wybrać się na spotkanie koła gospodyń wiejskich. Oczywiście, że tak, ale podejrzewam, że dla tych pań będzie to marna imitacja tego, co noszą na sobie od święta. Ocena ta jest o tyle dla mnie dziwna, że teraz folklor wraca do łask i pojawia się w elementach garderoby, fryzurach, wzorach na torebki. Osoba, która przelała moją czarę goryczy hiperbolizowała, ale skłoniła mnie tym do pewnej refleksji co ja na ten temat uważam i dlaczego troszkę się oburzam.

A do posłuchania Kapela Hanki Wójcik i Znachorka.

Czynnie działam w zespole ludowym. Jest to dla mnie ogromny prestiż i powód do dumy, chociaż wiele osób tego nie rozumie. Może też dlatego moje oburzenie jest tak samo stronnicze jak pogarda osób, które z folklorem nie mają do czynienia inaczej niż przez pryzmat Ko Ko Eurospoko (co w tamtym czasie moim zdaniem było kunsztem, bo w punkt opisywała naszą piłkę nożną). Chciałabym jednak powiedzieć co mnie dał folklor i dlaczego uważam, że ten polski jest taki dla nas ważny.

1. Pasja.

Początkowo traktowałam to jako zamiennik dla brakujących zajęć fizycznych. Szybko jednak okazało się, że to zajęcia fizyczne były moim zamiennikiem. Byłam beznadziejna: zero koordynacji ruchowej, podstaw elementarnej wiedzy na temat tańców ludowych, nieprofesjonalny śpiew. Jednak dzisiaj jestem z siebie dumna. Mimo wielu łez wylanych na próbach i po nich, siniaków, których nabawiłam się na sali treningowej i pod prysznicem, kiedy próbowałam nawet tam uczyć się obrotów lubelskich, nie zważając na wiele szyderczych głosów, które nie wierzyły, że nauczę się wszystkiego – udało mi się. Dzisiaj tańczę, śpiewam, chodzę na koncerty i myślę, że nie jestem wcale taka zła.

IMG_7019

2. Przyjaciele.

Jasne, ci z dawnych lat i ze studiów też się liczą! Ale nigdzie nie usłyszałam tylu prawdziwych (chociaż czasem bolesnych) słów, tyle motywacji, podnoszenia na duchu. Tam się wszyscy znają, wiadomo, niektórych lubi się mniej, innych bardziej, ale mam swoją paczkę, z którą mogę zrobić wszystko. Jak to się mówi – są do tańca i do różańca. Dosłownie.

3. On.

Człowiek, którego poznałam dzięki zespołowi, z którym dzielę nie tylko pasję, ale i wolne chwile. Resztę zachowam dla siebie.

img_0295

4. Niezapomniane imprezy.

Kiedy ktoś wzdycha i mówi: kiedyś to były imprezy! Przychodziło się i tańczyło, teraz wszyscy podpierają ściany; wtedy ja nie rozumiem. U nas w zespole imprezy są jak te prywatki z PRLu – taniec, taniec, taniec! Ze wspominanym moim ukochanym zwykliśmy zamykać parkiet o 7 rano. I tak bez przerwy od 23. Mamy swoje miejsce w siedzibie, które traktujemy jak dom – dbamy o niego, stroimy go i sprzątamy. Tam zagina się czasoprzestrzeń – i to dosłownie, bo znajduje się w piwnicy i nie da się bez zegarka odróżnić 23 od 6 rano.

5. Dobra prezencja.

Tyle zdjęć w pięknych strojach nie miałabym nawet gdyby jakiś fotograf zobaczył we mnie muzę i postanowił zrobić mi sesję zdjęciową nawiązującą do polskiego folkloru. Miałam już na sobie strój śląski, krakowski, sądecki, rzeszowski, lubelski , beskidzki łowicki. Do kompletu brakuje mi tylko szlacheckiego, ale jestem w chórze, więc raczej nie mam na niego szans. Przed koncertem jednak zawsze z dziewczynami stroimy się, malujemy i odprasowujemy. I mimo, że sama mam długie włosy, to na tak dwa, piękne warkocze w życiu by mi ich nie wystarczyło.

DSC_0325

Fot. FOTOlaf

6. Ciekawe hobby w CV.

„Tańczy pani w zespole ludowym? Proszę nam o tym opowiedzieć”. Oczywiście, z przyjemnością, mogę taką opowieścią zapełnić całą godzinę przeznaczoną na rozmowę kwalifikacyjną. A takie piękne hobby wygląda naprawdę imponująco w CV i przykuwa uwagę. Można pochwalić się aktywnością fizyczną, znajomością wielu ciekawych piosenek ludowych oraz niezapomnianymi wspomnieniami.

7. Podróże.

I wreszcie to. We wrześniu dzięki zespołowi poleciałam do Chin, spędziłam tam wspaniały czas w pięciogwiazdkowym hotelu, stykając się z zupełnie inną kulturą. I to za naprawdę niedużą kwotę. Od pięciu lat jeżdżę na wakacje zawsze z zespołem (chociaż nie tylko) i nie tylko fajnie spędzam czas w nowym miejscu, z ludźmi których lubię, ale i także nie przejmuję się transportem, noclegiem, posiłkami. Wszystko wliczone w niedużą cenę, jaką muszę zapłacić. Tanio i przyjemnie – bajka! Dzięki zespołowi byłam już (oprócz Chin) w Brasov w Ruminii, w Pilźnie w Czechach, w Saraj w Turcji i w Burgas w Bułgarii. Dodatkowo związane są z tym inne benefity, takie jak prywatne zwiedzanie zamku Drakuli, czy oglądanie na żywo pokazu przechodzenia po rozżarzonych węglach (z możliwością spróbowania).



Każdy więc kto mówi, że folklor to koło gospodyń wiejskich niech wie, że to też jest piękne, bo pewnie za kilkadziesiąt lat sama takie stworzę. Teraz jednak w Polsce (ale i na świecie) jest mnóstwo młodych ludzi, którzy mają wspaniałą pasję, świetnie tańczą, pięknie śpiewają i mieli na sobie więcej razy piękne rzeczy niż niejedna szafiarka czy modelka.

Nie oceniaj książki po okładce. Nie oceniaj folkloru po wzorku.

Islandia po angielsku

Islandia po angielsku

Ostatnio coraz więcej mówi się o czytaniu książek w oryginale, co moim zdaniem jest fantastyczną sprawą. Wielokrotnie miałam już do czynienia z lekturami w języku angielskim, jedne były trudniejsze, inne banalnie łatwe, ale zawsze byłam w stanie pojąć sens fabuły i wynieść z lektury kilka fajnych rzeczy.


Ostatnio bardzo popularne stają się wydawnictwa ze słownikiem – kiedy to książka na marginesach ma wypisane trudniejsze lub przydatne w lekturze słówka, albo na nieparzystych stronach mamy tekst w oryginale, a na parzystych w języku polskim. Uważam, że to świetne rozwiązanie, chociaż trochę dla leniwych. Więcej możecie poczytać o tym tutaj.

Wielokrotnie czytając książki po angielsku sięgałam do słownika. Ba! Czasem nawet trudniejsze zwroty, a nawet całe zdania tłumaczyłam z pomocą nieodłącznego Google. I wiecie co? To uczy, słówek, rozumienia tekstu i samodzielności. Bo o ile czytanie samo w sobie jest wspaniałe, a czytanie w innych językach godne podziwu, to ja nie lubię iść na łatwiznę. Większość książek czytam na iPhonie, który dzięki aplikacji iBooks znacznie ułatwia lekturę – słowa, których nie znamy możemy zaznaczyć i sięgnąć do wbudowanego słownika, który dodatkowo tłumaczy nam to słowo po angielsku, co również znacznie nas rozwija.

Telefon. Czytnik. Komputer.

Takim oto sposobem trafiłam na naprawdę świetną książkę, która urzekła mnie i sprawiła, że zakochałam się do szaleństwa w Islandii. To książka Island. Defrosted Edwarda Hancoxa, który opisuje nie tylko turystyczne atrakcje tego kraju, ale także jego faunę i florę, mentalność ludzi oraz ciekawostki, których na pewno nie wiecie o Islandii. Swoją podróż prezentuje etapami, pokazując nam za równo oddalone od wielkich miast domostwa położone na lodowcu, jak i zatłoczony i głośny Rejkiavik.

Czy wiedzieliście, że Islandia ma największy odsetek obywateli, którzy czytają? Niemalże wszyscy są statystycznymi książkoholikami! Nawet mogą pochwalić się własnymi produkcjami, ponieważ prawie każdy coś swojego wydał, co jest dla mnie absolutnie fantastyczne. Dodatkowo książka ma szczególne znaczenie i bardzo często pojawia się jako prezent dla drugiej osoby – zresztą niesamowicie wyszukany i w dobrym guście.

Islandia, jak wiadomo jest wyspą sąsiadującą z zimną Grenlandią, sama składa się w 11% z lodowca. Praktycznie 2/3 całej populacji zamieszkuje Rejkiavik i jego okolice – reszta rozsiana jest po dalszych częściach państwa. Stolica jednak jest miejscem niezwykle żywym, co szczególnie można zobaczyć w weekend. Islandczycy wychodzą na ulicę dopiero po 23, wcześniej można spotkać tylko nieobytych z tamtejszymi tradycjami turystów. Islandczycy uwielbiają się bawić – dużo tańczą, a nad ranem koniecznie idą na hot-doga przed powrotem do domu. A jest w czym wybierać, ponieważ właśnie tam można zjeść tego fast-fooda z cebulą i całą paletą najróżniejszych sosów.

Zakochałam się w tym miejscu tylko po przeczytaniu książki. Tak bardzo chciałam tam pojechać, teraz, zaraz, natychmiast, że zaczęłam nawet rozglądać się za jak najszybszym lotem do Rejkiaviku, ale niestety, obowiązki wciąż trzymają mnie w Krakowie.

Mieliście taką książkę, która przekonała was do czegoś, o czym nawet nie mieliście pojęcia?

Czym są dla mnie dobre maniery?

Czym są dla mnie dobre maniery?

Dzień dobry, do widzenia, proszę i przepraszam. To niby tylko słowa, ale tak naprawdę wiele mówią o tym, jakimi jesteśmy ludźmi, czy potrafimy się zachować, czy też prezentujemy klasyczny rodzaj gbura. Porozmawiajmy zatem o… dobrych manierach.


Czym są dla mnie dobre maniery?

W telegraficznym skrócie: zwykła, ludzka empatia dla innych, także dla zwierząt. Trzeba brać pod uwagę, że swoim nietaktownym zachowaniem możemy kogoś skrzywdzić, albo zwyczajnie urazić. Najlepiej trzymać się zasady: nie czyń drugiemu co tobie niemiłe. Jeśli więc chcielibyśmy, żeby naszej babci ktoś ustąpił miejsca w tramwaju, to sami też tak zróbmy. Chcemy aby ludzie zwracali się do nas z szacunkiem, a nie warczeli bez powodu? A więc zachowujmy się tak, jakbyśmy sami chcieli zostać potraktowani. Moim zdaniem to najlepszy sposób – pomijając skrajne przypadki kiedy ktoś ma kompletnie w nosie jak traktują go inni.

Uśmiechajmy się więc, nie warczmy na siebie, mówmy sobie dzień dobryprzepraszam, gdy kogoś nadepniemy w autobusie. Nic tak nie irytuje jak ktoś, kto zrobił nam coś złego, nawet niewielką rzecz, a udaje, że znajduje się w innym wymiarze i wcale nic się nie stało. Może nie mamy złamanej nogi, ale zwykłe przepraszam znacznie polepsza zdanie innych o nas.


Nie każdy jednak jest idealny, a czasem ma po prostu zły dzień. Są jednak rzeczy, które irytują mnie wyjątkowo i uważam, że nawet jeśli czujemy się źle powinniśmy jakoś się w takich sytuacjach zachowywać. Byle jak, ale jednak się zachowywać.

1. Najgorsze zło tego świata: pasażerowie – właściciele środków komunikacji miejskiej.

Codziennie rano jeżdżę autobusem do pracy, wcześniej na studiach również przemieszczałam się transportem zbiorowym. Stąd wiem, że najbardziej irytujący są dla pasażerów współpasażerowie. Ci, którzy wsiadając do autobusu/tramwaju/metra/trolejbusu/pociągu nie rozumieją, że najpierw się wysiada, głównie ze względów praktycznych. Kiedy ktoś wysiądzie z autobusu, automatycznie zrobi się trochę miejsca na kolejnego, wsiadającego pasażera.

Irytujący są również Ci, którzy „zaraz wysiadają”. Byłam raz świadkiem sytuacji wręcz kuriozalnej – w autobusie zepsuły się tylne drzwi, a ścisk był większy niż zwykle. Kiedy odkryłam, że z tyłu można dosłownie leżeć na podłodze, natychmiast tam przeszłam (oczywiście przez dziesięć osób, które bały się odejść od działających drzwi dalej niż dwa metry w obawie o własne życie). Kilka osób na kolejnych przystankach zrobiło dokładnie tak jak ja, znajdując nawet miejsca do siedzenia! Przez całą trasę obserwowałam jak wiele osób nie wsiada do zatłoczonego autobusu, ponieważ jeden z panów stanął w przejściu i zatarasował je dla innych. Kiedy zapytałam go dlaczego się nie przesunie, bo wiele osób nie może wsiąść do autobusu odparł nieśmiertelne „ja zaraz wysiadam” po czym przejechał razem ze mną sześć następnych przystanków…

Autobus to miejsce publiczne, to znaczy, że może z niego korzystać każdy. Znajdźmy sobie więc takie miejsce, aby inni też mogli z niego korzystać. Jeśli mamy natomiast zamiar wsiąść do autobusu – wystarczy stanąć z boku drzwi i poczekać trzydzieści sekund.

2. „Gentelmeni” na chodniku.

Mamy równouprawnienie, co panowie uwielbiają podkreślać zawsze wtedy, kiedy trzeba ponieść coś ciężkiego. Nigdy nie mam ochoty tłumaczyć, że w równouprawnieniu nie chodzi o pracę na tych samych warunkach w kopalni, ale o ludzkie i równe traktowanie, którego nierzadko brakowało. Jednak kiedy czasem idę chodnikiem, a z naprzeciwka idzie trzech panów, przytulonych ramię do ramienia jak trojaczki syjamskie to wkurza mnie, że muszę zejść im z drogi inaczej mnie stratują (i przy okazji moje ciężkie zakupy). Albo jak przepychają się w drzwiach, byle jak najszybciej i po trupach dotrzeć do celu. Nie będę się z nikim bić, ale to naprawdę źle wygląda, panowie. Czasem wasza siła też się przydaje, kiedy próbuję wsadzić na półkę w pociągu ciężką walizkę, a każdy mężczyzna odwraca wzrok, mocniej wciskając słuchawki do uszu byle tylko nie usłyszeć mojego przepraszam, czy mógłby mi pan pomóc…?

3. Słucham cię, słucham…

I największa zmora, której wręcz nienawidzę. Niesłuchanie ludzi, z którymi się rozmawia. Taki obrazek: grupa osób, rozmawiają, każdy z jedną, dwiema najbliższymi osobami. W jednym kręgu ktoś zaczyna coś opowiadać i osoba, do której mówi nagle… odwraca się i zaczyna rozmawiać z kimś innym. To nietaktowne, brzydkie i okropne. Szczególnie dla osoby, która właśnie została olana. Zawsze, nawet jeśli ktoś przerywa mi słuchanie staram się mimo wszystko zakończyć rozmowę. Proszę wtedy osobę, która się wtrąca, aby chwilę poczekała, wysłuchuję wszystkiego, co dana osoba ma mi do powiedzenia i wtedy zwracam się do tej drugiej. Chyba, że to coś niecierpiącego zwłoki i krótkiego, wtedy przepraszam pierwszego rozmówce. Nie zawsze to wychodzi – czasem w ferworze emocji, imprezy czy innych okoliczności wszyscy pod tym względem zawodzą, ale zatrważająca jest skala tego, co się dzieje. A jeśli nie mamy ochoty z kimś rozmawiać, wystarczy przeprosić tę osobę, wymigać się toaletą, albo obiecać dokończenie tematu później.

Co skłoniło mnie do tego długiego wywodu? Przeczytałam właśnie książkę o dobrych manierach autora bloga dobremaniery24 Adama Jarczyńskiego, który jest związany jest z branżą public relations, ale także z protokołem dyplomatycznym. Często wypowiada się na tematy co wypada, a co nie, konsultuje także wiele prestiżowych wydarzeń pod kątem dobrego zachowania. Swoje doświadczenia wyniósł z domu, ale szlifował je wśród wielu dyplomatów. Na jego książkę Z klasą, na luzie. Dobre maniery, zdrowy rozsądek i sztuka łamania zasad trafiłam zupełnie przypadkiem. W większości zasady przedstawiane przez autora są mi znane i stosuje je w swoim życiu (albo przynajmniej się staram), ale o wielu dowiedziałam się z książki.


Czy wiedzieliście że… kolor brązowy zarezerwowany był w Anglii dla chłopstwa? Na tym kolorze marynarki nie było widać zabrudzeń, stąd arystokracja i bogatsi obywatele unikali tego odcienia jak ognia. Obecnie przyjmuje się, że po godzinie 18-20 lepiej nie zakładać niczego w kolorze brudnego brązu, a jeśli już to należałoby postawić na ciemny odcień.

W książce znajdziemy czternaście rozdziałów, które odkryją przed nami wszystkie zagadki dobrego i taktownego zachowania. Będziemy wiedzieli na przykład jak ubrać się do kina, czy teatru, jak taktownie wybrnąć z niewygodnych rozmów, jak zachowywać się w sieci, jak pisać poprawne, pełne dobrych manier maile. Urzekła mnie prostota tej książki – sytuacje z życia wzięte i proste sposoby jak nie dać się zwariować, a wyjść z twarzą. Wystarczy naprawdę trochę zdrowego rozsądku i ludzkiej empatii.

Czy wiedzieliście, że… należy zawsze otwierać prezent przy osobie, która nam go dała i bezwzględnie się ucieszyć, nawet jeśli jest nietrafiony? Wyjątkiem jest Japonia – tam nietaktem będzie zajrzenie do prezentu, ponieważ jeśli na naszej twarzy pojawi się chociaż niezamierzony cień niezadowolenia może to głęboko Japończyka urazić. 

Adam Jarczyński wie o czym pisze i wie jak pisać. Prowadzi bloga na którym daje swoim czytelnikom praktyczne i proste rady i to samo dzieje się w książce. Nie ma tam wydumanego protokołu dyplomatycznego, ale codzienne sytuacje, w których możemy w łatwy sposób taktowanie się zachowywać.

Przyznam szczerze, że dopiero po przeczytaniu książki zerknęłam na bloga, który utrzymany jest w ładnym, prostym tonie. Jednak już po kilku postach ma się wrażenie, że w książce nie znajdziemy niczego, czego nie ma już na blogu: prezenty, narciarski dekalog i tak dalej i tak dalej. Książka to blog w pigułce – abyśmy mogli z niej skorzystać w każdej chwili, zerknąć i sprawdzić co wypada, a co nie.

Idealny babski wieczór

Idealny babski wieczór

Przychodzi taki czas, że trzeba odłożyć na chwilę poważne, wymagające książki i zająć się chwilowo czymś co nas odstresuje i pomoże pochłonąć lity tekst dosłownie w jeden wieczór. Wtedy też należy sięgnąć po coś lekkiego, ale nadal na wysokim poziomie. Moim strzałem w dziesiątkę pod tym względem okazały się książki Jojo Moyes, a ostatnio też… Mary Kay Andrews, która na polski rynek wydawniczy weszła po cichu książką Babski wieczór.

Autorka książki to dziarska babka po sześćdziesiątce. Tym bardziej jej powieści zaskakują nie tylko humorem, ale i nutką dekadencji i nowoczesności. Mieszanka wybuchowa? O tak! Mary Kay Andrew jest Amerykanką, która przez czternaście długich lat pracowała jako dziennikarka w najbardziej poczytnych tamtejszym magazynach takich jak The Savannah Morning News, The Marietta Journal i The Atlanta Journal-Constitution. Potem postanowiła zająć się pisarstwem, co przyniosło owoce dopiero po długim czasie, ale opłaciło się. Została okrzyknięta bestsellerową autorką New York Times’a, a jej powieści podbijały listy bestsellerów na wiele tygodni. Zmieniła więc swoje prawdziwe nazwisko na pseudonim: Mary Kay Andrews.

W Stanach Zjednoczonych wydano 24 jej powieści, w Polsce, niestety tylko jedną, ale już słyszałam plotki, że może pojawić ich się więcej. Trzymam kciuki i mam nadzieję, że Wy również będziecie je trzymać razem ze mną jak tylko sięgnięcie po Babski wieczór.

Kolorowe okładki to znak rozpoznawczy Mary Kay Andrews. 

Główną bohaterką jest Grace, znana blogerka lifestylowa, która swoją popularność zdobyła dzięki ciężkiej pracy i kreatywnym pomysłom. Doradza w jaki sposób dobrać odpowiednio materiały na zasłony do wystroju mieszkania, jak podrasować przepis na zupę krabową, ale również gdzie szukać specjalnych promocji. Wiedzie idealne życie – ma pracę o jakiej zawsze marzyła i z której czerpie ogromne korzyści finansowe, kochającego, przystojnego męża, trzy piękne samochody w garażu, cudowny dom. Żyć, nie umierać. Pewnego idealnego wieczoru znajduje jednak swojego idealnego męża w łóżku (a ściślej w samochodzie) z własną asystentką. W przypływie gniewu wjeżdża jednym z idealnych samochodów swojego idealnego męża do basenu i bez zastanowienia porzuca go. Nadmiar słów „idealny” i jego odmian jest tutaj konieczny. Trzeba wyobrazić sobie miejską, amerykańską sielankę, która pryska niczym bańka mydlana. Nagle okazuje się, że znowu mieszka z matką, której styl życia odbiega od tego, co promowała na blogu córka (niezdrowe jedzenie, stare rupiecie w każdym kącie, nieprzywiązywanie wagi do sterylnej czystości). Zwykłe życie kontra nowobogackie wnętrze.

To jednak nie koniec kłopotów Grace. Zostaje okradziona ze swojego bloga, do którego nigdy więcej nie otrzyma dostępu, nie może wejść do własnego domu, ponieważ ochrona nie chce ją wpuścić, a na rozprawie sądowej okazuje się, że cały majątek (który de facto urósł dzięki jej blogowi) zostanie w rękach jej męża. Na dodatek niesprawiedliwy sędzia (który ma więcej na sumieniu niż można się spodziewać) wysyła ją na terapię, która pozostawia wiele do życzenia. Na szczęście spotyka tam kilka kobiet w podobnej sytuacji, również rozwodzących się, oraz jednego, oczywiście przystojnego mężczyznę. Grace próbując ułożyć sobie życie na nowo rozpoczyna projekt marzeń odnawiając stary dom własnymi rękami (dosłownie zdziera paznokciami stare podłogi) i… zakochuje się. Co rusz jednak życie rzuca jej kolejne kłody pod nogi, jednak ona z lepszym bądź gorszym skutkiem radzi sobie z nimi.

W książce bardzo dużo się dzieje. Oprócz Grace zaglądamy także do życia jedynego mężczyzny na babskim wieczorze – Wayatta, którego los również nie rozpieszcza. Przez cały czas obserwujemy rodzącą się przyjaźń między członkami grupy terapeutycznej, ich perypetie związane z uzależnioną od środków uspokajających doradczynią rozwodową, ale też nieuczciwe poczynania sędziego i wiele, wiele innych wątków. Fabuła jest dostatecznie dobrze rozbudowana, żebyśmy nie nudzili się przez ani jedną stronę z tych 500 które oferuje nam Wydawca.

To nie jest książka, od której wymaga się, aby niosła ze sobą wielkie przesłanie, albo żeby czegoś nas nauczyła. Nie oczekujmy od niej skomplikowanych treści, górnolotnych opisów i literackiego majstersztyku. Ona ma bawić, relaksować i taka właśnie jest. Nie przepadam za tego typu książkami, ale nawet wśród nich znajdują się perełki – i to jedna z nich. Jeśli więc chcecie miło spędzić czas przy niezobowiązującej lekturze – sięgnijcie po Babski wieczór Mary Kay Andrews. Oczywiście, oprócz humoru znajdziecie tam amerykańską sielankę, rodem z komedii romantycznych i (UWAGA MALUTKI SPAM) szczęśliwe zakończenie. Właściwie dla wszystkich pozytywnych bohaterów.

A może amerykańska wersja bardziej się Wam spodoba?

Jeśli więc nudzicie się wieczorem, albo w tramwaju, albo na plaży i nie macie ochoty na powieść historyczną, literaturę piękną albo po prostu chcecie miło i przyjemnie spędzić czas – polecam serdecznie właśnie Babski wieczór – no, chyba, że NAPRAWDĘ nie cierpicie amerykańskiego stylu i lekkich książek, to omińcie szerokim łukiem.