Miesiąc: Maj 2017

Światło między oceanami

Światło między oceanami

Książki, które ktoś zechciał zekranizować dostają nowe życie. Ci, którzy ich jeszcze nie odkryli nagle dostają olśnienia. Albo sytuacja odwrotna – nagle cała rzesza ludzi zdaje sobie sprawę jak bardzo zła książka ujrzała światło dzienne. W tym pozytywnym aspekcie było również z ekranizacją Światło między oceanami. Niedawno  wróciła z nową, filmową okładką, tak nawiasem bardzo ładną.

M.L. Stedman pochodzi z Autralii, ale obecnie mieszka w Londynie. Te szczątkowe informacje pochodzą ze strony jej angielskiego wydawcy. Książka Światło między Oceanami jest debiutancką powieścią tej autorki.
Zebrała bardzo dobre recenzje, wspominające niezmiennie o jej poruszającej historii i potężnej grze na emocjach. Przez wiele tygodni utrzymywała się na liście bestselerów New York Timesa. Mimo to odnoszę wrażenie, że swój sukces w Polsce zawdzięcza dopiero ekranizacji, która odświeżyła okładkę na wydanie filmowe i przypomniała czytelnikom o tym niezwykłym melodramacie. W 2016 roku na ekrany polskich film wszedł film o takim samym tytule i nie tylko przyciągnął do kin wiele osób, ale i zaprowadził wiele osób do księgarni.

Historia jest niezwykła: ona i on, kochają się, zakładają rodzinę z dała od cywilizacji na wyspie z latarnią morską. Jednak los szybko zabiera im szczęście i Isabel traci kolejne dzieci. Owym światłem między oceanami ma być wyrzucona na brzeg łódka z małą dziewczynką w środku, którą para przygarnia jak swoją. Jednak ich radość nie trwa długo i jest zapowiedzią końca wszystkiego.

Trudno kochać lub nienawidzić bohaterów. W pewnym momencie nie wiemy już co jest moralnie w porządku, a co nie, ponieważ zawsze ktoś cierpi. Niektóre kłamstwa i błędy da się łatwo wytłumaczyć tym, że ktoś po prosty chciał ukoić ból, być szczęśliwym. Wyrzuty sumienia są zagłuszane dobrem innych. Zdajemy sobie jednak po jakimś czasie sprawę, że radość głównych bohaterów jest tragedią kogoś innego.

Bohaterowie są wyraziści, dokonują bardzo różnych wyborów. Dają nam się polubić do tego stopnia, że w pewnym momencie sam czytelnik daje im przyzwolenie na zawłaszczenie czyjegoś dziecka. Odsuwa się wtedy od siebie myśl, tak samo jak zrobiła to główna bohaterka, że gdzieś czeka prawdziwa matka na swoją zaginioną córeczkę.

Nie przepadam za literaturą tego typu, a jednak piękna okładka i (o zgrozo) trailer filmu skusiły mnie do sięgnięcia po książkę. I całe szczęście, ponieważ całość przypadła mi do gustu i momentami naprawdę rozczuliła. Jest napisana ładnym, prostym językiem, szybko się ją czyta i naprawdę gra na emocjach.

W leniwy dzień, kiedy słońce praży nam prosto w twarz można spokojnie wybrać tę właśnie książkę. 

 

Ogród małych kroków

Ogród małych kroków

Są takie książki, po przeczytaniu których chcemy robić dokładnie to, co bohaterowie: zaczynając od Harrego Pottera i niezmordowanego oczekiwania na list z Hogwartu, aż po wspaniałą wyprawę rodem z Władcy Pierścieni. Z książką Ogród małych kroków miałam podobnie: zapragnęłam mieć własny ogródek, albo chociaż uroczy balkon, na którym posadziłabym cudowne kwiaty, zielnik, ustawiła dwa krzesełka z poduszkami w pastelowych kolorach i przepiękny, biały stół z wielkiej szpuli budowlanej. Chociaż marzenie nie zostanie niestety w najbliższym czasie na pewno zrealizowane, to warto na początek poczytać jak komuś się udało i jak się w ogóle za to zabrać.

Abbi Waxman to Angielka, obecnie mieszkająca z mężem, trójką dzieci i całą masą zwierzaków w Los Angeles. Wywodzi się ze środowiska redaktorów: jej rodzice pracowali w tej branży. Po zaginięciu ojca jej matka zajęła się z powodzeniem pisaniem kryminałów. Sama autorka zajmowała się przed długi czas redagowaniem treści, a następnie została głównym dyrektorem kreatywnym w różnych agencjach w Londynie i Los Angeles. Obecnie skupia się jednak tylko na pisaniu. Ogród małych kroków to jest pierwsza jak dotąd powieść (oryginalny tytuł: The Garden of Small Beginnings). 


Pierwsze co zobaczyłam, to okładka, a że jestem estetką, która uwielbia piękne okładki – od razu się nią zainteresowałam. Notka od Wydawcy, dotycząca treści książki zachęciła mnie jeszcze bardziej. Nieczęsto sięgam po literaturę obyczajową, ale jeśli już to robię to wymagam od niej więcej. I tutaj się nie zawiodłam.

Mąż Lilian, Dan zginął w wypadku samochodowym trzy lata wcześniej, a ona pozostała zupełnie sama z dwójką małych córeczek: Anabel i Clare, która była jeszcze zbyt mała, by w ogóle ojca pamiętać. Pracuje jako ilustratorka dla wydawnictwa tworzącego podręczniki dla dzieci, nie ma zbyt dobrego kontaktu z matką, za to świetnie dogaduje się ze swoją przebojową siostrą Rachel, która prowadzi szczęśliwe życie singielki. Wszystko jednak zmienia się, kiedy do wydawnictwa przychodzi nowe zlecenie: zilustrowanie książki dotyczącej uprawy roślin w ogrodzie. Warunek jest tylko jeden – autorka musi się na tym choć trochę znać, otrzymuje więc w pakiecie kurs ogrodnictwa w każdą sobotę przez sześć tygodni.

Szybko okazuje się, że ta rozrywka zmieni na zawsze życie Lilian, jej córek, a nawet kilku innych osób: nie tylko dowiedzą się sporo o pielęgnacji ogrodu, ale także poznają wspaniałych ludzi, z którymi będzie łączyć ich przyjaźń. I jest oczywiście on, tylko, że Lilian nadal kocha swojego zmarłego męża i przeżywając żałobę gdzieś w głębi duszy boi się znów zakochać.


Ta książka ma bardzo wiele twarzy: jest tam miłość matki do córek i zmarłego męża, cała masa odcieni przeżywania żałoby, przyjaźń między siostrami i obcymi ludźmi, zauroczenie, pasja, a wreszcie cała masa ogrodnictwa i dobrego humoru. Książka utrzymana jest raczej w tonie humorystycznym, który czasem tylko przeradza się w lekko złośliwą ironię głównej bohaterki. Znalazłam tam naprawdę całą masę poprawiających humor sytuacji, w których wielokrotnie wybuchałam śmiechem. Temat poważny, który jednak został potraktowany bardzo po ludzku – zwłaszcza, że od śmierci męża Lilian minęły już trzy lata.

Bardzo ucieszyły mnie również porady dotyczące najróżniejszych warzyw: jak przygotować glebę, posadzić, nawadniać, chronić, dodawać im to, czego potrzebują, by dać dobre owoce. Dla mnie, początkującego ogrodnika (przynajmniej na razie w teorii) są to cenne informacje, chociaż trochę może zbyt szczegółowe jak na zupełnego laika. Każdy rozdział jest poprzedzony właśnie takimi poradami, które dodatkowo opatrzone zostały przepięknymi szkicami. Pomyślałam, że to po prostu majstersztyk kiedy zobaczyłam kolbę kukurydzy – z narysowanymi i wycieniowanymi (sic!) ziarnami!

Okładka jest po prostu urzekająca: twarz naprawdę pięknej kobiety wśród kwiatów i roślin: coś co zupełnie do mnie przemawia. Zerknęłam jak zwykle na okładkę wydania angielskiego i cóż… cieszę się, że Wydawnictwo postanowiło jednak zrobić coś zupełnie nowego.

Książka za granią zebrała bardzo dużo pozytywnych recenzji, nie tylko wśród innych autorów, także tych bestsellerowych, ale także wśród wielu krytyków. Również czytelnicy nie szczędzili dla niej wielu ciepłych słów. Dołączam się do nich z czystym sumieniem i mogę polecić Wam tę książkę, szczególnie teraz, kiedy wszystko rozkwita na naszych oczach: na pewno choć trochę zarazicie się pasją do ogrodnictwa. Niektóre wątki zostały pociągnięte zbyt szybko, albo trochę naciągnięte, jak sprawa z ogrodem Lilian, ale nie było tego zbyt dużo, więc po prostu przeszłam nad tym do porządku dziennego.

Jeślli chcecie podarować komuś lekką, przyjemną książę z morałem, albo sami macie ochotę po coś takiego sięgnąć: nie wahajcie się ani chwili. To, co napisała Abbi Waxman jest dobrą literaturą obyczajową opowiadającą historię Lilian na kilku, bardzo poważnych płaszczyznach, okraszoną humorem i ogrodniczymi poradami.

Za możliwość przeczytania książki przedpremierowo dziękuję Wydawnictwu Otwarte. 


Pozostaw po sobie komentarz – będzie mi niezmiernie miło, ponieważ nic tak nie motywuje do dalszej pracy jak zaangażowanie drugiej strony. 

Historia pszczół na dzień matki

Historia pszczół na dzień matki

Dlaczego zdecydowałam się na recenzję tej książki właśnie tego wyjątkowego dnia? Ponieważ akurat w Historii pszczół dużo się mówi o rodzicielstwie, oraz o matce, która jest gotowa poświecić wszystko dla ukochanego dziecka. Jeśli więc szukacie ciekawej lektury dla swoich mam – serdecznie polecam tę książkę.

Maja Lunde to norweska pisarka, znana głównie z książek dla dzieci. Historia pszczół to pierwsza powieść, którą napisała dla dorosłych i okazała się ogromnym sukcesem nie tylko w jej ojczyźnie. Jeszcze przed premierą 15 krajów zakupiło prawa do jej wydania. Niedługo potem otrzymała prestiżową Nagrodę Księgarzy Norweskich, co wyniosło ją na szczyt listy bestsellerów, gdzie pozostaje aż do teraz. 


Historia pszczół opowiada o niedocenianych, pożytecznych owadach, ale też o ludziach silnie z nimi związanych. To przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, która ukazuje nam autorka po wymarciu wszystkich pszczół. Pierwszym chronologicznie bohaterem jest William, który w końcu XIX wieku próbuje znaleźć sens życia i udoskonala ul. Jest jednak skazany niestety na niepowodzenie. Kolejny, George z dziada pradziada zajmuje się hodowlą pszczół i na początku XXI wieku pada ofiarą Colony Collapse Disorder, który skutkuje nagłym i niewytłumaczalnym zaginięciem wszystkich jego pszczół. Ostatnia bohaterka, Thao w końcu XXI wieku musi wraz z większością ludzkości ręcznie zapylać kwiaty. 

Maja Lunde na przykładzie Thao mówi nam jak będzie wyglądał świat, kiedy wszystkie pszczoły wyginą. Ludzie będą głodować, ponieważ nie dla wszystkich wystarczy jedzenia, a nawet Ci, którzy będą jeść otrzymają pokarm w zbyt małych ilościach. Miasta zaczną wymierać, nikt nie będzie dbał o nic, co nie będzie związane z rolnictwem: upadnie szkolnictwo, rozwój medycyny oraz technologii. Nie będzie telefonów komórkowych i internetu. Świat powróci do pierwotnych starań: priorytetem stanie się zdobycie pokarmu. 


Cała książka podzielona jest na trzy opowieści, każda osoba opowiada historię swojego życia: William badacza, George pszczelarza i Thao rolnika. Ich zadania są skoncentrowane na życiu pszczół i tego co robią dla ludzkości. Autorka płynnie przeprowadza nas przez wszystkie sytuacje, na końcu łącząc te trzy wątki w jedną całość. Zakończenie zaskoczyło mnie, chociaż w pewnym momencie zaczęłam się go domyślać. Bohaterowie zostali wyraźnie nakreśleni, mieli własne, często nieprzejednane zdanie. Ich życie podporządkowane zostało pszczołom. 

O samych pszczołach jest niewiele: podstawowe informacje, kilka cennych uwag o samej ich hodowli, czy budowie uli, a także o zjawisku, które obecnie trwa – Colony Collapse Disorder, które polega na tym, że poprzez wiele czynników pszczoły nagle znikają bez śladu lub umierają. Często po prostu w jednej chwili całe stado gubi drogę do ula, skazując siebie, larwy i królową pozostawione we wnętrzu ula na pewną śmierć. Jeśli chcecie więcej się o tym dowiedzieć polecam serdecznie angielski materiał. Miałam nadzieję, że ciekawych informacji o pszczołach będzie więcej, ale może faktycznie za dużo bym chciała od powieści. 


Bardzo wyraźnie zaznaczony został w książce wątek rodzicielstwa: nieporadnego ojca, niebędącego przykładem dla swoich dzieci, ojca, który czuje, że swoją prostolinijnością traci swojego bardzo inteligentnego syna i matki, która dla swojego małego synka zrobi wszystko: poświęci wolny czas na jego edukację, a nawet wyruszy w niebezpieczną podróż, aby go odnaleźć. Poświęcenie cierpiącej matki, która traci dziecko, ale najgorsze, że nie ma pojęcia dlaczego – milczący lekarze wcale nie pomagają jej zrozumieć. 


Fabuła ciekawie płynie, jest prosta, ale ma w sobie to coś. Nie jest to skomplikowana historia, ale opowieść o życiu całkiem zwykłych ludzi. Czyta się to bardzo szybko, może też ze względu na dosyć dużą czciocnkę, którą książkę obdarzyło wydawnictwo. Nie miałam też momentów, w których bym się nudziła. 

Jeśli chcecie przeczytać ciekawą, porządną powieść obyczajową i dowiedzieć się kilku ciekawych informacji na temat pszczół, to sięgnijcie po Historię pszczół, a nie zawiedziecie się – dostaniecie właśnie to, na co liczyliście. 

Od znieczulenia do operacji mózgu, czyli historia chirurgii według Jurgena Thorwalda

Od znieczulenia do operacji mózgu, czyli historia chirurgii według Jurgena Thorwalda

Jestem ogromną entuzjastką wszystkiego, co ma związek z chirurgią – czytam artykuły o dokonaniach lekarzy, oglądam seriale i czytam książki. Kiedy więc wpadłam dzięki mojej współlokatorce na trop książek Jürgena Torwalda to nie mogłam sobie ich odpuścić.

Historia chirurgii to trzy, pasjonujące książki: Stulecie chirurgów opowiadające o początkach chirurgii ogólnej, Triumf chirurgów o ciężkich próbach operacji mózgu, tarczycy i serca oraz najnowsza Ginekolodzy o odkrywaniu kobiecego ciała i tajemnic płodu. Thornwald przedstawia tam historie, które na kartach dziennika uwiecznił jego dziadek, słynny lekarz H.S. Hartmann, historyk chirurgii, który podążał śladami nowych odkryć.

Thorwald to niemiecki dziennikarz, pisarz i historyk, szczególnie zajmujący się tematyką medycyny sądowej i II wojny światowej.

Wszystkie trzy książki napisane są fantastycznym językiem, który wprowadza nas w klimat XIX wieku, kiedy to lekarze przeprowadzający operacje nie znieczulali swoich pacjentów i nie myli rąk. Przyglądamy się więc jak pewien dentysta odkrył uśmierzające ból działanie gazu rozweselającego, a następnie jego upadek po nieudanym eksperymencie. Nie możemy nadziwić się oporowi, jaki budzi się w znanych chirurgach, gdy jeden z nich przypadkiem odkrywa, że niemycie rąk powoduje wiele śmiertelnych chorób. Obserwujemy wielu lekarzy, którzy są pionierami w wielu dziedzinach, dzisiaj mocno rozwiniętych, którzy w swoim czasach doczekali się tylko opuszczenia i wyzwisk.

To, co przeraża w tej książce to fakt, że najprostsze rozwiązania takie jak mycie rąk  były najtrudniej przyswajane. Opór przed tym był ogromny. Wielu lekarzy musiało też zmagać się ze społecznym linczem, ponieważ odważyli się otworzyć brzuch człowieka.
Szczególnie utkwiła mi w głowie opowieść o pięknej dziewczynie, cierpiącej na wola tarczycy, wysoko rozwiniętego, którego musiała ukrywać pod ogromnymi kołnierzami i który wręcz ją dusił. Hartmann tak bardzo chciał jej pomóc, że poprosił o konsultację najlepszego lekarza obecnie zajmującego się z powodzeniem wycinaniem tarczycy. Na miejscu jednak okazuje się, że eksperyment przyniósł nieoczekiwane skutki – usunięcie w całości tarczycy powoduje zidiocenie.

Sam bohater stanął przed ogromną próbą. Jego żona cierpiała na raka przełyku, który powoli ją zabijał. W tym czasie jednak badania tej choroby posuwały się nieznacznie do przodu i były niewystarczające, aby kogokolwiek uratować. Jego bezsilność sprawia, że serce nam się kraje, zwłaszcza, że on tak dużo wie o medycynie, zna tylu wybitnych lekarzy i to wszystko na nic.

Czyta się te książki z zapartym tchem. Znajdziecie tam wiele naprawdę ciekawych informacji, ludzkie dramaty i beznadziejne próby podjęcia zmiany mentalności społecznej. W niektórych momentach wprost nie można uwierzyć jak ktokolwiek mógł wpaść na rozwiązanie tego czy innego problemu medycznego bez sprzętu, który posiadamy teraz. 

Jeśli więc chcecie spędzić czas przy pasjonującej i ciekawej lekturze – nie zastanawiajcie się ani chwili, a nie będziecie żałować.

Harry Potter i Przeklęte Dziecko

Kiedy emocje po kolejnej części i ponoć fenomenalnym spektaklu opadły przyszedł czas, aby przeczytać Harrego Pottera i Przeklęte Dziecko. Byłam sceptycznie nastawiona, zwłaszcza, że nie lubię, kiedy autor na siłę przedłuża serię (nawet mimo, że jest genialna), a już na pewno nie jestem zachwycona, kiedy robi z tego dramat. W tym przypadku dosłownie.


J.K. Rowling chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. Autorka słynnej serii o Chłopcu, Który Przeżył, magicznym świecie czarodziejów i złym Voldemorcie. Można lubić, albo nie, ale znać wypada. Wielu ludzi te właśnie książki zachęciły do czytania (jestem tą częścią ludzkości, która swojej przygody czytelniczej wcale nie zaczęła od Pottera).

Przeklęte Dziecko to dalsze losy trójki nieustraszonych przyjaciół, oraz ich dzieci, szczególnie niepodobnego do ojca, rozczarowywujacego Albusa Pottera, który zaprzyjaźnia się z Scorpiusem Malfoy. Para idealna. Wszyscy w szkole śmieją się z nich, wytykają palcami. W żaden sposób ci dwaj chłopcy nie przypominają swoich ojców, bądź co bądź popularnych.

W końcu wpadają na genialny pomysł, aby spróbować naprawić świat, który dzielny Harry Potter kiedyś zmienił dla pewnych osób na gorsze. W tym celu przenoszą się w czasie powodując ogromne zamieszanie. Do tego stopnia, że zmieniają bieg historii, a nawet doprowadzają do tego, że niektóry wcale nie przyjdą na świat.

Pomysł na książkę był naprawdę dobry, chociaż moim zdaniem nieco przesadzony: zły syn Harrego, który niedogaduje się z ojcem, nie potrafi czarować, ani latać na miotle. Jakby zupełnie nie był synem swojego ojca. Jednak to, jak w toku opowieści dowiadujemy się kto jest tym Przeklętym Dzieckiem sprawia, że znów czujemy kunszt Rowling, która nigdy nie odkrywała przed czytelnikiem wszystkich kart od razu.

Jednak mimo wszystko to nie to samo. Miałam wrażenie, że dialogi były nieco naciągane, przesadzone, wręcz dziecinne. Nie potrafiłam się odnaleźć, zwłaszcza, że trójka głównych bohaterów i Draco nie zachowywali się tak, jak ich zapamiętałam z ostatniej części (a dorośli ludzie aż tak nie zmieniają swojego charakteru). Jedynie Ron  w miarę przypominał samego siebie.
Akcja długo się rozkręca, przeskakuje z roku na rok w Hogwarcie. Dzieci mówią zbyt dorośle, dorośli zbyt dziecinnie. Momentami odnosilam wrażenie, że ktoś na siłę chciał, żeby oni stali się fajni. Nie podobało mi się to.

Pierwszy tekst jaki sprawił, że przez chwilę poczułam się jak w dawnym Harrym Potterze to słowa Malfoya: Jesteś przekleństwem mojej rodziny, Harry Potterze! I to by było w zasadzie na tyle. Kolejne odkrywanie zagadek, dedukowanie co z czego wynika i jak rozwiać problem nie odpowiadało temu, co widzieliśmy przez siedem części. Jakieś to wszystko sztuczne i naciągane.

Na dodatek książka jest dramatem, przystosowanym do wymogów nowoczesnej sceny, więc nie wszystkie didaskalia do mnie przemówiły (i do mojej wyobraźni). Gdyby Rowling pokusiła się na zwykła książkę, pewnie byłabym bardziej zadowolona, jednak co kto lubi.

Mnie nowy Harry Potter nie powalił na kolana. Nie przekonała mnie całkiem dobrze wymyślona historia, starzy ani nowi bohaterowie, marka. Myślałam, że to będzie podróż do mojego ukochanego, magicznego świata, a miałam wrażenie, że to niecalkiem udana imitacja. Wierzę, że komuś przypadła do gustu, ale mnie – zdecydowanie nie.

Stephen King – król grozy z „Cmętarzem zwieżąt”

Stephen King w mojej biblioteczce ma swoje wzloty i upadki. Po genialnej Misery i niedociągniętym Joylandzie spróbowałam starej, dobrej powieści, którą kupiłam kilka lat wcześniej i o której słyszałam, że jest naprawdę dobra. Mowa tutaj o Cmętarzu zwieżąt, który przyciągnął mnie okładką, jak i zachęcił opisem.


Jestem generalnie strachliwą osobą – mam ogromną wyobraźnię, która służy potworom pod łóżkiem i innym strachom. Kiedy byłam mała powtarzano mi, że należy bać się żywych, a nie umarłych, bowiem trupy były dla mnie czymś, co przerażało mnie najbardziej. Bałam się, że wciągną swoje białe, pokryte ziemią dłonie w moim kierunku i wciągną do swojego świata. Nie żebym bała się śmierci. Tylko trupów.

King wyciągnął na wierzch w Cmętarzu zwieżąt moje najgorsze strachy. Do tego stopnia, że musiałam ostatnie sto stron czytać tylko za dnia i w towarzystwie co najmniej jednej osoby. Autobus nadawał się do tego najlepiej.

Osoby autora nie trzeba chyba przedstawiać – amerykański pisarz powieści grozy, niezwykle płodny i poczytny, który jednak nie zamyka się w obrębie tylko jednego gatunku.


Cmętarz zwieżąt, znany także jako Smętarz dla zwierzaków to prawdziwa powieść grozy. Poznajemy rodzinę Creedów: Louisa i Rachel oraz ich dwójki niesfornych dzieciaków, Gage’a i Elieen. Właśnie przeprowadzili się do pięknego domu na skaju polany, w pobliżu bardzo ruchliwej drogi, na której bardzo często giną zwierzęta. Zrozpaczone dzieci postanawiają więc pod lasem stworzyć Cmętarz zwieżąt, gdzie chowają swoje zmarłe zwierzaki. Louis wkrótce jednak przekonuje się, że owy cmentarz niesie za sobą o wiele więcej tajemnic niż mógłby się spodziewać, a w końcu sam pozna je wszystkie. Po śmierci ukochanego kota jego córki odkrywa mroczną tajemnicę, która będzie przyciągać go do końca życia.

Książka jest niezwykle ciekawa i wciągająca, kartki same uciekają. Tylko ostatnie sto stron musiałam czytać w ogromnych odstępach czasowych, ponieważ naprawdę bardzo się bałam. Nie żartuje, świecące oczy kota na okładce wcale nie pomagały. King przedstawił tutaj wszystkie moje najgorsze strachy. Na dodatek ubrał to w niesamowite napięcie i budował je z każdym rozdziałem coraz bardziej. Kiedy docieramy do drugiej części książki, po prostu trzeba zbierać szczękę z podłogi, tak bardzo autor kopie w tyłek głównego bohatera. Wprost nie mogłam wierzyć, że zrobił mu tak straszną rzecz. Chociaż przecież w życiu niestety też tak bywa.

King w Cmętarzu zwieżąt pokazał na co go stać. Wystraszył czytelnika, przekazał mu świetnie skonstruowany, całkiem prawdziwy świat, który budzi grozę i nieznane dotąd uczucia. Świadomość, że takie miejsce może istnieć wcale nie pomaga, a ja, uwierzcie mi – dałam się przekonać. Bohaterowie zostali nakreśleni z nie lada precyzją ukazując nam swój świat i nie odkrywając od razu kart. Zmieniają się też pod wpływem różnych, zwykle traumatycznych wydarzeń ze swojego życia.


Jak dla mnie to absolutny majstersztyk, który będę długo wspominać (szczególnie kiedy budzę się w nocy i wstaję do łazienki). King moim zdaniem popisał się tutaj i pokazał swoją prawdziwą twarz króla grozy. Bałam się, naprawdę i autentycznie, co sprawiło, że z jednej strony obawiałam się tej książki, a z drugiej chciałam ją pochłonąć jak najszybciej i w całości. Bardzo zaskoczyło mnie zakończenie, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Nie sądziłam, że człowiek wiedząc, że czyni zło może czynić go jeszcze więcej. To dla mnie zupełnie niezrozumiałe, ale może dlatego, że nigdy w tak brutalnej sytuacji nie byłam.

Jeśli chcecie przeczytać prawdziwego Kinga, poczuć dreszcz przerażenia i oddech śmierci – zachęcam serdecznie. Kto jeszcze nie przeczytał ani jednej książki tego autora, to myślę, że warto rozpocząć swoją przygodę między innymi od Cmętarza zwieżąt. Tę książkę, oraz Misery Zieloną Milę polecam z najczystszym sumieniem na świecie.

Dlaczego bestsellery czasem nimi nie są

Czasem książka oblepiona jest czerwonymi napisami zapewniającymi, że mamy w rękach prawdziwy bestseller. Często jednak jest to zwykły zabieg marketingowy, który ma odniesienie w stosunku do tylko jednego państwa, albo w ogole tylko swojej kategorii. Zawsze jednak dobrze o tym napisać, najlepiej w widocznym miejscu i zachęcić tym samym czytelnika. Nie zawsze jednak bestseller faktycznie nim jest.

Na pewno pamiętacie fenomen Dziewczyny z pociągu, który zawojował rynek literacki na całym świecie. Książka swojego czasu wyskakiwała z lodówki – stała się niejako czymś na zasadzie kultowej lektury, która każdy musi przeczytać. I tak faktycznie było – wszyscy czuli, że wypada znać jej treść. I niestety wszystkimi targały zupełnie skrajne emocje.


Mnie również skusił ten bestseller, polecany przez króla horroru, Kinga, dlatego chętnie po niego sięgnęłam. Trochę jako czytelnik, trochę jako osoba, która o rynku literackim powinna wiedzieć jak najwiecej. Po przeczytaniu stałam się częścią przeciwników książki – nie odnalazłam w niej obiecywanego fenomenu. To nie znaczy, że uważam ją za złą pozycję, albo nie szanuje opinii innych ludzi – po prostu mnie ona nie urzekła.

Dziewczyna z pociągu to powieściowy debiut Pauli Hawkings. Niemalże od razu znalazła się na pierwszym miejscu listy bestsellerów New York Timesa i nie schodziła z niej przez 14 tygodni. Autorka była dziennikarką, wychowała się w Zimbabwe. Spod jej pióra wyszedł także ekonomiczny poradnik dla kobiet The Money Goddes. 

Książka jest napisana troszkę chaotycznie, nie do końca jest to chronologiczny układ fabuły. Poznajemy Rachel, która codziennie dojeżdża do Londynu, udając przed współlokatorką, że wciąż chodzi o pracy. Z okien pociągu, który jest jej środkiem transportu ogląda dom numer 15, gdzie mieszka szczęśliwa para. Chętnie obserwuje ją, ponieważ do niedawna też taka była – jednak teraz rozwiedziona, rozgoryczona, bez pracy i z problemem alkoholowym próbuje wniknąć do czyjegoś życia. Wszystko jednak zmienia się wraz z zaginięciem obserwowanej przez Rachel dziewczyny.


Powiem szczerze, że wymęczyłam tę książkę. Rzadko zostawiam coś niedoczytanego, ale w tym przypadku miałam taką ochotę. Dotrwałam do końca głównie dlatego, że nie wypada nie znać kultowej książki.

Ciekawa jestem jak Wy zareagowaliście na tę książkę. Podobała się, czy może tak jak ja nie jesteście jej zwolennikami? Muszę chyba zobaczyć film – może tak bardziej się do niej przekonam.

Szczygieł – arcydzieło literatury pięknej 

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam Szczygła zakochałam się w okładce. Piękna, subtelna i oryginalna sprawiła, że poczułam do niej miętę. Imponują mi też grube tomiszcza, lubię ich wagę w dłoniach i dumę, że podołałam, a na mojej biblioteczce stoi prawdziwy kolos.

Donna Tartt to amerykańska autorka, z tendencją do długiego pisania swoich dzieł. Debiutancką powieść Tajemna historia pisała i publikowała 9 lat. Jest osobą, która ceni sobie swoją prywatność i bardzo nie lubi udzielać wywiadów.


Szczygieł został doceniony nagrodą Pulitzera, czyli amerykańską nagrodą za wybitne osiągnięcia w dziedzinie dziennikarstwa, literatury i muzyki.

Na stronach książki poznajemy Theodora, który jako mały chłopiec stracił matkę w ataku terrorystycznym na Metropolitan Museum of Art. Los rzucał go potem w różne miejsca, pod opiekę wielu osób, ale cały czas towarzyszy mu skradziony z muzeum maleńki obraz Szczygła, który chłopiec boi się nawet otwierać.


Historia Theo jest bardzo burzliwa – ma do czynienia z bogatymi i biednymi ludźmi, zakochuje się, nienawidzi, pije i zażywa narkotyki. Jednocześnie wciąż jest nieporadnym chłopcem, który bardzo mocno tęskni za swoim zwykłym życiem i matką, która samotnie go wychowywała. Los jednak ma wobec niego inne plany.


Ta książka to prawdziwy kunszt literacki. Świetnie się czyta, strony szybko ubywają, a jednocześnie czuje się doskonały warsztat pisarski autorki (i może też trochę tłumacza). Byłam zachwycona, ponieważ dawno nie czytałam czegoś tak dobrego. Co prawda historia jest dosyć paskudna, a opisy czasem zbyt długie, to jednak czyta się to jednym tchem. Gdyby książka miała 300 stron mniej to nie straciłaby niczego, a byłaby zdecydowanie cieńsza.

Najbardziej podobał mi się moment kiedy Theo trafia pod opiekę starszego pana, który zajmuje się renowacją mebli i uczy się tego fachu, co prawda trochę na swój sposób, ale jednak. Tam poznaje nie tylko wspaniały świat antyków, uczy soę przedsiębiorczości, ale i zakochuje. To tam doświadcza chyba najwięcej pozytywnych emocji.

Jeśli więc cenicie sobie dobrą literaturę i macie kawał wolnego czasu (najlepiej w domu/hotelu, żeby nie nosić tego tomiszcza ze sobą), to serdecznie polecam.

Podsumowanie kwietnia 

Podsumowanie kwietnia 

Kwiecień nie oszczędzał nas pogodą, a nawet mimo świat, długiego weekendu i innych wolnych dni, mnie nie oszczędzał także pod względem wolnego czasu. Udało mi się jednak zrobić kilka ciekawych rzeczy i przeczytać co nieco, dlatego zapraszam bardzo serdecznie na moje pierwsze podsumowanie miesiąca. 

Książki kwietnia

  • Joyland Kinga trochę mnie rozczarowało, akcja rozwijała się zdecydowanie za wolno, a do tego nie poczułam nawet dreszczyku emocji. Może to też dlatego, że czytałam to na raty, jednak zdecydowanie nie jest to klimat, którego oczekiwałabym od Stephena Kinga. W końcu to mistrz grozy i horroru, a ja niezbyt się przestraszyłam, chociaż należę do raczej strachliwych osób. Za mało Kinga w Kingu, jak to mówią.

  • Życie pasterza sprawiło, że inaczej patrzę na świat – zdecydowanie polecam. Mam nadzieję, że takich książek będzie o wiele, wiele więcej: spokój cisza, meczenie owiec, które swoją drogą uwielbiam. Profil Jamesa Rebanksa na Instagramie obserwuję z wypiekami na twarzy, zazdroszcząc prostego, nieskomplikowanego życia zza mojego korpobiurka. Bardziej wnikliwą recenzję możecie znaleźć tutaj.

  • Co prawda zdążyłam tylko zajrzeć do Antykwariatu spełnionych marzeń Doroty Gąsiorowskiej, ale za to sprawiłam tą książką niezwykłą radość bliskiej mi osobie, która była nią zachwycona. Do tego wypiłam niezwykle dobrą kawę korzenną (ja, smakosz zielonej herbaty, który kawę pije tylko, jeśli sam ma przejechać 400 kilometrów po nieprzespanej nocy) w doborowym towarzystwie.

  • Przebrnęłam (dosłownie!) przez książkę Vulgar Favours, o Andrew Canunanie, amerykańskim seryjnym mordercy, którego ostatnią ofiarą był Giovanni Versace. Dlaczego „przebrnęłam” to dobre określenie (pomijając to, że była po angielsku)? Ponieważ autorka zrobiła tak głęboki wywiad środowiskowy i zebrała tyle faktów (500 stron SAMYCH faktów), że odnosiłam wrażenie, że porozmawiała nawet z gościem z kiosku, który raz sprzedał mordercy papierosy.
  • Obejrzałam (bo przeczytałam to chyba za duże słowo) książkę Kłopot z kobietami, gdzie w „męski” sposób starano się ośmieszyć kobiety, ich małe głowy i brak bujnej czupryny geniusza. Nie lubię książek obrazkowych, a humor nie do końca przypadł mi do gustu.

Restauracja kwietnia

  • Do mojej gastronomicznej mapy Krakowa należy dodać Karakter – świetną kanjpę na Brzozowej, która urzeka fajnym klimatem, świetną obsługą i doskonałym jedzeniem. Polecam tatar z koniny i mule w beszamelu – pycha! Jestem absolutnie zakochana i owe mule śnią mi się po nocach.


Wycieczka kwietnia

  • Odwiedziłam dawne polskie miasto, czyli Lwów w bardzo miłym towarzystwie. Pozwiedzaliśmy, wypiliśmy pyszne piwo i zjedliśmy świetny obiad w Kumplu (bardzo polecam!), gdzie przy wejściu witało nas popiersie nagiej kobiety, która odpowiednio potraktowana wylewała z siebie piwo. Okazało się jednak, że na pieszczotach kobiecych piersi lepiej znają się… kobiety.


Wyzwanie kwietnia

  • Największe osiągniecie kwietnia to zdecydowanie nauczenie się tak zwanego łyskania, które wprawiło w zdumienie pół mojego Zespołu. Dzięki temu nie tylko udowodniłam coś sobie i innym, ale również pokonałam własny strach.


W kwietniu niewiele było czasu na czytanie książek, jak zwykle jednak starałam się, aby pogodzić wszystkie moje pasje ze sobą. Obecnie w kolejce czeka książka o UFO, dokończenie Cmętarza Zwieżąt oraz Harry Potter i Przeklęte Dziecko.

A Wam co niestandardowego udało się zrobić w kwietniu?

Malowane torby, czyli jak lubię chodzić na zaupy

Malowane torby, czyli jak lubię chodzić na zaupy

Malowane torby, czyli jak lubię chodzić na zakupyKiedyś moja ulubiona bluzka uległa zniszczeniu podczas próby wybielenia plam. Jej śliczny, marynarski pasek przy dekolcie i rękawach stał się majtkowym różem. Chciałam to koniecznie uratować, więc kupiłam farby do tkanin i szczęśliwa pomalowałam newralgiczne punkty. Niewprawiona w boju wrzuciłam wszystko do pralki i uzyskałam fioletowe esy-floresy na mojej pięknej bluzce. Tak zostałam bez bluzki, za to z brązową i fioletową farbą do tkanin.


Moja pierwsza torba. 

Potem współlokatorka podarowała mi flamastry do tkanin i poprosiła o koszulkę dla siebie i dla mnie na próby zespołu. Do tematu podeszłam nieco bardziej ambitnie, nawet uszyłam własnoręcznie podkoszulki, ale przede wszystkim przeczytałam… instrukcję utrwalania farb do tkanin. I tak to się zaczęło.

Natrafiałam na coraz więcej toreb lnianych na zakupy, które urzekały mnie coraz to piękniejszymi wzorami. I postanowiłam takie tworzyć sama, bo przecież po pierwsze po co kupować, a po drugie, własnoręcznie wykonane cieszy o wiele bardziej.


Potem pojawiły się zamówienia od przyjaciół, mamy (która takich toreb ma chyba z dziesięć i namiętnie je ze sobą nosi) i tak to się rozkręciło. Wielkiego biznesu z tego nie zrobiłam (nigdy do tego smykałki nie miałam), ale byłam w większości zadowolona z efektów.

Potem przyszedł czas na moje największe i najdłuższe zamówienie – fartuchy śląskie dla Zespołu. Tutaj kapryśność materiału i czasem farb sprawiła, że efekt nie jest taki, jak zamierzony i jestem zadowolona może w 50 procentach, ale jednak jest to mój własny wkład.


Jak więc używam farb do tkanin? Przede wszystkim staram się kupować sprawdzone firmy, chociaż ostatnio nawet sprawdzona firma mnie zawiodła i farba po prostu się łuszczyła mimo mocnego utwardzenia. Korzystam najczęściej z farb firmy profil, ewentualnie Fevicryl, a zdecydowanie odradzam Pentart – kolory są jakby wypłowiałe i niezbyt wyraziste, zupełnie inne niż na podglądzie. Nie zawiodłam się jedynie na miętowym kolorze.

Malowanie takimi farbami zdecydowanie najlepiej idzie na jasnych tkaninach, bawełnianych lub lnianych, ewentualnie jedwabiu i jemu podobnych, ale na nich lubią się łuszczyć (nawet jeśli kupicie edycję do jedwabiu).


Aby ułatwić sobie pracę najpierw polecam nanieść wzór na tkaninę ołówkiem. Jeśli nie jesteście pewni swoich umiejętności, albo chcecie aby wzory były identyczne możecie użyć kalki w kolorze czarnym – odbija się jak ołówek. Uwaga, niestety jeśli zamalujecie wzór farbą, a ołówek będzie wystawał z pod spodu nic z tym już nie zrobicie. Lepiej więc w newralgicznych punktach wcześniej się go pozbyć, albo posiłkować się tylko swoimi umiejętnościami.


Farbę należy nakładać cienką warstwą, mając pod materiałem najlepiej kartkę z bloku technicznego, ponieważ powierzchnia na pewno przemoknie i może odbić się po drugiej stronie. Niewielka plama jest do zmycia – póki nie utrwalimy farby jest ona w jakimś stopniu jeszcze zmywalna, ale nie oczekujmy, że uda nam się sprać wielkiej, czarnej mazi. Do malowania farbami do tkanin przede wszystkim nie używamy wody. Farby będą się nieestetycznie rozpływać i tracić kolor (chyba, że o taki efekt nam chodzi). Jeśli chcecie zmienić farbę najlepiej wypłukać pędzel w wodzie i porządnie wytrzeć go o papierowy ręcznik.

Gdy całość mamy już wymalowaną należy poczekać, aż farba dokładnie wyschnie, a następnie odwrócić wzór na lewą stronę i dokładnie wyprasować (cała malowana powierzchnia powinna być przeprasowana około 5 minut). Potem można ewentualnie sprać niepotrzebny, a niepomalowany ołówek i z dumą nosić!


Tak przygotowana tkanina nadaje się do prania również w pralce – oczywiście jej żywotność będzie ograniczona, nie oczekujmy więc, że po setnym praniu kolory wciąż będą miały ten sam, żywy odcień.

Jeśli ktoś z Was jest zainteresowany takim rodzajem rękodzieła to naprawdę polecam – świetna sprawa nie tylko na zajęcie wolnego czasu, ale i na pokazanie siebie z trochę innej perspektywy. Uważajcie tylko na bardzo śliskie materiały – z nimi może być trochę kłopot.