Kategoria: Recenzja

Margo

Margo

O Tarryn Fisher usłyszałam po raz pierwszy, kiedy na rynku książki pojawiła się uwielbiana przez wszystkich Bad Mommy. Na fali dobrych recenzji chciałam również ją nie tylko posiadać, ale i przeczytać. Niestety, jakoś zawsze było coś ważniejszego, a ja lekturę odkładałam. Niedawno dzięki uprzejmości portalu CzytamPierwszy.pl udało mi się dorwać dwie nowsze książki Fisher: Margo i najświeższą Ciemną stronę. I tak jakoś wyszło, że to właśnie ta środkowa wspaniałą fakturą okładki skusiła mnie najbardziej i od niej zaczęłam. Przyznaję, trochę się obawiałam, bo miałam całą kolekcję książek autorki, której kompletnie nie znałam.

Margo Moon z Bone.

Margo mieszka w domu, który nazywa Pożeraczem, z matką, która cierpiąc na depresję oddaje swoje ciało za pieniądze licznym kochankom. Dziewczynka, a potem już dorosła kobieta cierpi z powodu odrzucenia przez najbliższą jej osobę. Kiedy pewnego dnia niepełnosprawny chłopak, którym się fascynuje pierwszy raz się do niej odzywa – jej życie zmienia się, a spokojny, choć nieco patologiczny świat małego miasteczka Bone zostaje zachwiany, kiedy znika mała dziewczynka, a Margo zostaje świadkiem sceny, która na zawsze ją zmienia.

Na początku wszystko tutaj jest niespokojne, ale i leniwe. Dni, chociaż straszne płyną powoli do przodu, ciągle takie same. Nic nie zakłóca patologicznej relacji między Margo, a jej matką, która wiele lat wcześniej przestała się do niej odzywać. Nie zmienia się ani szkoła, ani praca dziewczyny, która radzi sobie zupełnie sama – bez pieniędzy, rodziny i przyjaciół. Kiedy więc po raz pierwszy odzywa się do niej Judah, chłopak jeżdżący na wózku Margo widzi światełko w tunelu. To mężczyzna, który jest dobry, miły, chociaż szczery do bólu, znający swoje słabości i drwiący z nich. Będący dla niej oparciem, ale nie w słodkim, romantycznym znaczeniu. Nie. On jest dla niej podporą, pomaga jej swoją obecnością i tym, że ona przy nim zostaje sobą.

Niesamowici bohaterowie.

W Bone mieszka wiele osób – jest udręczona życiem matka Margo, zdradzający żonę burmistrz, sprzedający narkotyki Mo i wiele, wiele innych. Każdy jest mroczniejszy od poprzedniego. Każdy ma coś na sumieniu. Przy wszystkich opisach Bone miałam wrażenie, że ciągle jest tam ciemno, ponuro i źle. Zwłaszcza, kiedy nagle ginie mała dziewczynka, z którą Margo chwilę wcześniej rozmawiała. Sama Margo skrywa mnóstwo tajemnic, próbując jednocześnie odkryć te, które skrywają inni. Zaczyna od własnej matki, a to, czego się dowiaduje sprawia, że jeszcze bardziej się jej brzydzi. Potem będzie w ten sam sposób sprawdzać każdego.

Ta niespokojna dziewczyna wzbudziła we mnie ogromne współczucie, przez co niezmiernie cieszyłam się, że ma Judaha. Ten dobry, chociaż twardy chłopak był dla niej wsparciem, ale nie głaskał jej po głowie. Nie oszukiwał, nie zwodził, nie pomagał na siłę. Był przy niej i dla niej, lecz kiedy tego nie chciała – cierpliwie czekał. To, co mu się przydarzyło było ogromną niesprawiedliwością. Kiedy przeczytacie całą książkę – zrozumiecie co miałam na myśli.

Pomysłowa, mroczna i z dreszczykiem.

Tarryn Fisher zgrabnie stworzyła świetny thriller. Początkowo akcja rozwija się wolno i ma się wrażenie, że na Bone po prostu się skończy. Ale ona bawi się czytelnikiem, zupełnie jak świat bawi się Margo. Raz po raz rzuca dziewczynę na coraz głębszą wodę, stawia pod jej nogami coraz większe kłody. Jest nieprzewidywalna – jak sama Margo. A to, co dla niej przeznaczyła rzuciło mną o podłogę. Długo leżałam i nie mogłam się podnieść. Przejechałam przez to mój przystanek, by jak w amoku wysiąść z tramwaju i zorientować się, że wysiadłam o jeden za wcześnie. Byłam zdruzgotana, rozbita i poczułam się jak Margo – jakbym już nie mogła zaufać sama sobie.

To chyba było najgorsze w tym wszystkim – świadomość, że człowiek najbardziej powinien bać się samego siebie, bo to, co o sobie sądzi może być dużo lepsze niż to, co jest w rzeczywistości. Chylę czoła, bo dawno żadna książka nie wstrząsnęła mną tak potężnie jak właśnie Margo. Czyta się ją z ogromnym zaciekawieniem, momentami niedowierzając, a strony szybko uciekają. Nie tylko przez naprawdę fantastyczny styl autorki, ale także dlatego, że rozdziały są dosyć krótkie i treściwe. Muszę również pochwalić okładkę – moim zdaniem jest o niebo lepsza niż zagraniczna. I ta faktura! Mogłabym gładzić tę książkę godzinami!

Podsumowanie.

Jeśli nie czytaliście Margo to koniecznie nadróbcie. To nie jest lekka książka na jeden wieczór, ale zapewniam, że bardzo szybko ją połkniecie. Nie odprężycie się i nie zrelaksujecie, a jednak będziecie chcieli więcej i więcej. Nie będziecie wzdychać nad cudownością losu dwojga kochanków, ale uderzycie z impetem o ziemię. Jeśli lubicie książki, które pozostawiają ślad po sobie na wiele dni, a nawet tygodni – przeczytajcie Margo. Nie pożałujecie.

Autor: Tarryn Fisher
Tytuł: Margo
Liczba stron: 345
Wydawnictwo: SQN

Za książkę serdecznie dziękuję CzytamPierwszy.pl

Purezento

Purezento

Joannę Bator chyba nie trzeba nikomu przedstawiać, ja jednak tak naprawdę dopiero rozpoczęłam przygodę z tą autorką i muszę przyznać, że było to spotkanie bardzo udane. Niesamowicie się wciągnęłam w Purezento i momentami nawet wzruszyłam. Czytałam też tę książkę wtedy, kiedy wszystko dosłownie stanęło na głowie, więc potrzebowałam trochę magii zen, której znajdziecie tutaj bardzo dużo.

Purezento, czyli prezent.

Chłopak głównej bohaterki (której imienia niestety nie poznajemy) ginie w tragicznym wypadku. Nie mogąc pozbierać się po jego śmierci dowiaduje się, że właściwie straciła go już dużo wcześniej. W wyniku dziwnego zbiegu okoliczności trafia do Japonii by opiekować się domem i kotem swojej uczennicy. Tam trafia na lekcje sklejania rozbitych naczyń, w czasie których uczy się pokory, cierpliwości i naprawy własnego życia. Poznając wszystkie zakamarki domu oraz najbliższej okolicy wycisza się i przeżywa swoją żałobę na swój sposób. Nie wie, co przyniesie jutro i kiedy to wszystko się skończy. Ma jednak pewność, że coś w jej życiu się zmieniło.

Literatura piękna to niełatwa literatura.

Mimo, że książkę czyta się bardzo szybko, to mnie zajęło uporanie się z nią kilka dni – głownie przez permanentny brak czasu. Muszę jednak przyznać, że naprawdę mnie urzekła. Czułam się bardzo wyciszona i zrelaksowana mimo, że temat, który porusza wcale nie jest łatwy. Bator dosłownie tchnęła we mnie ducha zen.

Wszystko w tej książce jest doskonałe – język, którym operuje autorka, ciekawa, standardowa, a jednocześnie oryginalna historia, melancholijna, prosta bohaterka, która nie irytuje, a raczej uspokaja. Czujemy, jak skleja własny świat na lekcjach u swojego mistrza używając do tego złotego kleju i mamy wrażenie, jakby reperowała nie tylko naczynia i własne życie, ale i nasze. Nie ma tam zbędnego gadania – poznajemy ciekawe historie, kulturę Japonii i jej mieszkańców. Dowiadujemy się jak żyją, jak przeżywają swoje wzloty i upadki. Obserwujemy też uczłowieczonego kota pani Myoko, który ceni sobie doskonałe posiłki i jazdę w koszyku na rowerze. Obserwujemy drzewa, które gubią liście, ciepły i porywisty wiatr i przewowiadające trzęsienie ziemi papugi. Człowiek w harmonii z naturą i innymi ludźmi.

Zwierzęta w ludzkich skórach.

Głowna bohaterka ma ciekawe przyzwyczajenie – praktycznie wszystkich spotykanych ludzi „ubiera” w skórę zwierząt. Ktoś jest psem, fretką, lisem, niedźwiedziem. Każda twarz kojarzy jej się z innym zwierzakiem. Dodatkowo jej lęki i obawy po tragicznej śmierci chłopaka sprawiają, że notorycznie goni ją rekin ludojad, który swoim silnym ogonem podcina jej nogi ilekroć ona tylko wspomni ich wspólne chwile. W miarę jak dziewczyna stara się uporać ze strachem – – wielka ryba pojawia się coraz rzadziej.

Przyznam się Wam, że mam coś podobnego do bohaterki, z tym, że ja nowo poznanych ludzi ubieram w skórę tych, których już znam. Teraz po przyjściu do nowej pracy również tak się stało – spotkałam dawną koleżankę z pracy, siostrę mojego chłopaka czy kolegę z podstawówki. Podobieństwo nie obejmuje tylko wyglądu, ale też sposobu mówienia, gestów i charakteru. Problemem jest tylko to, że zwykle tylko ja widzę jakiekolwiek podobieństwo.

Podsumowanie.

Jeśli wcześniejsze książki Bator nie przypadły Wam do gustu – jestem pewna, że ta to zmieni. Słyszałam, że to jedna z jej lepszych książek i po tym co przeczytałam w Purezento jestem przekonana, że to prawda. Dawno już nie czytałam literatury pięknej i jestem zadowolona, że właśnie nowa Bator wpadła mi w ręce. Ma piękną, prostą i wiele mówiącą okładkę, ciekawy warsztat, nietuzinkową historię i spokój zen. Polecam z całego serca!

Autor: Joanna Bator
Tytuł: Purezento
Liczba stron: 288
Wydawnictwo: Znak

Kolekcja nietypowych zdarzeń

Kolekcja nietypowych zdarzeń

Kiedy gdzieś mignęła mi Kolekcja nietypowych zdarzeń na Instagramie od razu zainteresowałam się tą książką. Jakże byłam ucieszona, kiedy debiut Toma Hanksa pojawił się na portalu czytampierwszy.pl! Niestety, zabrakło mi dosłownie jednego punktu, aby go otrzymać, a zostały zaledwie 3 sztuki i wiedziałam, że nie zdążę. Omal nie posiadałam się z radości, kiedy otrzymałam informację od administratorki portalu, że mój wysoki status recenzenta pozwala mi otrzymać tę książkę do recenzji ekstra! Kolejny powód, aby w czytampierwszy.pl udzielać się aktywnie.

Każdy z nas ma jakąś kolekcję nietypowych zdarzeń.

Kolekcja nietypowych zdarzeń to zbiór siedemnastu opowieści, które wprawiają nas w klimat Forresta Gumpa. Poznajemy zatem dwóch przyjaciół, którzy walcząc na fromcie europejskim co roku w Wigilię dzwonią do siebie i wspominają. Jeden z nich uratowł drugiemu życie. Czytamy o młodej, dobrze zapowiadającej się aktorce, która jednak w wielkim mieście nie może dostać żadnej porządnej roli. Chwyta się więc czegokolwiek, co w efekcie bardziej jej szkodzi, niż pomaga. Przyglądamy się początkowi nowego życia pewnej młodej, samotnej matki, która przeprowadzając się do wymarzonego domu przewiduje (dosłownie) jak potoczą się jej tam dalsze losy i których sąsiadów lepiej unikać. Wejdziemy razem z pewną dziewczyną do miejsca, gdzie naprawia się i sprzedaje maszyny do pisania i przyjrzymy się wielu modelom stojącym na półkach. A to nie koniec!

Tom Hanks w nowej roli.

Tym razem ten znakomity aktor, którego chyba nie trzeba nikomu przedstawiać, miłośnik Fiata 126p, czyli naszego poczciwego Malucha, sam dla siebie napisał rolę. Stał się pisarzem, stworzył kilkanaście opowieści, w których wątkiem łączącym wszystko w jedną całość jest maszyna do pisania i znów rozkochał w sobie miliony. To jego debiut, zresztą bardzo udany. Każde opowiadanie jest trochę inne i inaczej skonstruowane – znajdziemy tam nie tylko zwykły wycinek opowieści, ale także sztukę teatralną, czy fragmenty z gazety. Na pewno nie będziemy mogli narzekać na nudę. Każda historia napisana jest lekko, mimo, że czasem traktuje o dość ciężkich tematach. Autor znakomicie snuje opowieść – niczym właśnie Forrest Gump, który siedzi na ławeczce niedaleko domu Jenny i opowiada wielu osobom, które chcą go słuchać co działo się w jego życiu albo innych osób.


To jest książka, po którą warto, a nawet trzeba sięgnąć. Powinniśmy się w nią wczytać, delektować doskonałym językiem, ciekawymi postaciami i lekką formą podania.

Żeby jednak nie było tak kolorowo.

Książka bardzo mi się podobała, to niezaprzeczalny fakt. Nie tylko dlatego, że moja miłość do Toma Hanksa jest wiecznie żywa, ale także dlatego, że to całkiem dobra literatura. Nie byłabym jednak sobą, gdybym do czegoś się nie przyczepiła. Brakowało mi puenty tych opowiadań. W większości miałam wrażenie, że zakończenie zostało zawieszone w powietrzu, bez podsumowania, złotej myśli, nawet czegoś do przemyślenia. Jakby każde miało mieć jakiś ciąg dalszy. Próbowałam sama przemyśleć to i wysnuć jakieś wnioski, ale wciąż czułam się trochę zostawiona sama sobie. Najpewniej właśnie o to chodziło, ale jakoś nie trafiło to do mnie – lubię mieć dopięte wszystko od początku do końca.

Podsumowanie.

W mojej ocenie to bardzo dobra książka, którą można polecić każdemu. I tym, którzy opowiadań nie lubią i tym, którym one nie przeszkadzają. Na pewno jest to pozycja obowiązkowa dla wszystkich fanów Hanksa – to kontynuacja jego ról, osobowości i przeżyć. Jego duch unosi się nad kartami tej książki. Dodatkowo prosta i mówiąca wszystko okładka szybko zapada w pamięć i obiecuje nam miłe chwile. I tak w istocie jest.

Autor: Tom Hanks
Tytuł: Kolekcja nietypowych zdarzeń
Wydawnictwo: Wielka Litera
Liczba stron: 392

Za swój egzemplarz serdecznie dziękuję portalowi CzytamPierwszy.pl

Film kontra książka 

Film kontra książka 

Naturalnym procesem jest to, że wiele książek doczekało się swoich ekranizacji. Niektóre są bardzo udane, zdecydowanie bardziej przypadają do gustu niż książki, a inne po prostu nie oddają tego, co możemy sami przeczytać. Mam na temat film konta książka swoje własne typy i spostrzeżenia.

  • Książka lepsza niż film.

Wiedźmin. 

Zdecydowanie i bezapelacyjnie. Te wszystkie potwory wykonane z rury od odkurzacza, niski budżet i wiele, wiele innych. Chociaż Michał Żebrowski w roli Wiedźmina jest dla mnie bezapelacyjny i nie wiem kto mógłby go w ogóle na tym stanowisku zastąpić to jednak nie lubię tego filmu. I chociaż jako mała dziewczynka kochałam ponad wszystko tę ekranizację (no, może tylko Dirty Dancing bardziej skradło moje serce), to jednak uważam, że książki są o niebo lepsze. Po pierwsze – moja wyobraźnia ma o wiele więcej pieniędzy i tworzy nieziemskie efekty specjalne. Po drugie w całej sadze znajdziemy mnóstwo nie tylko opowieści, ale przede wszystkim historię Ciri, która dla mnie była po prostu genialna. Miałam w te wakacje odświeżyć sobie Wiedźmina, ale niestety obawiam się, że nic z tego nie wyjdzie. Żałuję bardzo.

  • Film równy książce.

Harry Potter.

Trudno mi powiedzieć co jest lepiej wykonane. W filmie znajdziemy nie tylko dosyć wierną kopię fabuły z książki, ale i także świetne efekty specjalne. Myślę, że twórcy zdecydowanie przeskoczyli samych siebie i podarowali nam coś, czego sami nie bylibyśmy w stanie w takiej skali zobaczyć. Absolutnie genialna muzyka, zdjęcia, te wszystkie mecze quiddicha i detale, nad którymi rozwodziłam się równie długo jak nad niektórymi fragmentami książki. Lubię takie smaczki – często do nich wracam i podczytuję.

Igrzyska śmierci.

Najpierw przeczytałam, potem zobaczyłam. I chociaż trzecia część jest dla mnie jakąś kompletną porażką, to jednak nadal uważam, że film jest zrobiony bardzo dobrze i znacząco oddaje charakter i fabułę książki. Niewiele jest odstępstw, a producenci odwalili kawał dobrej roboty – przepych i rozmach Kapitolu, problemy ubogiej ludności i kogoś, kto został zmuszony do zabijania. Moment kiedy Katniss orientuje się, że znów musi wrócić na arenę? Geniusz!

  • Książka gorsza niż film.

Zanim się pojawiłeś. 

Moda na Jojo Moyes powinna zacząć się do czegoś innego niż Zanim się pojawiłeś. Książka nie zachwyciła mnie (chociaż nie mogę powiedzieć, że byłam rozczarowana), ale film po prostu odebrał mi oddech. Byłam na tym w kinie, z Lubym i uważam, że to był naprawdę świetny film. Emilia Clarke odwaliła kawał dobrej roboty i udowodniła, że potrafi grać nie tylko smocze królowe z pazurem, ale i szalone kobiety. A muzykę nuciłam przez następny tydzień.

Władca Pierścieni. 

Obejrzałam wszystkie części z zapartym tchem, a potem zaczęłam czytać książki. I zawiodłam się. Nie potrafiłam przebrnąć przez pierwszą część i na niej zakończyłam moją przygodę z Tolkienem. Mimo, że Władcę Pierścieni mogłabym oglądać w kółko i nigdy by mi się nie znudził, to książki nie tknę się nawet jeśli to będzie ostatnia dostępna książka na ziemi. Słyszałam kiedyś, że często jest tak, że ciężko czyta się klasyków gatunku, który się kocha. To by miało sens i u mnie by się sprawdziło.

A jak jest z Wami? Jakie książki są lepsze od ekranizacji i odwrotnie – co lepiej zobaczyć niż przeczytać?

The Perfect Game #1

The Perfect Game #1

Udało mi się otrzymać książkę The Perfect Game #1 Rozgrywka, a skusiła mnie ciekawa fabuła (choć przyznam, że nieco banalna) i mnóstwo pozytywnych opinii osób, które mogły trochę wcześniej ją przeczytać. Jednak po lekturze Dominica byłam tak okropnie rozczarowana tego typu literaturą, że pożałowałam już od pierwszych stron. Ostatecznie nie było jednak tak źle.

Kicia i baseballista.

Cassie przychodzi do college’u trochę później niż jej przyjaciółka Melissa z powodu kłopotów finansowych. Na pierwszej imprezie na kampusie wpada w oko największemu podrywaczowi, Jackowi, który śpi z każdą napotkaną dziewczyną tylko raz. Cassie jednak odrzuca go, chociaż ewidentnie nie jest odosobnionym przypadkiem i również ona jest wprost oczarowana jego aparycją. Kiedy zgadza się na jedną randkę z chłopakiem jej świat wywraca się do góry nogami.

Sztampowa historia: ona jest grzecznym Kopciuszkiem, zraniona przez rodziców, samotna, on to prawdziwy przystojniak, grający w drużynie, dobrze zapowiadająca się gwiazda baseballu. Oczywiście on leci na nią, bo nie zwraca na niego uwagi, a ona mu ulega, bo jak można oprzeć się komuś tak przystojnemu? I nie będzie spoilerem jeśli napiszę Wam, że oczywiście w końcu są razem – bo po pierwsze wiadomo to od początku, a po drugie staje się to bardzo szybko.

Kocham cię na kocham cię i kochaniem pogania.

Jack zmienia się dla niej diametralnie, nie może bez niej żyć. Ona zrobi dla niego wszystko. Kochają się do szaleństwa, przeżywają wspólnie pierwsze intymne chwile (choć on trochę mniej pierwsze). Jednak tego seksu jest tam stosunkowo niewiele, więc odetchnęłam z ulgą bo rubasznym i ciężkim Dominicu. Najbardziej irytowało mnie to, co powtarzało się najczęściej: Kicia, czyli Cassie przewracała oczami, a Jack mówił jej, że to niezdrowe oraz ciągłe powtarzanie, że się kochają. Na jednej stronie potrafili wyznać sobie miłość kilka razy. Nawet jak dla mnie to trochę przesada.

Autorka bardzo szybko też przeskakuje od momentu ich pierwszej randki do momentu, kiedy już ze sobą są. Nagle fabuła zaczyna się trzy miesiące później i w zasadzie nie wiemy, czy Cassie opierała się nadal Jackowi, a jeśli tak to jak długo, czy ta pierwsza randka, na której on, twardziel natychmiast się przed nią otworzył od razu pchnęła ją w jego ramiona.

Z prędkością światła.

Strasznie szybko to wszystko pędziło do przodu. Po pierwszej randce Cassie i Jack już są ze sobą, zaraz przechodzimy do pierwszego zbliżenia, za chwilę on awansuje do prawdziwej drużyny, potem bardzo szybko do kolejnej i kolejnej. Generalnie fabuła dosyć często przeskakuje, co dało mi momentami wrażenie, że autorka trochę nie ma pomysłu jak to wszystko rozwinąć, ale wymyśliła niezłe zakończenie, więc szybko do niego dąży. I w sumie tak się trochę stało – zakończenie faktycznie mną zatrzęsło, chociaż nie mogę powiedzieć, że się nie spodziewałam. No dobra, nie wszystkiego się spodziewałam, nie myślałam, że autorka postanowi im aż tak dowalić. Chociaż potem wiedziałam, że jakoś to odkręci, a nawet byłam pewna w jaki sposób. Niemniej jednak na moment zamarło mi serce.

Książka nie była zła, to po prostu coś, co wystarczy na jeden wieczór i długo po jej przeczytaniu o niej nie pomyślicie. To coś, co szybko wyleci Wam z głowy, bohaterowie nie zagrzeją miejsca w Waszym sercu, a kac książkowy jest praktycznie niemożliwy. Przeczytałam, nie męczyłam się z tym jakoś szczególnie, ale nie było też tak, że nie mogłam się oderwać. Jeśli więc chcielibyście przeczytać coś dla samego przeczytania – możecie sięgnąć. Albo jeśli lubicie niezobowiązujące powieści w których ona jest aniołem, a on diabłem i szaleją za sobą.

Autor: J. Sterling
Tytuł: The Perfect Game. Rozgrywka
Liczba stron: 300

Wydawnictwo: SQN

Recenzja portalu CzytamPierwszy.pl

Recenzja portalu CzytamPierwszy.pl

Słyszałam przeróżne opinie o tym portalu. Że trzeba strasznie się natrudzić, żeby zdobyć punkty na wersję finalną, że to nieposzanowanie blogera/recenzenta. W sumie widziałam chyba więcej gorzkich żali niż pozytywnego odbioru. Ponieważ już jakiś czas aktywnie działam na portalu postanowiłam wtrącić swoje trzy grosze.

Czym jest portal CzytamPierwszy?

Na początek krótkie informacje jeśli ktoś nigdy wcześniej nie widział portalu. Otóż wydawnictwo SQN wpadło na pomysł, aby założyć stronę, na której recenzenci będą mogli wrzucać informacje o swoich opiniach i dostawać za to punkty. Odpowiednią ilość można zamienić na książkę w wersji elektronicznej (20 punktów) lub finalną (100). Czasem organizowane są także promocje i można otrzymać książkę za promocyjną liczbę punktów. Do wydawnictwa SQN dołączyło już kilka innych, możecie więc wybierać z 65 pozycji. Raz w tygodniu w poniedziałki wysyłany jest również newsletter – tam znajdziecie informacje dotyczące zmian na portalu oraz promocji na różne tytuły.

Czy 100 punktów to dużo?

Wiele osób wysuwało zarzut do portalu, że trzeba strasznie się namęczyć, żeby zdobyć upragnione 100 punktów i dostać wersję finalną. Owszem, za darmo nie dostaniemy książki. Za napisanie recenzji typu: „książka jest dobra, bo mi się podobała” też nie. Trzeba wykrzesać z siebie trochę energii i wrzucić trochę opinii do sieci. Tak między Bogiem a prawdą robię niewiele więcej niż zwykle – wrzucam recenzję na bloga, zdjęcia na Instagrama, informację na fanpage blogowy, a potem to udostępniam – na grupach blogerskich (bo to w końcu rozprzestrzenia też mój blog), u siebie na tablicy, piszę opinie w goodreads, na lubimyczytac i w kilku innych miejscach. Dzielę się swoją opinią w grupach czytelniczych – bo i tak to robię. Wkładam więc w to tyle samo serca co zawsze. I mam z tego korzyści.

Byłam po tej drugiej stronie – zajmowałam się blogerami i recenzentami i wiem, że czasem motywacja sprawia, że ludzie stają się sumienni, a jej brak – leniwi. Otrzymując książkę za darmo i z poczuciem, że nam się należy nie czujemy się zobligowani do czegokolwiek. Jeśli jednak wiemy, że to jednak coś nas „kosztuje” – pracę, czas, zdobycie zaufania wydawnictwa i możliwość przeczytania kolejnej, to od razu zabieramy się do pracy bardziej zmotywowani.

Portal to także szansa dla tych, którzy dopiero zaczynają, nie mają imponujących statystyk, a wymarzone wydawnictwa nie chcą z oczywistych względów na razie współpracować. Wiele razy otrzymałam odmowę, bo docieram do niewielkiej grupy osób – ale dzięki portalowi CzytamPierwszy.pl mogę otrzymać książki, które chciałabym.

Strona techniczna portalu.

Na początek logujemy się do portalu i otrzymujemy na wstępie 50 punktów. Jeśli akurat trafimy na jakąś promocję, to możemy otrzymać nawet wersję finalną. Jeśli nie pozostaje nam wersja elektroniczna. Niestety tutaj ogromny minus portalu – wersje elektroniczne nie są na czytnik, a na aplikację issuu, która ma podstawową wadę – nie zapamiętuje strony, na której skończyliśmy czytać. Rozumiem więc frustrację wielu osób i mam nadzieję, że portal szybko przerzuci się nawet na zwykle pdfy, które byłyby o niebo lepsze.

Po przeczytaniu książki i zrecenzowaniu jej tam, gdzie ktoś chce należy dodać je wszystkie do portalu – przy każdej „zakupionej” książce mamy przycisk „napisz recenzję”. Możemy wrzucić tam link, ale także screena. Uważajcie tylko, aby najpierw kliknąć załaduj, a dopiero potem wyślij, inaczej nic się nie doda i dostaniecie 0 punktów (nie jest to jednak nieodwracalne, wystarczy dodać to jeszcze raz).

Zdobywanie punktów wiąże się z kolejnymi statusami, a one z bonusami. Jakimi? Mnie na przykład udało się otrzymać książkę, która bardzo mnie interesowała poza kolejnością i mogę zgarnąć za recenzję dodatkowe punkty. Uważam zatem, że się opłaca.

Polecam portal CzytamPierwszy.pl

Wiem, że portal wzbudza wiele kontrowersji, uważam jednak, że jeśli ktoś czuje się oszukany i nieszanowany może po prostu nie zakładać konta. Ja osobiście jestem bardzo zadowolona. Cieszę się jak dziecko na każdą przesyłkę i staram się dodawać opinie szybko i zawsze zgodnie z własnym sumieniem. Osiągniecie 100 punktów za recenzję (a tym samym otrzymanie kolejnej książki) nie jest dla mnie przesadnie trudne, a trochę angażujące. Nie mam dzięki temu poczucia, że dostaję coś za darmo, że nic mnie to nie kosztuje. Za portalem też stoją ludzie, którzy muszą tę książkę wydać, zaprezentować, a nawet do Was wysłać. To też kosztuje ich pracę, a nawet prawdziwe pieniądze, nie traktujmy więc tego jako wyzysku. Praca za pracę. To, że jesteśmy blogerami, czy recenzentami nie oznacza, że książka nam się należy. Trzeba na nią zapracować i myślę, że każda osoba, która teraz może przebierać w ofertach książek też na początku ciężko pracowała, a może nawet pracuje nadal.

Jeśli macie jakieś pytania – piszcie śmiało, chętnie odpowiem na nie, jeśli tylko będę potrafić.

Wyzwolenie

Wyzwolenie

Trylogia Wojen Alchemicznych dobiegła końca. Kto zwyciężył? Ludzie, czy maszyny?

Mechaniczny i Powstanie zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Byłam zachwycona pomysłem alchemicznie budowanych maszyn, zniewolonych przez ludzi, które wreszcie odzyskują powoli wolną wolę i w dużej części stają przeciwko swoim poprzednim panom. Czy autorowi udało się w dobrym stylu zakończyć tę genialną trylogię?

Bernice, Jax i… Anastazja Bell.

Wcześniejsze części zawsze były opowiadane przez trzy osoby, dlatego i w tej nic się nie zmieniło. Świat poznajemy z perspektywy znanej już nam francuskiej agentki Berenice, uwolnionego mechanicznego Jaxa, czyli Daniela oraz niezupełnie nowej postaci, ale na pewno od tej perspektywy nieznanej holenderskiej pracownicy biura Nadleśnictwa Anastazji Bell. Tej samej, która odpowiadała za wszczepienie pastorowi Visserowi szkiełka, które sprawiło, że zachowywał się niczym mechaniczny podległy swoim panom. Albo tej, która uwięziła Berenice i chciała z nią zrobić to samo. To ona była szychą Nadleśnictwa odpowiedzialnego za wykuwanie w Wielkiej Kuźni mechanicznych. Wreszcie możemy odkryć co ta kobieta myśli i czuje.

Zastajemy świat w momencie, kiedy Nowa Marsylia wygrywa wielką bitwę. Uwolnione przez Daniela maszyny mogą wybrać co chcą robić. Jedne postanawiają pomóc Nowej Francji pokonać Holendrów, inne żądne mordu na dawnych panach zaczynają rzeź. Do tego wszystkiego miesza się królowa Mab – maszyna, która na swój sposób zniewoliła dużą część mechanicznych.

Wiem, może to wszystko wydawać się pomieszane, a ja nie zdradziłam Wam nawet niewielkiej części fabuły. Tam tak dużo się dzieje, że nie da się tego krótko i zwięźle streścić. W pewnym momencie jednak wszystkie trzy osoby spotkają się i tam wszystko się rozegra.

Pomysł i wykonanie – geniusz.

Po raz kolejny Ian Tregillis udowodnił mi, że ma głowę na karku. Przez trzy tomy utrzymywał ciągle ten sam poziom – świetna fabuła pełna niespodziewanych zwrotów akcji, mnóstwo kłód pod nogi bohaterów, nowy, ciekawy świat oraz różnorodni bohaterowie. Wulgarna i porywcza Berenice, ostoja spokoju i dobra Daniel oraz zimna i wyrachowana Anastazja, która chce tylko bronić Nadleśnictwa i jego tajemnic. Każdy z nich prowadzi inną walkę, chce czegoś innego, dzięki czemu nie nudzimy się patrząc z perspektywy któregokolwiek z nich. Chociaż szybko domyśliłam się jaki powinien być finał tej historii – środki, jakimi do tego dochodzi są tak zaskakujące i ciekawe, że trudno to przewidzieć. Z każdą nową odkrytą zagadką byłam po prostu zachwycona jak autor mógł to w ogóle wymyślić.

Komu spodoba się Wyzwolenie i cała trylogia Wojen Alchemicznych?

Jeśli lubicie fantastykę, trochę science-fiction, interesujecie się alchemią i robotami, uwielbiacie wartką akcję i nietuzinkowych bohaterów – będziecie zachwyceni tak jak ja. Nie nudziłam się ani przez chwilę, a cięty język Berenice, wyrachowanie Anastazji, odwaga Longchampa i ogólny ciekawy charakter Daniela sprawiają, że każdy znajdzie coś dla siebie. Zestawienie porywczej Berenice i spokojnego Daniela było dla mnie mistrzostwem świata. Serdecznie i z całego serca polecam tę książkę. Miło spędzicie czas, nie raz zaskoczycie się i będziecie prawdziwie zadowoleni.

Autor: Ian Tregillis
Tytuł: Wyzwolenie
Wydawnictwo: SQN

Liczba stron: 436.

Żniwiarz. Czerwone słońce.

Żniwiarz. Czerwone słońce.

Po pierwszej części Żniwiarza Pauliny Hendel byłam rozczarowana, zawiedziona i rozgoryczona. Nie chciałam nawet myśleć, że przecież kupiłam od razu drugi tom i pewnie będę musiała go przeczytać. Z ciężkim sercem podjęłam się tego jednak i… uważam, że dobrze zrobiłam, że tego nie odłożyłam.

Uwaga, może zawierać spoilery!

Magda wraca na ziemię pod postacią żniwiarza. Jej zabita przez Pierwszego dusza błąkała się przez rok, aby wreszcie znaleźć ciało zamordowanej, pięknej dziewczyny. Zaskoczona wraca do Wiartołomu do swojego wujka i z nim rozpoczyna życie zabijając potwory z zaświatów. Musi jednak uporać się nie tylko z nową profesją, nieznanymi upiorami, słabościami ciała i psychiki poprzedniej właścicielki, ale również z własną śmiercią. Szybko okazuje się, że opanowanie tego wszystkiego wcale nie jest tak proste jak jej się poprzednio wydawało. Bycie żniwiarzem również nie jest taką dziecinną zabawą jak sądziła.

Nowe postaci na scenie.

W książce pojawia się kilku nowych, chociaż drugoplanowych bohaterów. Poznamy rządną rodowych sreber ciotkę Janinę i jej dwóch osiłkowatych wnuków i szaloną koleżankę Mateusza Klarę. Zdałam sobie przez to tylko sprawę, że świat w Wiartołomie jest jakiś taki pusty – mało osób kręci się po ulicach, prawie nic nie widzą, a nawi napadają tylko tych, którzy faktycznie w nich wierzą. Zdziwiłam się również, że kuzyni Magdy bardzo szybko przekonali swoją babcię, że rodzina Wojnów nie ukrywa dużej gotówki, a ona jakby prędko się z tym pogodziła, chociaż ponoć zawsze była taka rządna pieniędzy.

Tym razem autorka postarała się, aby pojawiło się więcej nawich, sposobów ich zabicia, a nawet problemów z pokonaniem. Już nie idzie żniwiarzom tak łatwo, nie wystarczy uderzenie szakłakiem przez głowę, albo prosty egzorcyzm. Magda w swoim nowym ciele nie jest od razu superbohaterką, która pokonuje wszystko bez przeszkód. Nie, ona tym razem jest prawidziwa – uczy się nowego ja, próbuje walczyć ze słabościami i strachem poprzedniej właścicielki. To ważne moim zdaniem, gdyż dodaje temu znacznej wiadygodności.

Dlaczego druga część jest lepsza od pierwszej?

Jeśli czytaliście recenzję poprzedniej części na pewno wiecie, że byłam rozczarowana. Magda była lekkomyślna, trochę szalona, jej relacja z Mateuszem sztywna i nieprawdziwa, upiory i inne potwory niczym dokazujące szczeniaki, a sposoby na ich zabicie zawsze takie same. W drugiej części autorka zadaje kłam tym zarzutom. Magda co prawda nadal jest lekkomyślna, ale nie uchodzi jej to na sucho – zawsze musi za to zapłacić. Jej relacja z Mateuszem nabiera innych kolorów, które wydają się prawdziwsze i lepsze. Mamy też dużo więcej upiorów, autorka wyjaśnia też więcej sposobów na ich zabicie, a odesłanie do Nawii nie jest już dziecinnie proste.

Zdecydowanie ta część bardziej się udała. Mamy tutaj więcej wierzeń słowiańskich, które miały być głównym atutem książki, więcej stworów rządnych krwi. Nie mogę niestety jednak nadal powiedzieć, że jest to genialna książka. Drugą część zdecydowanie czytało mi się przyjemniej, byłam bardziej ciekawa co słychać u bohaterów i jak to się skończy. Chociaż niestety zakończenie rozczarowało mnie, bo okazało się, że ci, którzy mieli być twardzielami okazali się miękcy. No coż, bywa i tak. Na szczęście jednak nie męczyłam się podczas czytania i w sumie jestem całkiem zadowolona.

Podsumowanie.

Druga część przebiła pierwszą i nawet sprawiła, że mam ochotę na trzecią (a po pierwszej wątpiłam, czy w ogóle sięgnę po drugą). Cieszę się, że tak się stało, ponieważ autorka skusiła mnie naprawdę dobrym pomysłem. Miejmy zatem nadzieję, że ostatnia część nie tylko powie nam do jakiego końca to wszystko zmierza, ale także przebije dwie poprzednie i będę mogła powiedzieć, że to naprawdę świetna lektura.

Autor: Paulina Hendel
Tytuł: Żniwiarz. Czerwone słońce
Wydawnictwo: Czwarta strona
Liczba stron: 431.

Co książkoholik znajdzie na Netflixie?

Co książkoholik znajdzie na Netflixie?

Mam wrażenie, że już wszyscy o tym pisali, więc wypowiem się i ja: jestem zakochana w Netflixie (który również oczarował mojego Lubego). Założyłam konto tylko dla Ani, nie Anny, a zostałam na dłużej i pochłaniam obecnie Rivendale. Co jednak typowy książkoholik może tam znaleźć?

 

  1. Ania nie Anna, czyli serialowa ekranizacja znanej i lubianej powieści Ania z Zielonego Wzgorza. Mam wrażenie, że to już trochę obowiązek, każdy musi to zobaczyć. Ładnie nakręcony serial, super dobrani aktorzy i powalająca Ania, która jest urocza, chociaż brzydka. Zakochałam się w tym serialu i już nie mogę doczekać się kolejnego sezonu. 
  2. 13 powodów, również ściągnięte z książki, której jeszcze nie czytałam. Hannah popełnia samobójstwo i zostawia po sobie 13 taśm na których wyjaśnia dlaczego to zrobiła. Troszkę momentami mi się dłużyło, ale generalnie serial bardzo dobry. 
  3. Plotkara to serial nakręcony na podstawie serii o tej samej nazwie Katherine McGee, który mnie osobiście bardzo się podobał, chociaż znacząco różnił się od książek (dawno to czytałam, no, ale Chuck i Blair?!). Jednak warto to obejrzeć choćby ze względu na drogie rzeczy i super muzykę. 
  4. Co prawda Wiedźmin jeszcze nie powstał, ale ja już wiem, że będę wierną fanką! No, chyba, że się okaże, że Geralta naprawdę zagra Karolak, to wtedy podziękuję. 


To tylko lista niektórych seriali, które mogą się Wam spodobać ze względu na książki, ale jest całe mnóstwo innych, nie opartych o literaturę a równie świetnych: 
1. W garniturach opowiada o Mike’u, genialnym oszuście który dzięki zbiegowi okoliczności zaczyna pracę w znanej i potężnej kancelarii z niereformowalnym Specterem. Problem polega tylko na tym, że chłopak nie jest nawet prawnikiem, a ze studiów został dawno temu wyrzucony. 

2. Frankie i Grace serial opowiada o dwóch 70-latkach, które dowiadują się, że ich mężowie są gejami. Rozsypane próbują ułożyć sobie życie na nowo. W życiu tak się nie uśmiałam! 


3. Rivendale to maleńkie miasteczko z całym mnóstwem tajemnic. Kiedy ginie dziedzic najpotężniejszego rodu wszystkie ukryte sekrety powoli zaczynają wychodzić na wierzch. Moje serce skradł w tym serialu Jughead.

4. Telefonistki to kobiety mniej lub bardziej niezależne pracujące w dużej firmie telekomunikacyjnej. Cztery różne kobiety – oddana i zdradzana żona, zahukana dziewczyna ze wsi, buntownicza bogata panienka i ona – oszustka, złodziejka i krętacza. Jak to się w ogóle stało, że zostały przyjaciółkami? 

5. Stranger things to historia chłopca, który w pewną ciemną noc ginie, lecz jego matka i przyjaciele wierzą, że został porwany przez nieznanego potwora. Wszystkie dziwne wydarzenia zdają się tylko to potwierdzać. Serial osadzony w amerykańskim miasteczku lat 80-tych. Świetny, super wykreowany, momentami straszny i zabawny. 

6. The Crown opowiada o młodości i początkach rządów Elżbiety II na angielskim tronie. Chwilę wcześniej czytałam książkę o niej, dlatego informacje miałam całkiem na świeżo, a dodatkowo ten serial dla mnie jako historyka to prawdziwa gratka. Piękne stroje, klejnoty koronne i wszystkie cienie i blaski rządzenia wielką monarchią. 

Jeśli oglądaliście coś fajnego, co ja pominęłam – dajcie znać, chętnie rozpocznę przygodę z nowym serialem, albo obejrzę coś w nudny wieczór. 

Bracia Slater – Dominic i Bronagh

Bracia Slater – Dominic i Bronagh

Przy okazji tej recenzji postanowiłam coś zmienić. Ponieważ długie recenzje zajmują dużo czasu, a jak już jedna z moich ulubionych blogerek napisała „lepiej czytać książki niż recenzje” to postanowiłam zrobić mały eksperyment. Dostaniecie ode mnie zwyczajową recenzję, oraz na samym końcu krótki zbiór moich opinii o książce i bardzo króciutkim zarysowaniu fabuły – dosłownie w dwóch, trzech zdaniach. Chciałabym tym sposobem nawiązać trochę do nazwy bloga – zajrzyjcie (ale tylko zajrzyjcie) to danej książki właśnie przez moje okno.

Dajcie znać na końcu jak podoba się Wam ten pomysł – czy to dobry trop, czy wolicie pełne „rozwodzenie się” nad każdym dobrym i złym aspektem książki.

Kim są bracia Slater?

Bronagh Murphy to dziewczyna, której rodzice zginęli w wypadku kiedy była bardzo mała, którą wychowuje siostra, nie ma przyjaciół i jest gnębiona przez jednego z chłopaków w szkole. Wszystko zmienia się początkowo na gorsze kiedy do jej klasy zaczynają uczęśzczać bracia bliźniacy Slater: Dominic i Damien. Super przystojni, umięśnieni, bożyszcze dziewczęcych serc. Dominic od razu upatruje sobie Bronagh, a ona nie tylko nie jest zainteresowana nim, ale i wręcz się przed nim opędza. Coś jednak pcha ją w jego ramiona. Czy w końcu mu ulegnie?

Uzupełnienie do tomu o nazwie Dominic jest tom pod tytułem Bronagh, który przedstawia jeden dzień z 21. urodzin dziewczyny. Nie będę wdawać się w szczegóły, ponieważ już samo zdradzenie czegokolwiek więcej byłoby spoilerem. Chociaż pewnie wszyscy domyślają się znacznej części.

Literatura erotyczna w modzie.

Bracia Slater to literatura erotyczna. Znajdziemy tak oczywiście opisane sceny seksu, sprośne teksty i w zasadzie rozmowy tylko o jednym. Nie jest to jednak literatura dla dorosłych – rzecz dzieje się w irlandzkim liceum, bohaterowie to niedojrzali osiemnastolatkowie, a męskie i żeńskie narządy intymne zostały nazwane wszystkimi możliwymi łagodnymi określeniami. Swoje lata już mam, więc nie czułam się zażenowana. Chociaż może trochę – ilością gimnazjalnych tekstów, przekleństw na każdym możliwym kroku, mówieniu nowonapotkanej osobie, że chętnie się ją przeleci i ilością bójek (także tych damskich). Czytałam dawno temu pierwszy tom serii After, bo nie lubię krytykować czegoś, czego nie znam. I te dwie książki bardzo siebie przypominały. Chociaż Dominic i Bronagh w pewnym momencie nie kłócili się tak często jak bohaterowie wspominanej przeze mnie wcześniej książki.

Bracia Slater

Generalnie to, co pojawiło się w tej książce dało mi przekonanie, że autorka dawno już skończyła szkołę. Bronagh ciągle otrzymywała pozwolenie od nauczycieli, aby słuchać muzyki przez swojego iToucha, kiedy biła się z koleżanką albo ktoś kogoś wyzywał od najgorszych – nauczyciele nie reagowali chociaż byli tego świadkami. Wszystkie problemy w tej szkole rozwiązuwano za pomocą bójek (nawet te damsko-damskie). Skończyłam liceum już jakiś czas temu i to polskie, ale wydaje mi się to wszystko lekką przesadą. Oświećcie mnie, jeśli coś tej kwestii się zmieniło.

Pomijam już całą masę naprawdę słabych tekstów w stylu „Twoja siostra też jest niezła, ale ty jesteś lepsza”, komentowanie tyłka dziewczyny Dominica przez resztę braci Slaterów (tak, tak jest ich aż pięciu! Wszyscy tak samo seksowni) i tak dalej. Zdziwiło mnie też, że Bronagh i jej siostra Branna w klubie piły alkohol i kiedy z niego wyszły były całkiem trzeźwe, ale kiedy na horyzoncie pojawili się bracia Slater – nogi się pod nimi ugięły i wymagały noszenia.

To po co właściwie ją czytałam?

Odpowiedź jest zaskakująco prosta – żeby się odmóżdzyć. I ta książka właśnie tak robi – nie trzeba przy niej w ogóle myśleć, można przeczytać w kilka godzin i nie mieć kaca książkowego. Postanowiłam właśnie tak do niej podejść i nie oczekiwać od niej doskonałego erotyka (którym mogłaby być, gdyby pewne kwestie nie zostały sprowadzone do minimum). Uważam, że takie powieści mogłyby być dobre, gdyby ktoś pokusił się o to, aby wpleść seks w normalną fabułę, nie wpychać sprośnych tekstów i podtekstów wszędzie gdzie się da. Jednak wszyscy uparcie piszą właśnie takie sztampowe i szablonowe powieści erotyczne, które sprowadząją się do odmóżdżaczy. Szkoda, bo coś znacznie lepszego mogłoby zawojować rynek. I nie, nie czytałam Greya, nie wiem więc do jakiej kategorii go zaliczyć.

Zajrzyj przez moje okno do książek Bracia Slater. Dominik Bracia Slater. Bronagh.

Autor: L.A. Casey

Tytuł serii: Bracia Slater
Wydawnictwo: Kobiece
Liczba stron: Dominik 460, Bronagh 160.
Literatura: erotyczna
Moja ocena: 5/10

O czym? Bronagh po śmierci rodziców to wyrzutek szkoły – gnębiona, bez przyjaciół, izolująca się. Wszystko zmienia się, kiedy w szkole pojawiają się super przystojni bracia Slater, a jeden z nich okazuje się być wbrew niechęci Bronagh bardzo nią zainteresowany i napalony.

Plusy: odmóżdżacz, nie trzeba przy niej myśleć, można dać porwać się akcji, od czasu do czasu się zarumienić i skończyć ją bardzo szybko. Jeśli ktoś gustuje w seriach After, Before i tym podobnych będzie zadowolony.

Minusy: nierzeczywista szkoła, wulgarny język w każdym możliwym zdaniu, wszechobecne bójki, trochę zbyt rozemocjonowana Bronagh i wybuchowy Dominic.

Dla kogo? Na pewno dla osób, które lubią literaturę erotyczną i nie przeszkadzają jej pewne mankamenty. Znajdą również w niej pradziwą rozrywkę ci, którzy lubią takich mocnych facetów, którzy na brzuchu mają kaloryfer, ciągle się biją i walczą o swoje kobiety. Jeśli nie będziecie oczekiwać od tej książki wspaniałych dialogów, wyrazistych bohaterów, całej gamy emocji i doskonałej fabuły – odbierzecie odmóżdżającą książkę. I zdecydowanie bardziej polecam Wam jeśli już Dominica. Bronagh to moim zdaniem wypadek przy pracy, zupełnie niepotrzebny tom, który sprawił, że prawie dostałam wytrzeszczu oczu na półtora godziny.

 

Eksperyment z bardzo krótką recenzją mam nadzieję, że się powiódł. Dajcie proszę znać, czy taka metryczka o książce była dla Was pomocna, zrozumiała i czy preferujecie taką formę – wszak lepiej czytać książki, niż recenzje.