Miesiąc: Czerwiec 2017

Książki, które kojarzą mi się z latem 

Książki, które kojarzą mi się z latem 

Lato to specyficzny czas, nawet dla mnie, osoby pracującej. Wtedy pojawia się słońce, czuję ciepło na skórze, mam więcej czasu tylko dla siebie. Niestety, dobra pogoda niesprzyja czytaniu, ale powiem Wam co kojarzy mi się z wakacjami, co lubię wtedy czytać, albo co zwyczajnie polecam na leniwe dni. 

Wiedźmin

Zabrałam się za niego we wakacje przed klasą maturalną, ponieważ całą sagę otrzymałam na urodziny. Trochę się tego obawiałam, bo wciąż przed oczami miałam serialową strzygę, którą widziałam jako dziecko i której panicznie się bałam. Ale kiedy zaczęłam czytać Geralt skradł mi serce i pozostał w nim do dzisiaj. W te wakacje mam zamiar odwieźć sobie wszystkie książki (oprócz Sezonu Burz, który czytałam stosunkowo niedawno). To właśnie Andrzej Sapkowski sprawił, że czytałam wszystko z zapartym tchem, a Wiedźmin dla mnie to absolutny fenomen i przejaw geniuszu. Do tego polski! Kiedy więc Netflix ogłosił, że rozpoczyna prace nad serialem – oszalałam i od tej pory jestem maniaczką. 

Pewnie nie wszyscy wiedzą, ale ze strony Nerdskitchen można pobrać darmowego e-booka z przepisami. Gratka dla fanów Geralta z Rivii i gotowania.   

Jesteś jak rybacki hak, który raz wbity wyrwać można tylko z krwią i mięsem. 

Ręka Fatimy 

Tę książkę czytałam już na studiach i pomogła przetrwać mi naprawdę trudny czas, oderwać się od rzeczywistości i powierzyć swój wolny czas narratorów. To niezwykła książka opowiadająca historię Hernanda, syna muzułmanki zgwałconej przez katolickiego księdza. Jego życie toczy się w XVI wieku, kiedy muzułmanie zaczynaja stawać się mniejszością w Hiszpanii. Walcząc o wolność, pokój i szczęście zajdzie bardzo wysoko, ale im wyżej się jest, tym bardziej boli upadek. 


Ręka Fatimy to chyba największy majstersztyk Falconesa – zadbał o każdy historyczny szczegół, umieszczając wśród prawdziwych wydarzeń fikcyjne postaci. To naprawdę genialna książka, którą gorąco polecam. 

Babski wieczór

Czytałam to tej zimy, ale uważam, że jest to idealna powieść na wakacje – lekka, przyjemna, z dużą dozą humoru, o słynnej blogerkę, która jednego wieczoru utraciła wszystko. A może jednak zyskała? Zesłana do domu swojej matki, zmuszona przez sąd do terapii zmaga się z codziennością, jakiej wcześniej nie doświadczała. Więcej o tej książce przeczytacie na moim blogu tutaj


Igrzyska śmierci 

Jakoś tak wyszło, że nie miałam co czytać i gdzieś o tej książce przeczytałam. Zaczęłam niby z nudów, a bardzo mi się spodobała. Alternatywny, smutny świat w którym Katniss próbuje żyć normalnie: kochać, ale i nienawidzić. Kiedy trafia na atenę próbuje zachować resztki człowieczeństwa z którego ją odarto. 

Ogród małych kroków 

Przyjemna, lekka i bardzo letnia lektura. Aż chce się wyjść na zewnątrz, do ogródka i pogrzebać w ziemi. Dodatkowo znajdziecie tam całe mnóstwo śmiesznych sytuacji, które pomogą Wam rozładować trochę tegorocznego stresu. 


Lilian to samotna matka dwóch dziewczynek, której mąż zginął w wypadku samochodowym. Żyje z dnia na dzień, ma wszystko poukładane (oprócz rzeczy w domu), złe relacje z matką i doskonałe z siostrą. Kiedy otrzymuje propozycje zilustrowania dużej książki o ogrodnictwie nie waha się ani chwili mimo, że w pakiecie otrzymuje kurs ogrodnictwa. A dzięki niemu pozna co to prawdziwa przyjaźń i jak powinno się żyć, aby niczego nie zmarnować. Wiecej poczytacie tutaj

Oto moi wakacyjni faworyci. A Wy jakie książki kojarzycie z latem? Co macie zamiar przeczytać w najbliższym czasie? 

Bośnia i Hercegowina 

Bośnia i Hercegowina 

W Bośni i Hercegowinie nie byłam pierwszy raz – zawitałam tam wraz ze znajomymi ze studiów przy okazji wizyty w Chorwacji. Odwiedziłam wtedy słynny Mostar oraz Medjugorie. Tym razem przyszło mi zwiedzić trochę więcej i w zupełnie innym towarzystwie, bo z moim Zespołem. Pojechaliśmy tam na konkurs (i wygraliśmy go!), a przy okazji trochę odpocząć, pobawić się i pozwiedzać. Na początek Banja Luka, której niestety nie widziałam aż tyle, ile chciałabym zobaczyć, ponieważ obowiązki wzywały. Przeszliśmy jednak podczas pochodu przez kilka ulic i centrum miasta, gdzie mogłam trochę podpatrzyć tamtejszej architektury. Niestety, pochody, a potem koncerty w takich miejscach mają to do siebie, że niewiele robi się zdjęć, więc nie pokażę Wam niestety zbyt wiele.

Kolejnym punktem wycieczki był Mostar, przepiękne miasto, nieformalna stolica Hercegowiny. Punktem centralnym miasta jest Stary Most, który został zbudowany na miejsce drewnianego w XVIwieku, a odbudowany w 2004, po tym, jak został zniszczony w wojnie przez Chorwatów. Pod nim przepływa Neretwa o niezwykłej, turkusowej wodzie. Z mostu skaczą młodzi mężczyźni, aby dowieść swojej siły i odwagi. Podczas poprzedniej wycieczki miałam okazję zobaczyć taki skok, a do rzeki jest ponad 20 metrów.

 


Mostar to generalnie bardzo urocze, ciekawe miasto, gdzie w centrum panuje atmosfera przeszłości i ciasnych uliczek, a poza jego granicami – zwykłe, nowoczesne miasto ze wspaniałą panoramą. To prawdziwa gratka dla wszystkich, którzy lubią takie miejsca. Jeśli jednak nienawidzicie całych tabunów turystów – wybierzcie się tam poza sezonem.

Po drodze z Banja Luki do Trebinje, naszego drugiego miasta festiwalowego zobaczyliśmy także przepiękne wodospady Kravica, położone wzdłuż rzeki Trebižat. Przepiękne miejsce, szum i niezwykła czystość wody, która sprawia, że da się rozróżnić poszczególne glony od siebie. Przyjechaliśmy tam już wieczorem, dzięki temu nie spotkaliśmy zbyt wielu osób, punkty gastronomiczne były już zamknięte, a w wodzie nie kąpał się nikt, mieliśmy więc to wspaniałe miejsce tylko dla siebie.




Trebinje to również urocze miasteczko, z wieloma malutkimi ulicami, które zachwycały. Na samym szczycie bardzo wysokiego i krętego wzgórza znajdował się monaster, kopia tego znajdującego się w Kosowie. Stamtąd rozciągał się widok na całą okolicę (charakterystyczne czerwone dachy). Aby się tam dostać pojechaliśmy naszym wycieczkowym autobusem co naprawdę zapierało dech w piersiach (jak w sumie podróż po całej Bośni i Hercegowinie), kiedy to zaraz pod nami rozpościerało się prostopadle w dół urwisko.




Jako, że Trebinje leży na południu, niedaleko Dubrovnika, to postanowiliśmy się tam wybrać. Byłam już w tym mieście i absolutnie się zakochałam, więc po raz drugi nie zrobiło już na mnie takiego wrażenia, zwłaszcza, że po tym, jak Dubrovnik stał się Królewską Przystanią z Gry o Tron pojawiło się tam jeszcze więcej turystów. Jednak efekt mimo wszystko jest – piękna architektura, wąskie uliczki (czy ja o tym ciągle wspominam? Ach tak, bo to najbardziej kocham w tych miasteczkach!), śliczna zatoka. Nawet można pomoczyć stópki w przeźroczystej wodzie. Będąc w Dubrovniku także grzechem byłoby nie spróbować owoców morza, które są najlepszej jakości, bo są po prostu świeże. Oczywiście, ceny są powalające i dwukrotnie wyższe niż pamiętam to sprzed pięciu lat. Za dużą i przepyszną rybę, maleńką ośmiorniczkę – również genialną, kalmara, dwie krewetki i sześć małż w dobrej restauracji (polecam Ribar blisko portu) zapłaciliśmy z kolegą 20 euro. I to wcale nie są wysokie ceny w Dubrovniku, jak się okazało, ponieważ dopiero 1 lipca rozpoczyna się sezon i trwa do 31 sierpnia i to wtedy możemy paść trupem po zobaczeniu rachunku – ponoć puszka coli kosztuje wtedy nawet 2 euro!


Na touch schodach Cersei przyjmowała swoje upokorzenie od Wielkiego Wróbla, stad tyle ludzi. 



Poznajecie Królewską Przystań? Tylko bez tych motorówek.


Już w drodze powrotnej do Polski zahaczyliśmy o Zagrzeb. Jestem absolutną fanką takiego zwiedzania – chcę zobaczyć jak najwięcej miejsc, a jeśli jakieś mnie oczaruje, to z chęcią wracam tak jeszcze raz. W Zagrzebiu jednak moja dusza nie została – ładne, przyzwoite miasto, nic specjalnego. O wiele lepiej wyglądało nocą, kiedy zapalono przepiękne girlandy kwiatowe, a główna ulica tonęła w światłach. Swoją drogą zjeść tam coś po 20, ba! usiąść tam po tej godzinie graniczy z cudem. Dotarliśmy tam we czwartek, a na głównej ulicy miejsc już nie znaleźliśmy, chociaż było tam koło trzydziestu knajp i barów. Podobało mi się natomiast to, że co jakiś czas rozstawione były kapele grające jazz czy inne melodie.




Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie dorzuciła całej masy zdjęć – dajcie znać jak Wam się podobają (wszystkie mojego autorstwa) i czy takich relacji chcielibyście więcej. Wszak mam duże doświadczenie w takich objazdowych wycieczkach, a i Chiny gdzieś po drodze się znalazły.

 Cieszę się, że tutaj zajrzałeś Czytelniku, będzie mi bardzo miło jeśli pozostawisz po sobie jakiś ślad – nic nie motywuje do dalszego działania tak, jak zaangażowanie Czytelników. 

Zabić. Mordy polityczne PRL 

Zabić. Mordy polityczne PRL 

W jaki sposób został zamordowany Stanisław Pyjas, student krakowskiej uczelni, przeciwnik ówczesnej komunistycznej wladzy? Jak zabito księdza Jerzego Popiełuszkę? Jak zginęło wiele innych osób, które w niewyjaśnionych okolicznościach straciły życie? Dlaczego wydarzenia związane z ich śmiercią są dziwne? Jak człowiek popełniający samobójstwo wyskakując z okna potrafi je za sobą zamknąć od środka? Patryk Pleskot dzięki wnikliwej analizie zebranych informacji stara się wyjaśnić kto, co i dlaczego, chociaż większość jego pytań pozostaje bez odpowiedzi. 
Niezwykle ciekawą pozycją, którą miałam okazję przeczytać w tym roku (chociaż zakupiłam ją o wiele wcześniej) była książka Patryka Pleskota Zabić. Mordy polityczne PRL. 

Autor to historyk Instytutu Pamięci Narodowej, zajmujący się szeroko rozumianą tematyką PRL-u. Popełnił na ten temat wiele książek, a swoją wiedzę czerpie nie tylko z własnych badań, ale także z bogatej bibliografii, którą dołączył również do książki, która miałam okazję przeczytać. 


Zabić. Mordy polityczne RPL to tytuł mniej dosadny, niż początkowo zakładano, ale mimo to daje do myślenia. Autor już na początku sugeruje, że wszystkie opisy śmierci, które zamieścił w książce są morderstwami, a nie, jak to ma miejsce w oficjalnych aktach – wypadkami, czy niewyjaśnionymi sprawami. 

Całość podzielona jest na opisy śmierci osób przyporządkowanych do odpowiednich kategorii: mamy więc młodych gniewnych, uczonych, księży i tych, którzy zginęli aby utrzeć nosa ich bliskim. Do każdej grupy przypisanych jest trzy, cztery ofiary, a autor dokładnie opisuje kim byli, dlaczego podpadli władzy, jakie były znane znam okoliczności śmierci i jak ostatecznie skończyło się śledztwo. Pozwala sobie także na spekulacje – co mogło się wydarzyć poza dowodami, kto mógł chcieć i dlaczego śmierci danych osób. Jasno jednak zaznacza, że są to tylko domysły, a prawdy pewnie nie dowiemy się nigdy. 

Poznajemy zatem takie osoby jak: Emil Barański, uczeń warszawskiego liceum, który pomógł oblać biało-czerwoną farbą pomnik Dzierzynskiego, Stanisław Pyjas, student krakowskiej uczelni, otwarty przeciwnik władz komunistycznych, Piotr Bartoszcze, rolnik działający prężnie w Solidarności, ks. Sylwester Zych, który nieopatrznie przyjął pod swoj dach dwóch chłopców, którzy zabili poplecznika władz, Bogdan Piasecki, syn znanej działaczki opozycyjnej, pobity na śmierć. Tak naprawdę wspominając na lekcji historii o mordach w czasach PRL wspomina się dwie osoby: Pyjasa i księdza Jerzego Popiełuszkę (których również poznamy w tej książce), ale Pleskot opowiada o wiele więcej historii. Daje nam do zrozumienia, że to nie były wyjątki, tylko częste sytuacje, że ten smutny i niesprawiedliwy los spotkał wielu ludzi, którzy po prostu głośno wyrażali dezaprobatę dla tego, co działo się w Polsce. Autor zwraca uwagę na ważne, a przeoczone w śledztwie (czy to specjalnie, czy przez nieuwagę, czy nieprzekładanie się do obowiązków) fakty i poszlaki, które ewidentnie wskazywały na obecność osób trzecich podczas „wypadków” i czynów „samobójczych”. 


W tej książce znajdziecie mnóstwo faktów, ale podanych w sposób lekkostrawny (o ile temat morderst może taki być). Na końcu znajdziecie potężną bibliografię z której korzystał autor i do której możecie łatwo sięgnąć. Dowiecie się wiele ciekawostek i przyrzekam, że na pewno nie będziecie się nudzić. To nie jest raport, to dobry kryminał, tyle, że bez dialogów i napisany przez samo życie. 

Przyznam szczerze, że moją uwagę do tej książki przykuła przepiękna okładka. Pałac Kultury, broń wymierzona prosto w czytelnika, stary papier. Gratka dla tych, których cieszą dopracowane szczegóły i peerelowskie stylizacje. 

Jeśli lubicie kryminały, albo tematykę PRL, na pewno będziecie zadowoleni z lektury. Literatura  faktu na wysokim poziomie, dobrze przygotowane badania i baza wiedzy pod książkę. Po prostu spróbujcie, a nie zawiedziecie się. 

Cieszę się, że tutaj zajrzałeś Czytelniku, będzie mi bardzo miło jeśli pozostawisz po sobie jakiś ślad – nic nie motywuje do dalszego działania tak, jak zaangażowanie Czytelników. 

Jak zostać gwiazdą Instagrama, gdy jest się Beduinką?

Jak zostać gwiazdą Instagrama, gdy jest się Beduinką?

Zjednoczone Emiraty Arabskie pozostają poza zasięgiem większości z nas. Jest to kraj arabski, z zupełnie odmienną kulturą od naszej, niezwykle bogaty, gdzie benzyna jest za grosze. Z drugiej strony wciąż żyją tutaj tradycyjne, beduińskie rodziny, niezbyt zamożne, próbujące żyć na pustyni. W tym wszystkim ciagle są młodzi ludzie, spragnieni kontaktów z rówieśnikami i światem, chcący nawiązać zakazane relacje (polegające często nawet na zwykłej rozmowie, czy flircie) z płcią przeciwną. Jak więc żyć pełną piersią w europejskim rozumieniu, a nadal pozostać skromnym beduińskim człowiekiem? Przekonałam się o tym wszystkim po lekturze książki Beduinki na Instagramie.

Media społecznościowe w tym momencie to potęga, z której mocy nawet często nie zdajemy sobie sprawy. To nie tylko nasz klucz do świata, ale także często narzędzie pracy i nauki. W ZEA to miejsce spotkań obu płci, i to dosłownie. Podobnie jak galerie handlowe do których niekoniecznie zagląda się z powodu zakupów. Młode Emiratki i emiraccy książęta przyjeżdzają tam, aby spotkać się (oczywiście nie oficjalnie) z płcią przeciwną, nawiązać niezobowiązujący flirt, pokazać się. Tam mężczyźni nie szukają żon – te mają takich miejsc nie odwiedzać. 


Pod czarnymi kandurami panie ukrywają najdroższe ubrania od projektantów, pięknie wypielęgnowane paznokcie i perfekcyjny makijaż i fryzurę. Na widok publiczny pokazują jedynie torebkę, chociaż czasem, niby przypadkiem spod burki wysunie się kosmyk czy dwa z nowym odcieniem, prosto od fryzjera. 

Miejscem, gdzie kobieta może pokazać się w całej okazałości (oprócz sypialni męża rzecz jasna) to wesela, na których wszyscy bawią się osobno oraz wydzielona dla kobiet przestrzeń w domu. Otoczone potężnym murem ogrody chronią je przed niechcianymi spojrzeniami i pozwalają czuć się swobodnie. To tam wszystkie kobiety spotykają się, plotkują i szukają żon dla swoich synów – ponieważ oni przed ślubem zobaczyć kobiety nie mogą. 

Każdy Emiratczyk jest utrzymywany przez Państwo – nie musi wcale chodzić do pracy, a jeśli już, to nikt go nie nadzoruje. Za swoje obywatelstwo dostaje całkiem sporo pieniędzy. Dlatego prawie niemożliwym jest uzyskanie legalnego pobytu stałego – żona z obcego państwa nigdy nie dostanie przywilejów męża, jej dzieci także (mimo, że ojciec będzie rodowitym Emiratczykiem). Mimo to w ZEA mnóstwo jest imigrantów z sąsiednich, biednych państw, którzy wypełniają rynek pracy, w zasadzie pracując na Emiratczyków, często za niewielkie pieniądze. 

Wyjątkowo o Autorce opowiem kilka słów dopiero teraz. Aleksandra Chrobak początkowo pracowała jako stewardessa w liniach lotniczych latających między innymi w ZEA, a następnie zamieszkała w Abu Zabi, aby tam pracować w biurze i obserwować niezwykle życie Emiratczyków. Poznała tę kulturę od podszewki i postanowiła wszystko opisać w swojej książce. 


Takich smaczków o których nie miałam zielonego pojęcia jest o wiele więcej. Z każdą stroną dziwiłam się coraz bardziej, zastanawiając, czy autorka tego wszystkiego nie wymyśliła – tak czasem nieprawdopodobnie to brzmiało. Ona jednak w sposób prosty i autentyczny odkrywa przed nami tamto miejsce i jego mieszkańców, pokazując to co ciekawe, inne, zaskakujące i powszechne dla ZEA. Nie ukrywa niczego, stara się też nie opiniować – ona po prostu przekazuje nam wiedzę, jakiej potrzebujemy do zrozumienia (albo próby) tamtej kultury. 

Czyta się to łatwo, lekko i przyjemnie, a ciekawe informacja pochłania się w moment. Autorka przedstawia nam poszczególne osoby, które stanęły na jej drodze i uchyla rąbka tajemnicy. Prezentuje nam osoby za równo bajecznie bogate, jak i zupełnie pozbawione środków do życia. Rodowitych Emiratczyków, oraz tych, którzy z tej społeczności zostali wykluczeni: ubodzy Beduini mieszkający na pustyni i imigranci, chcący dorobić się.

Spodziewałam się trochę czegoś innego  po tytule, choć sama nie wiem czego. Gwiazd Instagrama? Elektrotechnicznych zagadnień? Po prostu po enigmatycznym i trochę zabijającym z tropu tytule odkryłam prostą, ciekawą książkę, która dała mi bardzo wiele radości.

Z czystym sumieniem mogę polecić tę książkę. Jest ciekawie napisana, na modny ostatnio temat krajów arabskich i pokazuje autentyczny, chociaż dla nas pewnie nieprawdopodobny świat. Przeczytałam ją praktycznie jednym tchem mimo, że książki z tego kręgu kulturowego niekoniecznie do mnie przemawiają. Ta jednak bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. 

 Cieszę się, że tutaj zajrzałeś Czytelniku, będzie mi bardzo miło jeśli pozostawisz po sobie jakiś ślad – nic nie motywuje do dalszego działania tak, jak zaangażowanie Czytelników. 

Złe Matki są najlepsze 

Złe Matki są najlepsze 

O Segricie coś tam słyszałam, chociaż nigdy nie śledziłam jej bloga. Z tego, co pisze wydawca to kobieta, która nie boi się kontrowersji. I ta książka też miała ją chyba wywołać. Czy wywołuje? 

Matylda Kozakiewicz to matka i blogerka z dziesięcioletnim stażem. Pisze o szeroko pojętym lifestylu: o relacjach damsko-męskich, o prowadzeniu domu, o kontrowersyjnych tematach, które spędzają sen z powiek wielu Polakom, którzy mają ochotę o coś się pokłócić. Nie wgłębiałam się w treść, ale po chwili byłam już w stanie stwierdzić, że chyba bym tego bloga polubiła. 


Złe matki są najlepsze. Poradnik szczęśliwej mamy to książka, w której autorka pokazuje duży dystans do siebie i otaczającego ją świata. Opowiada o swoich doświadczeniach w byciu mamą – przeprowadza czytelnika przez ciąże, poród i połóg (na szczęście oszczędzając drastyczniejsze szczegóły). Nie boi się powiedzieć, że jest Złą Matką, bo karmi dziecko wtedy, kiedy ono tego potrzebuje, w miejscach publicznych jeśli jest taka konieczność, że tuli swoje dziecko kiedy chce i kiedy syn tego się domaga. Ma twarde stanowisko w każdej sprawie dotyczącej życia swojej rodziny: to jak żyje i jak wychowuje dziecko jest tylko i wyłącznie jej prywatną sprawą. Dba o swojego Kociopełka jak najlepiej, nie słucha tych wszystkich przewrażliwionych matek, ale przede wszystkim słucha swojego dziecka i odpowiada na jego potrzeby. 

Książka podzielona jest na rozdziały, każdy dotyczy trochę innego zagadnienia okołodzieciowego: mity związane z ciążą i wychowaniem dzieci, niepotrzebnymi rzeczami, w które młode matki się zaopatrują, a które wcale nie są niezbędne, jak właściwie karmić piersią i inne. Wiele ciekawych porad (mnie, która nie czuje żadnego instynktu macierzyńskiego czasem trochę przerażały), które młodym matkom, przewrażliwionym na temat tego „co ludzie powiedzą” nie tylko dodadzą odwagi, ale także pomogą jak najlepiej zajmować się dzieckiem. 

Chcesz być szczęśliwą matką szczęśliwego dziecka? Bądź Złą Matką! Rób to, co podpowiada Ci natura, oraz to, czego oczekuje od Ciebie dziecko. Jest głodne? Daj mu jeść. Chce się przytulać? Przytul go! Nie chcesz karmić piersią, chcesz, będziesz robić to długo – Twoja sprawa! Masz prawo wybrać i Segrita właśnie to mówi. Wręcz poleca zostać Złą Matką, która zbuntuje się przeciwko wszystkim bzdurom, które ciagle  wpaja się młodym matkom. 

Książka dodatkowo opatrzona jest ciekawymi przerywnikami z życia wziętymi: autentyczne rozmowy autorki z partnerem/koleżanką/lekarzem. Bardzo zabawne i takie prawdziwe. Wiele też znajdziecie ciekawych obrazków, prezentujących wizualnie to, co pisze Segrita. Trochę nie w moim stylu, ale podobały mi się bardzo te, które nawiązywały do znanych dzieł sztuki, jak na przykład do Szału uniesień Władysława Podkowińskiego. 


Zdjecie z książki.

Nie jestem matką, nie mam też takich planów. Ale słyszę co się wokół mnie dzieje i czasem naprawdę nie mogę uwierzyć, że kobiety ciagle muszą walczyć, żeby rodzić po ludzku, a kobiety kobietom gotują straszny los złych matek. Idealna sytuacja to taka, kiedy każdy zajmuje się sobą i swoim życiem, a reaguje tylko w momencie, kiedy pojawia się coś niepokojącego. Dla mnie ta książka na pewno była ciekawym doświadczeniem, ale nie mogę go wykorzystać w praktyce. Wiem jednak, że kilka moich koleżanek, obecnie spodziewających się dzieci chętnie po nią sięgnie. No i oczywiście ci, którzy lubią humor Segrity.

Jeśli więc interesuje Was okolodzieciowy temat, albo po prostu chcecie poczytać o tym co prawdziwego i śmiesznego – polecam serdecznie! 

 Cieszę się, że tutaj zajrzałeś Czytelniku, będzie mi bardzo miło jeśli pozostawisz po sobie jakiś ślad – nic nie motywuje do dalszego działania tak, jak zaangażowanie Czytelników. 

Lwów, miasto detali

Lwów, miasto detali

Przed weekendem majowym postanowiliśmy ze znajomymi wybrać się na jeden dzień do Lwowa. To bardzo niedużo czasu, aby wszystko dokładnie obejrzeć, ale ja zdołałam zobaczyć kilka ciekawych detali tego miasta. Zobaczcie co złapał mój obiektyw.

Po pierwsze bardzo dużo tutaj Krakowa. Co rusz znajdowaliśmy coś krakowskiego: a to symbol, a to nazwę…

Maleńkie szyldy, zawieszki, przywieszki. Sklepy z winem, kapeluszami, knajpy i muzea. Wszystko obwieszone czymś ciekawym, przykuwającym wzrok.



Popiersie kobiety, która oddawała darmowe piwo w zamian za trochę czułości w świetnej restauracji Kumpel, gdzie możecie dobrze i tanio zjeść. Nie przerażacie się, ale popołudniami możecie czekać dosyć długo ma stolik.



Na Cmentarzu Łyczakowskim było bardzo dużo przepięknych grobowców i ciekawych elementów, które przykuły moją uwagę.


Śliczne uliczki, ładnie urządzone knajpki, ciekawe dekoracje. To wszystko sprawiało, że miasto prezentowało się naprawdę malowniczo.


Celowo nie pokazuję Wam żadnych punktów, które koniecznie trzeba odwiedzić będąc we Lwowie, ponieważ trzeba to po prostu zobaczyć na własne oczy. Mnie najbardziej podobały się detale, które stworzyły niesamowity obrazek pełnego kolorów i smaczków Lwowa.

Ogólne wrażenia o mieście:

  • Koszmarne drogi dojazdowe, zawieszenie mojego samochodu jest na pewno do wymiany mimo prędkości 30 km/h.
  • Bardzo ładne miasto, ciagle jeszcze zakopane 20 lat wstecz.
  • Mnóstwo Polaków, nie tylko tych zwiedzających, ale też tych mieszkających, co jest jak najbardziej zrozumiałe.
Zapisane w wodzie

Zapisane w wodzie

Debiut Pauli Hawkins nie zachwycił mnie – spodziewałam się o wiele więcej po książce, która dosłownie wychodziła z lodówki i którą czytali wszyscy. Moją opinię możecie przeczytać tutaj

Mimo mojego rozczarowania postanowiłam dać drugą szansę tej autorce i przeczytać także Zapisane w wodzie. Przede wszystkim  chciałam sama wyrobić sobie zdanie na temat jej kryminałów, które zbierają tak skrajne recenzje, że niesposób nie spróbować samemu się do tego ustosunkować. 


Zapisane w wodzie to druga książka pochodzącej z Zimbabwe, a wychowującej się w Londynie autorki. Przenosimy się wraz z nią do nieistniejącego miasteczka Beckford położonego nad rzeką zwaną Topieliskiem. To tam swoj żywot kończyły kobiety wyklęte, doświadczone przez los, niewygodne. Same kończyły ze swoim życiem, albo po prostu zostałaby wepchnięte pod wodę przez społeczny ostracyzm. W dawnych czasach to właśnie tutaj pławiono kobiety posądzane o czary. 

W książce budowane jest napięcie, ale miałam wrazenie, że wszystkie karty zostały odkryte praktycznie jednocześnie na samym końcu. Przez długi czas autorka w taki sposób prowadzi czytelnika, by ten nie był niczego pewny. Czasem miałam takie poczucie, że zbyt dużo jest niedopowiedzeń, jakby autorka myślała, że czytelnik wie o wiele więcej niż sama mu zdradziła. 

Postaci są nakreślone w sposób, który nie pozwala jednoznacznie je ocenić – Ci, którzy są dobrymi ludźmi często skrywają mroczne tajemnice, a Ci źli nie są aż tak straszni, jakby chcieli być widziani. Odnalazłam kilka podobieństw do bohaterów Dziewczyny z pociągu, jakby autorka tych dobrze wykreowanych chciała znów ożywić. Czasem miałam wrazenie, że Jules przypomina mi Rachel. 


Nie odpowiada mi styl autorki – bawi się z czytelnikiem i trochę za długo buduje napięcie. Nim dowiedziałam się czegokolwiek zdążyłam już się znudzić ciągłymi niedopowiedzeniami. Kiedy już fabuła się rozkręciła domyslilam się też kim może być morderca – miałam dwa typy, z czego jeden trafiony. 

Przyznam szczerze, że Zapisane w wodzie było o niebo lepsze niż Dziewczyna z pociągu, może nawet mogłabym pozbyć się uprzedzeń do Pauli Hawkins i przyznać jej status dobrego autora. Ale tylko dobrego, ponieważ jej opieszały styl nadal mnie nie przekonał. Jeśli jednak macie ochotę na poprawną, znaną ostatnio książkę, to Zapisane w wodzie spełni oba te warunki. 

Cieszę się, że tutaj zajrzałeś Czytelniku, będzie mi bardzo miło jeśli pozostawisz po sobie jakiś ślad – nic nie motywuje do dalszego działania tak, jak zaangażowanie Czytelników. 

Podsumowanie maja

Podsumowanie maja

Maj niestety nie przyniósł nam ani słońca, ani ocieplenia w zbyt dużej dawce, ale dzięki długiej zimie i suplementom poziom witaminy D w moim organizmie nawet przekracza normę, więc nie mogę narzekać. Mimo złej pogody maj nie był moim książkowym sprzymierzeńcem i niestety czerwiec też taki nie będzie. Zwłaszcza, że planuję urlop, który będzie bardzo aktywny i na pewno nie uda mi się usiąść i poczytać. 

Co jednak mimo wszystko przeczytałam: 

  • Dokończyłam Cmętarz zwieżąt, który tak mnie wystraszył, że nie mogłam go dokończyć w kwietniu – musiałam czytać tylko w dzień lub w obecności osób trzecich (na przykład w autobusie). 
  • Skusiłam się na powrót do uniwersum Harrego Pottera, co okazało się kompletnym niewypałem. Przeklęte dziecko ani nie skradło mojego serca, ani nawet nie poruszyło mojej wyobraźni. 
  • Przeczytałam Historię pszczół, która długo leżała na mojej półce i chociaż bardzo chciałam się za nią zabrać to ciagle miałam coś ważniejszego. Ale wreszcie się udało i jestem z tego ogromnie zadowolona. 
  • Zrecenzowałam moją pierwszą książkę pochodzącą ze współpracy z Wydawnictwem, która okazała się bardzo ciekawą i pozytywną lekturą – uważam zatem naszą kooperację za udaną. Ogród małych kroków był przyjemną książką, pełną humoru i ogrodniczych porad, dzięki której zapragnęłam urządzić własny balkon z kwiatami. 

Zrecenzowałam też kilka książek, które czytałam już wcześniej, ale moim zdaniem zasługiwały na miejsce na tym blogu:

  • Światło między Oceanami chciałam przeczytać i kiedy do tego doszło to bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Wycisnęła trochę łez, zburzyła moją granicę moralną i nakazała zadać kilka bardzo ważnych pytań: co jesteśmy zrobić złego innym ludziom, nawet nieświadomie i niechcący w imię własnego szczęścia? 
  • Książki Jürgena Thorwarda są dla mnie nie tylko bardzo interesujące, ale również zaspokajają moje niespełnione marzenia o byciu wielkim chirurgiem. Mnóstwo ciekawych informacji, wspaniale napisana opowieść na podstawie dzienników jego dziadka. 
  • Dziewczyna z pociągu to zdecydowany niewypał jak dla nie – mdła historia, niekoniecznie przemyślana, niedopracowana. Styl autorki też zupełnie mnie nie przekonał, a szum, jaki powstał wokół niej podsycił mój apetyt, który niestety nie został nawet w połowie zaspokojony. Dałam drugą, ale ostatnią szansę tej autorce, a już niedługo będziecie mogli się przekonać, czy uratowała swój honor bestsellerowej autorki. 
  • Szczygieł zachwycił mnie do tego stopnia, że rozpływam się nad nim za każdym razem, kiedy ktoś o nim wspomina. Prawdziwa gratka dla fanów literatury pięknej, śliczna okłada i grube tomiszcze. 

Udało mi się też obejrzeć po jednym (i jedynym jak narazie) sezonie dwóch seriali: 

  • Ania, nie Anna na podstawie książki Astrid Lindgren Ania z Zielonego Wzgórza, której, wstyd przyznać, nigdy nie czytałam, ale stary film bardzo lubiłam, więc po ten serial sięgnęłam z radością i dzięki poleceniu przez Wielkiego Buka. Świetnie zrobiony, niecukierkowy i autentyczny. 
  • 13 powodów zawładnęło mną strasznie, zwłaszcza, że postać Claya bardzo mnie rozczuliła i skradła moje serce. Mimo, że znamy finał opowieści, to ogląda się ją z zapartym tchem, chociaż prawda jest trochę straszna. Udało mi się też wygrać tę książkę u Mozaiki Literackiej i już nie mogę doczekać się lektury, aby skonfrontować swoje wrażenia po serialu z literacką wersją. 

Czerwiec to miesiąc dla mnie bardzo krótki, który chcę poświecić w większości na aktywny odpoczynek oraz na inne moje pasje. Zaczęłam haftować koszulę dla Niego, mam też zamiar uporządkować kilka rzeczy i zmienić mieszkanie (z nadzieją na swoj własny kącik i balkon, na którym będę mogła jakoś się urządzić). Nie będę więc mieć zbyt dużo czasu na czytanie książek, ale na razie w planach mam trzy najpilniejsze: 

  • Zapisane w wodzie, druga szansa dla autorki. Przeczytałam już całkiem sporo, ale nie zdradzę Wam nic poza tym, że ta książka jest bardziej udana 
  • Przemyślny ból zaczęłam czytać już dawno, ale ciagle coś mnie od niego odciąga – tym razem mam nadzieję, że się uda. 
  • Tysiąc pięter to moja kolejna pozycja na liście do przeczytania, o której słyszałam bardzo dużo skrajnych opinii i chciałabym wyrobić sobie wreszcie swoją. 
  • Chciałabym też koniecznie dostać Lokatorkę, ale chyba nieprędko się to wydarzy, ponieważ w momencie premiery i chwilę przed nią będę w Bośni i Hercegowinie (na świetniej wycieczce z moim Zespołem, na której na pewno nie będę się nudzić).

 Zbliżają się wakacje, mam więc nadzieję, że znajdę trochę więcej czasu, aby nadrobić książkowe zaległości. 

Cieszę się, że tutaj zajrzałeś Czytelniku, będzie mi bardzo miło jeśli pozostawisz po sobie jakiś ślad – nic nie motywuje do dalszego działania tak, jak zaangażowanie Czytelników.