Kategoria: Recenzja

Żniwiarz – Pusta Noc

Żniwiarz – Pusta Noc

Kiedy tylko zobaczyłam Żniwiarza wiedziałam, że to książka dla mnie. Po opisie byłam już tak głodna lektury, że o mały włos nie rzuciłam wszystkiego i nie zaczęłam czytać jak tylko otrzymałam książkę dzięki portalowi czytampierwszy.pl. Co więc poszło nie tak?

Na upiory żniwiarz pomoże.

Magda to na peirwszy rzut oka jest zwykłą dwudziestolatką. Widzi jednak więcej niż przeciętny człowiek: duchy, upiory, martwce i inni. Wszyscy ci, którzy po śmierci nie trafili do Nawii, ale wałęsają się po świecie. Ktoś musi ich odesłać z powrotem i tym właśnie zajmują się żniwiarze – w tym wujek Magdy Feliks. Kiedy zostaje zabity przez upiora bardzo długo nie powraca w nowym ciele, a kolejne wypadki po jego powrocie wydają się dziwnym zbiegiem okoliczności. Kto stoi za licznymi zaginięciami żniwiarzy? I dlaczego nawii stali się tak aktywni?

Cała historia przypominała mi trochę Wiedźmina. Do tego słowiańskie wierzenia, duchy, upiory i Magda sprawiały, że aż przebierałam nóżkami aby jak najszybciej zabrać się za tę książkę i w ciemno zaopatrzyłam się również w drugą część. Wyobraźcie sobie zatem jaki był mój zawód po tak dobrym opisie, okładce i rekomendacjach. Tak, książka jest całkiem w porządku. Ale nie powaliła mnie na ziemię.

Młodzieżówka dla trochę młodszych czytelników.

Mam wrażenie, że ta młodzieżówka nie jest przeznaczona dla rówieśników Magdy, ale dla kogoś kilka lat młodszego. Bohaterka jest nadal troszkę dzieckiem, bezmyślnie czasem naraża siebie i innych na niebezpieczeństwo stworów, z którymi w żaden sposób nie może się równać. Kusi los, ale dziwnym trafem nikt, nawet żniwiarz Feliks nie zwraca jej na to uwagi. Mam trochę wrażenie, że tam wszyscy dorośli są jacyś tacy niedorośli. Relacja Magdy i Mateusz też jest trochę dziwna – niby są razem tak gdzieś od 70 stron, ale pierwszy raz dają sobie buziaka na pożegnanie na prawie 300. Naczekał się biedny Mateusz. No właśnie. On też troszkę mnie zaskoczył. Przeżył pożar w którym zginęli jego dziadkowie, a pamiątką po tym są blizny na przedramionach, które ukrywa pod długimi koszulami. Kiedy jednak Magda mówi mu, żeby się ich nie wstydził – natychmiast podwija rękawy i już więcej ich nie chowa. Szybko uporał się z traumą.

Denerwowało mnie też, że wszyscy w tej książce mówią do siebie. Bardzo dużo scen bohaterowie odgrywają zupełnie samotnie i autorka zamiast użyć swojej wrzechwiedzącej mocy i powiedzieć czytelnikowi co też myślą – nakazuje im mówić to głośno. Przez cały czas. Znalazłam też trochę nieścisłośni – ktoś wsiada do swojego samochodu, chociaż przyszedł na piechotę. Magda narzeka, że nie widziała się z Mateuszem cały tydzień, bo pracował, natomiast Aleks kilka kartek dalej mówi jej, że wujostwo denerwuje się, bo Mateusz cały czas opuszcza pracę dla Magdy. Ona niestety nie zwraca na to uwagi.

Za mało upiorów, za dużo ludzi.

Miałam nadzieję, że te wierzenia słowiańskie i nawii będą zajmować chociaż połowę książki. Tak się jednak nie dzieje. Nawet polowanie na żniwiarzy schodzi na dalszy plan, ponieważ czytelnik głównie śledzi losy Magdy i trochę Feliksa. Samo pozbywanie się upiorów też jest jakoś w sumie całkiem proste. Na większość jest ten sam sposób, wystarczą metalowe pręty i garść ziół bądź soli. Okej, ale wydaje mi się to wszystko jakoś dziecinnie proste. Za proste.

Polowanie na żniwiarzy powinno być osią całej książki. Powinno ją pięknie rozwijać, a autorka mogłaby odkrywać przed czytelnikiem i bohaterami kolejne puzzle tej zagadki. Ja jednak szybko dowiedziałam się o co tak naprawdę chodzi i trochę męczyło mnie, że ciągle stroimy w martwym punkcie. Nie było tak, że się nudziłam, ale nie miałam też tak, że biegłam do domu żeby tylko czytać, czytać i czytać.

Genialny pomysł.

Naprawdę chylę czoła przed autorką, ponieważ pomysł w swojej istocie był po prostu genialny. Może nie innowacyjny, ale to trudna sztuka w dzisiejsych czasach, kiedy już tyle zostało wymyślone. Ale jednak wykonanie, nawet jeśli to młodzieżówka uważam, że mogło być zdecydowanie lepsze. To, że mamy do czynienia z czytelnikiem młodszym i jemu dedykujemy książkę, to nie znaczy, że mamy mu pokazywać świat, nawet ten mroczny, w różowych barwach. Biorąc Zniwiarza do ręki on wie, że to nie jest opowieść o zwykłych nastolatkach, że są tam upiory i inne zmory, że będzie krew i będzie też śmierć. Dlatego uważam, że troszeczkę to zostało przesłodzone.

Przeżyłam ogromny zawód, bo się trochę zawiodłam. Sama jestem sobie winna, bo na pewno jeśli nie oczekiwałabym od tej książki niczego to spędziłabym bardzo miło czas. Nie zrozumcie mnie źle, teraz też spędziłam go miło, chociaż troszkę to wymęczyłam, bo przed oczami miałam coś co zatrzęsie polską fantastyką i literaturą młodzieżową. Tak się niestety nie stało, dalekie było echo tego trzęsienia ziemi z dala ode mnie.

Podsumowanie.

To nie jest zła książka – jest szkolna, jest poprawna, jest dobra w swoim zamyśle, ale brakło mi tego czegoś. Liczę, że druga część wynagrodzi mi ubytki pierwszej, chociaż słyszałam, że mniej się dzieje niż w pierwszej nad czym bardzo ubolewam. Jak dla mnie w pierwszej nie działo się zbyt wiele, książka nie trzymała mnie w napięciu. Spędziłam miłe chwile, popatrzę na piękną książkę, ale sięgnąć po kolejną – nie sięgnę. Przykro mi, ale znów nie popłynęłam na fali dobrych recenzji dla książki, która wszystkich zachwyciła.

Autor: Paulina Hendel
Tytuł: Żniwiarz. Pusta noc
Liczba stron: 430
Wydawnictwo: Czwarta Strona

Sztuka oddechu

Sztuka oddechu

W ciągu doby oddychamy 22 tysiące razy, ale w zdecydowanej większości nie jesteśmy nawet tego świadomi. Szkoda, bo moglibyśmy wiele na tym zyskać – oddech pomaga niwelować stres, zwolnić tempo, odprężyć się i znaleźć radość w niewielkich rzeczach. 

Sztuka oddechu. 

Danny Penman to trener uważności, dziennikarz i pisarz, którego książka dotycząca Mindfulness stała się bestsellerem. Dzięki sztuce świadomego oddechu udało mu się przeżyć ciężki wypadek na paralotni. Nie skupiał się wtedy na bólu i trudnościach, ale na oddychaniu. Siła umysłu bywa niesamowita. 


W Sztuce oddychania próbuje pokazać czytelnikowi co robić, aby być bardziej uważnym, kreatywnym i zdrowym na ciele i na umyśle. Jak trenować swój oddech, uczyc się korzystać ze wszystkich jego dobrodziejstw. Pokazuje liczne ćwiczenia, które mogą pomoc w walce ze stresem. 

Wiara czyni cuda

Dosyć sceptycznie podchodzę do tego typu spraw, ale ostatnio zbyt dużo się denerwuję. Po przeczytaniu tej książki zaczęłam świadomie oddychać podczas stresujących sytuacji. I nie uwierzycie, ale pomogło. Według zaleceń skupiam się na oddychaniu, na ruchu mojej klatki piersiowej, niemalże czuję jak tlen je wypełnia i ulatnia się dwutlenek węgla, jak moje narządy, mój mózg odbierają życiodajne gazy. Myślę o tym tak intensywnie, że odprężam się, przestaje myśleć o tym, co złego się wydarzyło. 

Czytałam jak zaczarowana głównie dlatego, że książka jest cudownie wydana. W środku znajdziecie piękne obrazki, które są tłem do każdej strony – czarne i błękitne niczym niebo w lecie. To nie jest gruba książka, ma nieco ponad 120 stron, a każda wypełniona jest dosłownie kilkoma zdaniami. Takimi, które zapadają głęboko w pamięć. Nie zajdziecie tam naukowego wyjaśnienia czym jest oddychanie albo jak to wyglada z perspektywy lekarzy. To po prostu trening dla czytelnika od kogoś, kto sam stosuje te zasady i poleca je kolejnym osobom. 

Śliczne wydanie.

Maleńki format, piękne, błękitne ornamenty i proste schematy pomagające uporządkować ćwiczenia sprawiają, że książka również pięknie wyglada. Można spokojnie ułożyć ją na półce, sięgać w razie potrzeby, albo schować do torebki i mieć zawsze pod ręką. Lubię takie książki, które oprócz wartości w środku niosą za sobą też piękną okładkę i wnętrze. 


To nie jest książka dla każdego, ale uważam, że rady tam zawarte przydzadzą się każdemu. Jeśli jednak nie chcecie nic zmienić, dalej chcecie biegać bez tchu przez życie to książka Wam się nie spodoba. Skrzywicie się tylko, bo to przecież nie dla Was, nie wierzycie w takie rzeczy, oddech to jak bicie serca – ma się dziać samoistnie, żeby jeszcze o tym nie trzeba było myśleć. Oddech jest za darmo, więc nie jest wart uwagi. 

Podsumowanie. 

Jeśli macie problem ze stresem, chcecie zmienić trochę podejście do życia, oczyścić umysł i otworzyć swoje pokłady kreatywności na świat – spróbujcie tej książki. Nic Wam to nie zaszkodzi, a może pomoże. Przeczytanie zajmie Wam godzinę, ale zrozumienie – może nawet całe życie… 

Autor: Danny Penman 
Tytuł: Sztuka oddechu 
Liczba stron: 120
Wydawnictwo: Znak

52 Book Chalange 2017

52 Book Chalange 2017

Nie czytam na wyścigi, ale do tego wyzwania dołączyłam z przyjemnością. Zawsze uważałam, że dużo czytam, ale przez dwa lata nie udało mi się osiągnąć magicznego progu 52 książek w ciągu roku. Oczywiście, że liczy się też jakość przeczytanych książek, bo nie sztuka wziąć 50 cieniutkich książeczek i cieszyć się z wyniku. 

W moim przypadku jednak biorę udział w wyzwaniu wyłącznie sama dla siebie. Chcę po prostu wiedzieć jak dużo i jak szybko czytam, co to było i jak do tego podeszłam. Moja pamięć niestety jest mocno zawodna, więc lubię mieć to „na papierze”. 

52 książki w 2017.

Udało się tyle właśnie przeczytać, a najlepsze jest to, że rok jeszcze się nie skończył. Mam więc szansę przebić 2016 i 2015 w których nie dobiłam nawet do tej magicznej liczby, bo miałam zdecydowanie mniej czasu. O studenckich czasach już nawet nie wspominam – czytałam wtedy mało tego, co chciałam, a dużo opasłych tomiszcz historycznych. 


W tym roku jednak idzie mi znakomicie, więc jestem zadowolona. Najgorzej wypadł czerwiec, ponieważ przeczytałam tylko jedną książkę z powodu urlopu, przeprowadzki i paru innych rzeczy, a najlepiej któryś z wakacyjnych miesięcy – bo brak prób sprzyja czytaniu. 

Najlepsze przeczytane dotychczas książki. 

Rok jeszcze się nie skończył, więc może ten ranking się zmieni, ale dotychczas przeczytałam kilka naprawdę świetnych książek. Ciężko wybrać która prowadzi, ale byłam bardzo zadowolona z lektury Życia pasterza, Ocalałych, Dzikich łabędzi i Mechanicznego. Książki totalnie różne, ale bardzo satysfakcjonujące. Życie pasterza to bardzo ciekawa autobiografia napisana przed mężczyznę, który żyje w rodzinie od pokoleń zajmującej się wypasem owiec. Opowiada o swoim życiu w mieście i na wsi, o codziennej pracy, ojcu i dziadku. Bardzo odprężająca i ciekawa książka. 


Ocalałe jeszcze nie zostały wydane, ale miałam okazję przedpremierowo je przeczytać. Bardzo zaciekawiła mnie fabuła i spędziłam naprawdę emocjonujące chwile  na czytaniu. Trzy kobiety ocalały z masakry. Quincy wiedzie mimo to normalne życie, które rozsypuje się, kiedy jedna z Ocalałych odbiera sobie życie. 

Dzikie łabędzie to opowieść o trzech pokoleniach chińskiej rodziny. Jung Chang opowiada o losach swojej babki, matki oraz samej siebie. Zobaczymy tam przekrój ustrojowy Chin na przestrzeni wielu lat – od cesarstwa aż po komunizm. Wiele strasznych obrazów, które wstrząsają człowiekiem. 


Mechaniczny trafił w moje ręce przypadkiem, ale nie żałuję tego spotkania. Światem rządzą ludzie, którzy stworzyli podległe im maszyny. Podczas pewnej morskiej wyprawy jednak jeden z mechanicznych przypadkiem odzyskuje wolną wolę i nie podlega już nikomu. 

Najgorsze książki w tym roku. 

Lista wciąż jest otwarta, ale mam nadzieję, że więcej złych książek nie przeczytam. Tutaj lądują Harry Potter i Przeklęte Dziecko, Zdobywcy oddechów i Domowy survival. Powiem krótko – nie tego oczekiwałam od tych książek. Harry Potter okazał się być niedojrzałą wersją samego siebie, naciąganą historią w ogóle nie w klimacie. Zdobywcy oddechów  to zdecydowany przerost formy nad treścią, gdzie autor starał się upchnąć wszystkie możliwe powiedzonka, przysłowia i piosenki jakie znał. Domowy survival zaś mocno nastraszył mnie, że jeśli przyjdzie kataklizm (a przyjdzie na pewno), to zostanę na lodzie. A jeśli się przygotuje, to na pewno zazdrosny sąsiad mi to zabierze. 


Są takie książki do których wraca się z radością i są takie, które chciałoby się wrzucić do śmietnika jeszcze przed końcem. Oczywiście, nie można powiedzieć, że książki dzielą się tylko na dobre i złe, bo każda dla mnie zła książka może okazać się czymś świetnym dla kogoś innego. O gustach przecież się nie dyskutuje. Dlatego mam szczerą nadzieję, że książki, które mi nie przypadły do gustu spodobały się komuś innemu. 

Dlaczego tak lubię czytać? 

To trudne pytanie, które zaskakująco często słyszę od osób, które od książek zwyczajnie stronią. A ja lubię zagłębić się w historię inną niż własne życie, spędzić miło czas i przewracać kartki. Wybieram sobie bohaterów, których polubiłam i kibicuję im, jestem ciekawa co tam też się wydarzy. Czytając książki mam poczucie, że odpoczywam w najlepszy możliwy sposób. 

Będę więc czytać aż pozwoli mi na to czas i oczy. Będę starać się zarażać tym innych i udowadniać, że czytanie jest super. I będę tym niestatystycznym Polakiem, który czyta jedną książkę w tygodniu. 

A jak Wasze wyzwania? Bierzecie w jakimś udział?

Lab girl

Lab girl

Hope Jahren to nagradzana i znana w środowisku naukowym biolożka zajmująca się badaniem drzew. Książka Lab girl opowiada o kobiecie, która całe swoje życie związała z badaniami nad rozwojem drzew.

Szalona badaczka.

Autorka właściwie wychowała się w laboratorium, stąd jej żywe zainteresowanie badaniami. Swoją karierę rozpoczęła jako goniec w szpitalu, w którym przynosiła przygotowane leki na sale operacyjne. W końcu awansowała i sama takie mieszanki tworzyła. Ostatecznie jednak trafiła do własnego laboratorium i zaczęła prowadzić badania dotyczące roślin. We wszystkim pomagał jej nieco dziwaczny kolega Bill, z którym mocno się zaprzyjaźniła.


Poświęciła swoim badaniom wszystko – rodzinę, dobre zarobki, piękne mieszkanie. Postawiła na badania wiedząc, że jeśli nie odniesie sukcesu to nic nie zwróci jej tych wszystkich lat i ciężka praca się nie opłaci.

Jak dużo przyrody? 

Miałam nadzieję, że książka będzie naszpikowana ciekawymi informacjami dotyczącymi świata naukowców. Ostatecznie jednak dowiedziałam się niewiele. Można nawet powiedzieć, że była to bardziej egzystencjalna książka, opowiadająca o podejściu człowieka do natury, a nie o badaniu jej.


Autorka mocno skupia się na swoich przeżyciach, odczuciach, a mniej na tym co faktycznie bada. Zdradza nam niewiele szczegółów dotyczących samych badań – raczej zupełne podstawy i ciekawostki bez zagłębiania się w istotę sprawy. Nie wynalazła lekarstwa na raka ani nie odkryła czegoś co zmieniłoby nasze myślenie o roślinach. Miała wzloty i upadki, lepsze i gorsze chwile. Nie poddała się jednak, czerpiąc swoją siłę z pomocy jaką otrzymała od życzliwych osób, Billa, czy wreszcie męża. W książce pokazuje nam swoje dwie twarze – naukowca i kobiety, która cierpi, kocha i dzieli swoje radości z czytelnikiem.


Liczyłam na więcej informacji odnośnie drzew, korzeni, nasionek i innych. Otrzymałam tego stosunkowo niewiele, a jednak się nie rozczarowałam. Przeczytałam tę książkę jednym tchem z największą przyjemnością poznając ciekawe i wesołe przygody Hope i jej przyjaciela Billa. Od czasu do czasu autorka przebąkiwała coś o istocie swoich badań, ale schodziło to trochę na dalszy plan.

Przyjemność przede wszystkim.

Jestem urzeczona Lab girl. Nie dostałam tego, na co się nastawiałam, a mimo to spędziłam kilka naprawdę wspaniałych godzin na czytaniu. Wielokrotnie śmiałam się pod nosem, aż ludzie w autobusie rzucali mi dziwne spojrzenia. Martwiłam się, kiedy autorka przechodziła trudne chwile i kibicowałam jej kiedy ciągle szukała środków na rozwój swojego laboratorium. Lab girl to bardzo przyjemnie i z humorem napisana książka o kobiecie, która musiała zmierzyć się z nieprzychylnym jej płci światem naukowców. Autorka zdradza nam swoje motywy i przekazuje co było jej motorem do walki o swoje marzenia.

Podsumowanie.

Nie spodziewajcie się naukowego traktatu, ani nawet popularno-naukowej rozprawy. Przygotujcie się na ciekawą opowieść człowieka, który dla swojej pasji mógł porzucić wszystko. Dajcie się ponieść ciekawej historii i śmiejcie się ze wszystkich zabawnych sytuacji. Po prostu rozkoszujcie się ciekawą, prostą i finezyjnie napisaną książką o kobiecie naukowcu, drzewach i miłości.

Autor: Hope Jahren
Tytuł: Lab girl
Liczna stron: 423
Wydawnictwo: Kobiece

Dziedzice ziemi

Dziedzice ziemi

Już wspominałam Wam jak wielką miłością obdarzyłam Ildefonso Falconesa, hiszpańskiego autorka powieści historycznych, który szczególnie umiłował sobie XIV wiek. We wrześniu powrócił z kontynuacją słynnej i bestsellerowej Katedry w Barcelonie, a Wydawnictwo Albatros obdarowało mnie nowiusieńką i przepiękną książką Dziedzice ziemi.

Kim jest Hugo Llor?

Chłopiec o imieniu Hugo po stracie ojca otrzymuje pomoc od micer Arnaua Estanyola, poważanego w całej Barcelonie i głównego bohatera Katedry w Bracelonie. Zaczyna pobierać nauki na mistrza szkutniczego nosząc niewolniczą kulę za pewnym Genueńczykiem, który ma go wszystkiego nauczyć. Jego siostra trafia do zakonu, aby tam odbierać wykształcenie i w odpowiednim momencie otrzymać wiano i wyjść dobrze za mąż. Matka natomiast trafia na służbę do rękawicznika. U Falconesa jednak szczęście nie trwa wcale długo i w wyniku zmiany na tronie głowę traci wiele niewinnych osób w tym Arnau. Hugo wpada w tarapaty i już wkrótce okaże się, że większe niż początkowo sądził.


Jego kłopoty są jeszcze bardziej dotkliwsze tym bardziej, że w pewien sposób dotykają również jego bliskich. Próbując rozwiązywać problemy Hugo przysparza sobie ich jeszcze więcej. Wkrótce jednak otrzyma stosowną pomoc od żydowskiego przyjaciela micer Arnaua. Układ sił jednak znów się zmieni i żydzi popadną w niełaskę. A wraz z nimi na dno idzie również Hugo – wraz ze swoją największą miłością.

A to naprawdę dopiero początek.

Kontynuacja, ale może jednak nie?

Na okładce znajdziemy informację, że Dziedzice ziemi to kontynuacja Katedry w Barcelonie, jednak wcale nie trzeba czytać pierwszej części, aby odnaleźć się w drugiej. Kiedy pojawiają się dobrze znane nam z poprzedniego tomu osoby autor i tak wyjaśnia krótko kim byli i co wnieśli do fabuły. Robi to tak sprytnie, że czytelnik nie ma niczego ani podanego na tacy, ani nie odczuwa, że właśnie wepchnięto mu całe mnóstwo informacji. Podobnie jest z historią. Owszem, dowiemy się sporo o prawdziwych wydarzeniach w Hiszpanii i Europie na przełomie XIV i XV wieku, ale będzie to tak podane, że nawet się nie zorientujemy. Próżno szukać tutaj dwustronicowych opisów historii i polityki, czy wyjaśnień wszystkich zawiłości. Dostajemy potężną dawkę wiedzy pomiędzy przygodami i życiem Hugona, dzięki czemu nawet się nie zorientujemy jak dużo już wiemy.


Nie zrażajcie się zatem ci, którzy historii nie lubią. Jeśli kręcą Was dobre powieści, z ciekawą historią i dobrze nakreślonymi bohaterami, to na pewno się nie zawiedziecie.

Nieszczęście za nieszczęściem i nieszczęściem pogania.

Falcones ma to do siebie, że nie tylko umieszcza swoje powieści w burzliwych czasach w samym środku wielkich przemian, ale i mocno naznacza nimi bohaterów. Ktoś zawsze jest mocno wmieszany w historię i odczuwa jej skutki boleśnie. Jeśli bohater właśnie wszedł na szczyt, to zaraz znajdzie się jego wróg, który z przyjemnością zrzuci go na samo dno. Nie ma taryfy ulgowej również dla Hugona, który w sumie jako dziecko i młody chłopak trochę sam prosi się o kłopoty. Ciągle skacze do gardła większym od siebie, ma czasem zupełnie irracjonalne pomysły, zachowuje się wyzywająco i nie słucha dobrych rad. Z czasem na szczęście z tego wyrasta i szybko orientuje się, że zuchwalstwo nie popłaca. Nigdy.

Jest człowiekiem z krwi i kości – kocha i nienawidzi, cieszy się i smuci, pracuje i odpoczywa. Ale jest przede wszystkich dobry – to też rys głównych bohaterów Falconesa. Oni zawsze są sprawiedliwi i nawet jeśli się mszczą, to autor najpierw pokazuje, że mają pełne prawo ponieważ doświadczyli tak dużo. Byłam na to gotowa sięgając po tę książkę i nie zawiodłam się wcale.

Podsumowanie.

Bądźmy szczerzy – Dziedzice ziemi to cegła, ma prawie 900 stron. Doskonale napisana powieść historyczna, wielowątkowa, do pisania której autor jak zwykle dogłębnie studiował historię Barcelony końca XIV wieku. Znajdziecie tam wszystko, czego oczekujecie od trzymającej bez tchu powieści: przeróżnych bohaterów, miłość, nienawiść, zemstę, nagłe zwroty akcji i całe mnóstwo emocji, które targają czytelnikiem. Nie będzie się nudzić, to pewne, jeśli tylko nie boicie się bezbolesnego przyjęcia sporej dawki historii i grubego tomiszcza, którego nie przeczytacie w zatłoczonym autobusie.

Autor: Ildefonso Falcones
Tytuł: Dziedzice ziemi
Liczba stron: 880
Wydawnictwo: Albatros

Ślad po złamanych skrzydłach

Ślad po złamanych skrzydłach

Bałam się tej książki. Skusiła mnie opisem, ale jednak pochodziłam do niej z dystansem. Okazało się jednak, że niepotrzebnie, bo skradła mi serce. Ślad po złamanych skrzydłach porusza najgłębsze struny.

Jakie skrzydła?

Marin, Trisha i Sonya to trzy siostry, które po długich latach spotykają się we trzy wraz z matką nad łóżkiem chorego ojca. Ojca, który był dla nich tyranem – bił wszystkie oprócz Trishy za każde najmniejsze przewinienie (a czasem bez powodu). To dlatego kilka lat wcześniej Sonya uciekła – wyruszyła w długą podróż byle dalej od swojego rodzinnego domu i potwora, który ją prześladował w snach.


Nad łóżkiem ojca jednak będą musiały wszystkie zmierzyć się z bolesną prawdą i cieniami przeszłości i zweryfikować to, co o sobie dotychczas myślały. Nic nie okaże się łatwe, a ponure wspomnienia powrócą ze zdwojoną siłą.

Tak różne jak to tylko możliwe.

Marin to karierowiczka, która musi mieć wszystko zaplanowane. Kiedy jej życie rozsypuje się na drobne kawałeczki – w tym właśnie szuka swojego ratunku. Chce zaplanować kolejne kroki na przekór wszystkim aby uniknąć katastrofy. Nie przejmuje się nawet tym, że często przesadza i swoją pomoc wciska nawet tym, którzy tego nie chcą. Zwłaszcza jej córka Gia.

Trisha ma to, co chciała – idealny dom, który sama urządziła, kochającego męża. Brakuje jej tylko dziecka, ale ciągle nie jest na nie zdecydowana i sama zupełnie nie wie dlaczego. W końcu jednak prawda uderzy w nią z takim impetem, że wywróci jej życie do góry nogami.


Sonya po tym, jak dowiaduje się, że była niechciana wyjeżdża na studia i wraca do domu dopiero kiedy ojciec leży w śpiączce. Całe jej życie to fotografia – chowa się za aparatem jak za tarczą i nie dopuszcza nikogo do siebie. Będzie jednak musiała zmierzyć się z przeszłością i pokonać ją, jeśli chce zdobyć to, czego nigdy mieć nie mogła.

Emocje sięgają zenitu.

Czytałam i nie wierzyłam własnym oczom. Wiem, że przemoc domowa to nie są odosobnione przypadki, ale wciąż nie mogę tego pojąć. Jak ojciec może krzywdzić swoje dzieci bez powodu. Albo matka. To, co wydarzyło się w domu tych trzech młodych kobiet sprawiło, że ich życie na zawsze się zmieniło. Ojciec wyrwał im część nich samych, a zwrot nie był już możliwy. Tylko Trisha miała szczęście być ulubioną córeczką tatusia. Cienie przeszłości jednak sprawiają, że każda z nich nosi inną traumę o której nie informują świata – bo przecież zawsze trzeba było udawać idealną rodzinę. Problemy załatwia się przede wszystkim w domu.

Chociaż Brent nie mówi w czasie książki prawie nic wiem, że go nienawidzę. Skrzywdził swoje córki i żonę bardziej niż ktokolwiek mógł. Ranee, matka to bierny obserwator, który nigdy nie spróbował powstrzymać tragedii udając, że wszystko jest w porządku. Trisha, która nie doświadczyła przemocy ze strony ojca kochała go ponad życie co też mnie denerwowało – bo nie wykorzystała swojej miłości, aby ochronić siostry. Była dla mnie niesympatyczną postacią aż do momentu, kiedy i ona i ja poznałyśmy prawdę.

Książka trzymała mnie w napięciu i na koniec wycisnęła łzy. Byłam przerażona i zachwycona, pochłonęłam ją bardzo szybko. To wszystko, co przeczytałam o przemocy, jakiej doświadczyły bohaterki aż mnie zmroziło. Nie wiedziałam momentami co myśleć i co czuć. Złościłam się, kiedy wszystkie trzy siostry uciekały, chowały się, milczały, albo reagowały tak, jak nie powinny, ale zaraz przypominałam sobie, że to przez traumę. I im współczułam.

Podsumowanie.

Bardzo ciekawa, przyjemna i poruszająca lektura. Znajdziecie w niej mnóstwo nieporadności w życiu, problemów i siostrzanej miłości. Będziecie mogli poprzeklinać na los biednych dziewczyn, poznać co działo się za zamkniętymi drzwiami. Może w pobliżu Was również jest właśnie taka osoba. Rozejrzyjcie się.

Autor: Sejal Badani
Tytuł” Ślad po złamanych skrzydłach”
Liczba stron: 480
Wydawnictwo: Kobiece

Mechaniczny

Mechaniczny

Podeszłam do portalu CzytamPierwszy.pl z entuzjazmem, a po niezbyt udanym romansie z Pyłem Ziemi troszkę się wystraszyłam. Zwłaszcza, że Mechanicznego wybrałam w przypływie emocji. Ale skoro go już mam, to trzeba przeczytać.

Mechaniczni ludzie bez Wolnej Woli. 

Lata 20. XX wieku. Świat podzielony jest na protestanckich Holendrów i katolickich Farancuzów. Holendrzy posiedli jednak bardzo wartościową umiejetność wykonywania mechanicznych służących, na których alchemiczne nałożyli przymus służby pod karą niewyobrażalnego bólu. Geas nałożone przez wypożyczających ich właścicieli narzuca im stuletnią służbę. Silniejsze jednak jest metageas, które nakłada królowa bądź zarządcy.

Francuski król na wygnaniu wraz z papieżem i ich poplecznikami próbują odkryć tajemnice alchemicznie nakładanych geas i uwolnić mechaniczne istoty. To właśnie one w czasie ostatniej wojny doprowadziły do upadku Francji. Praktycznie niezniszczalne i śmiercionośne maszyny, posłuszne swoim panom. Opozycji holenderskiej przewodzi piękna i przebiegła Berenice, która planuje rewolucyjne rozwiązania. I przypadkiem wywołuje wojnę.

Kiedy więc podczas morskiej wyprawy jeden z mechanicznych służących Jax rozbija powierzony mu mikroskop nagle dzięki soczewce odzyskuje wolność. Już nie wiążą go żadne geas, może sam wybierać czego chce. Jeśli jednak zdradzi się – wszystkie mechaniczne maszyny zwrócą się przeciwko niemu. Musi więc swój dar bardzo ukrywać. A to dopiero początek jego kłopotów…

Wiele wątków. 

Nie chcę zbyt wiele Wam zdradzać, więc powiem tyle, że to, co wyjawiłam wyżej to zdecydowanie nie wszystko. Owszem, Jax i Berenice to główne postaci, ale swoją narrację prowadzi także pastor Visser. To co dzieje się ze wszystkimi trzeba osobami to istne szaleństwo – mnogość ciekawych zwrotów akcji, dialogów, opisów, po prostu wszystkiego. Ich losy splatają się ze sobą i łączą w jedną całość, ale szybko ich drogi znów się rozchodzą, by połączyć się później, ale na krótką chwilę. Tam nic nie dzieje się z przypadku, wszystko doskonale przemyślano.

Autor wymyślił świat, jakiego po części się boimy. Stworzył świat maszyn podporządkowanych ludziom, ogarnięty ukrytą wojną, pełnym knowań i przeróżnych układów sił. Byłam bardzo zaciekawiona co się wydarzy i jak potoczą się losy Jaxa, którego strasznie polubiłam.

Berenice, Visser i Jax. 

Trójka głównych bohaterów, każdemu przyglądamy się z bliska. Berenice to arystokratka, członkini Tajnej Rady przy boku francuskiego króla. Rozpoczyna projekt zbadania jedynego znanego jej klakiera (czyli mechanicznego), który pozbył się swoich geas. Nikt jednak nie wyraża na niego zgody, a jeden zły ruch może ją wiele kosztować.


Pastor Visser to katolik, członek tajnej fransukiej siatki w samym sercu wroga – w Hadze. Będzie próbował nadal działać mimo, że ze wszystkich szpiegów pozostał tylko on. Nie spodziewa się jednak, że ściągnie na swoją głowę coś znacznie gorszego niż śmierć.

I wreszcie mój ulubiony Jax. Mechaniczny klakier, jedyny jaki opowiada nam swoją historię. Wiemy więc, że czuje i myśli – nie jest bezmózgą maszyną wykonującą polecenia swoich bogatych państwa. Od pastora Vissera otrzymuje tajemniczy mikroskop, który ma przewieźć przez ocean i dostarczyć pewnemu piekarzowi. Podczas sztormu jednak mikroskop ulega zniszczeniu, a soczewka wyzwala Jaxa. Klakier nie wie co zrobić z Wolną Wolą jaką odzyskał i brakiem geas. Jedyne co wie to, że nie może zdradzić nikomu swojej przemiany.

Zwroty akcji i zakończenie. 

Niesamowicie dużo ciekawych zwrotów akcji, powrotów do wcześniejszych wątków, które nagle składają się na jedną całość. Nie mogłam oderwać się od czytania i bardzo żałowałam, że nie mogę po prostu usiąść i to skończyć i zabrać się za kolejne części. Bo są aż dwie!

Zakończenie zwaliło mnie z nóg, zwłaszcza, że domyslilam się dalszych losów Berenice. A to oznacza, że będzie jeszcze ciekawiej i jeszcze bardziej niebezpiecznie. Mimo, że czasem zachowywała się strasznie głupio i nieodpowiedzialnie za co przypłaciła wysoką cenę – polubiłam ją. A autor wcale nie oszczędził jej i kazał zapłacić jeszcze więcej.

Jedyne co mi się nie podobało to katolickie wstawki – wykorzystanie religii zawsze w jakimś stopniu mnie niepokoi, na dodatek zawsze to śliski grunt. Autor jednak podszedł do tematu poprawnie – nie zbeszczescił niczego. Użył też mocno prawilnych symboli: katolicka Francja i protestancka Holandia.

Podsumowanie. 

Zakochałam się. Książka miała kilka słabszych momentów, ale one dosłownie tonęły w tych dobrych. Podobała mi się kreacja świata, bohaterowie i mechaniczni, który nadawali książce ciekawej oprawy. Jeśli lubicie fantastykę i alchemię – będzie się Wam podobać.

Tytuł: Mechaniczny
Autor: Ian Tregillis
Liczba stron: 468
Wydawnictwo: SQN

Make photography easier

Make photography easier

Kasię Tusk i jej bloga Make Life Easier chyba każdy zna. Nawet jeśli nie śledzi i nie czyta, to wie kto to taki, przynajmniej w blogosferze. Kiedy więc dowiedziałam się, że autorka wydaje książkę o fotografowaniu (a zdjęcia moim zdaniem robi genialne) to nie mogłam jej nie dostać w swoje ręce. Jak więc wypada Make photography easier na tle moich oczekiwań? 


Zróbmy sobie ładną fotkę. 

Fotografią amatorską bardzo interesowałam się w liceum. Zrobiłam nawet kilka naprawdę ciekawych zdjęć. Kiedy jednak postanowiłam wejść do blogosfery wiedziałam, że będę musiała też fotografować. Założyłam bookstagrama a tam szybko zauważyłam, że lepsze zdjęcia mają siłę przebicia. Eksperymentowałam i widziałam coraz lepsze efekty, ale to ciagle nie jest doskonałość do której dążę. 

Kasia Tusk postanowiła zatem podzielić się swoim blogerskim i fotograficznym doświadczeniem i zdradzić co nieco z kulis swojej pracy. W Make photography easier znajdziecie więc porady jak zrobić sobie ładne zdjęcie, jak lepiej na nim wyglądać, jakie wybierać tło, w jaki sposób najlepiej fotografować jedzenie. Rozdziały są dokładnie podzielone na kategorie i opatrzone pięknymi zdjęciami także tymi z przygotowań. 

Dowiedziałam się kilku ciekawych rzeczy, na przykład, że aby powiększyć na zdjęciu optycznie swoje oczy należy przed jego wykonaniem na chwilę je zamknąć – wtedy będą wydawać się większe i bardziej błyszczące. Myślę, że każdy znajdzie tam coś dla siebie. 

Chciałabym więcej. 

Rozczarowałam się, bo oczekiwałam więcej. Więcej treści, zdjęć i porad. Uważam, że możnaby z tego tematu wycisnąć więcej. Może autorka nie chciała zdradzać wszystkich swoich trików, albo ma plan na kolejną książkę. Przeczytałam ją bardzo szybko – 150 stron w jeden wieczór. Dużo zdjęć i tekst kończący się w połowie strony zdecydowanie mi to ułatwiły. Dlatego trochę się rozczarowałam, ponieważ chciałam więcej. Czuję niedosyt i trochę zawód. Książka zdecydowanie mi się podobała i nie żałuję, że ją kupiłam, ale dostałam za mało tego, czego się spodziewałam. Elementarz stylu dostarczył mi tylu ciekawych porad, że sądziłam iż dostanę podobną dawkę wiedzy. Tak się niestety nie stało. 

Podsumowanie. 

Dużo ciekawych porad i mnóstwo pięknych zdjęć. Dużo, ale dla mnie ciagle za mało. Chciałam więcej i czuję niedosyt. Pewnie w tej branży nie można też zdradzać wszystkiego, ale mimo wszystko. Tak to już jest, że jeśli książka jest dobra, to zawsze za szybko się kończy. 

Powinność czy pasja? 

Powinność czy pasja? 

Kiedy w moje ręce wpadła książka Powinność czy pasja: znajdź swoje powołanie i podążaj za nim bardzo się ucieszyłam. Książka była dokładnie taka jak lubię – wypełniona mnóstwem cytatów i motywacyjnych ćwiczeń przepięknie wymalowanych. Myślałam, że wyląduje na samym końcu mojego stosu, ale okazało się, że przeczytałam ją od razu. I trafiła do mojego serca.


Czym jest powinność? 

Większość z nas robi w życiu to, co musi. Elle Luna nazywa to naszym przymusem. Coś musimy jeść, gdzieś mieszkać, a aby mieć na to pieniądze musimy zarabiać. I nie zawsze nasz wybór pada na ciężki chleb jakim jest praca z pasją. Na początku bowiem zawsze jest trudno. Tak właśnie miała autorka – robiła coś, czego nie lubiła, aż przez kilka miesięcy śnił jej się pusty, biały pokój. Rzuciła więc wszystko, wynajęła mieszkanie w innym mieście i zaczęła malować. Przełom powstał kiedy opublikowała artykuł, który mówił dokładnie o tym, o czym książka. W życiu kierujemy się zwykle przymusem i robimy to, co daje nam pieniądze. A powinnismy kierować się powinnością i zarabiać tym, co kochamy. 

Tylko teoria?

Do swojej opowieści i motywacyjnych cytatów Luna dodaje dużo ćwiczeń, które mają pomóc czytelnikowi zamienić przymus na powinność. Znajdziemy więc prośbę o napisanie swoich dwóch nekrologów (ten obecny i ten, który chcielibyśmy mieć) i zastanowienie się kim chcemy być i czemu tacy nie jesteśmy. Mnóstwo ciekawych rzeczy wyciągnęłam ze swojego życia i przekonałam się, że może nie do końca jest powinnością, ale zdecydowanie mniej w nim przymusu niż u szarego człowieka.

Tytuł trochę jest niefortunny. W języku angielskim brzmi The Crossroads of Should and Must: Find and Follow Your Pasion, czyli ni mniej ni więcej ale rozdroże między powinnością a przymusem. I tak tłumaczy to autorka – powinność to coś, co chcemy robić, a przymus to coś co musimy aby przeżyć. W polskim tytule natomiast przeciwstawione są powinność i pasja – czyli dokładnie to samo według nauki autorki. Ktoś tutaj chyba nie zagłębił się w treść. 

 

To jest chwila, moment. 

Uderzyło mnie jedno z pierwszych zdań. „Pomyśl więc, że ta książka trafiła w Twoje ręce akurat teraz, bo tego właśnie chciałeś”. Aż łzy zaszkliły mi się w oczach, bo tak w istocie było. Czasem tak jest, że książka nie musi być wcale wybitna – wystarczy, że trafi na odpowiedni moment w naszym życiu i wszystko się zmienia. Urzekające były też dla mnie cytaty malowane kolorowymi farbami, w trochę dziecięcy sposób. Niezwykle ładnie i motywująco. Format książki i papier, na którym została wydrukowana też bardzo mi odpowiadają – większy niż A4, grube, śliskie kartki, które akurat w tym gatunku są idealne. Książka po prostu mocno chwyciła mnie za serce i rzuciła mną o podłogę. Jakie to wszystko proste. Niestety, w teorii. 


Podsumowanie. 

To nie jest standardowa książka. Nie znajdziecie tutaj wciągającej fabuły i znakomitych bohaterów. Ale jeśli będziecie jej potrzebować – wpadnie Wam w ręce i skradnie serce. Jeśli przy okazji Wasza powinność przebije się ponad przymus i będziecie zarabiać na tym, co kochacie najbardziej robić, to nic tylko się cieszyć. I to znak, że Elle Luna odniosła sukces. 

Autor: Elle Luna
Tytuł: Powinność czy pasja: znajdź swoje powołanie i pożądaj za nim
Liczba stron: 150
Wydawnictwo: Helion 

Za egzemplarz dziękuję wydanwictwu Helion. 

List z przeszłości 

List z przeszłości 

Zostałam zaproszona do tajemniczej, detektywistycznej zabawy z której postanowiłam zrezygnować po przeczytaniu książki… List z przeszłości miał być zaskakująca, detektywistyczną powieścią obyczajową. Był jednak pogmatwaną, niedopowiedzianą historią z najbardziej irytującą główną bohaterką.

Pomieszane z poplątaniem.

Lexy Shaw właśnie straciła matkę i przyszywaną babkę. Wyrusza więc do Edynburga, aby uporządkować sprawy Ursuli – ale także jak się okaże odebrać nietypowy spadek. Teczka z listami i dokumentami ma pomóc dziewczynie odnaleźć zaginioną rodzinę aż w Afryce.


Głównym wątkiem jest historia sprzed lat mająca wyjaśnić pewne sprawy. Trzy przyjaciółki Ursula, Helen i Evie skrywają mroczny sekret, który zmienił życie mnóstwa osób. Prawdę próbuje poznać po latach Lexy, córka zmarłej Isobel, jednak ktoś próbuje jej w tym przeszkodzić.

Wątków dodatkowych jest mnóstwo, a w większości nie za bardzo łączą się w jedną całość. A jeśli już to jest to toporne i niezbyt zgrabne. Nowe postaci pojawiają się na scenie niespodziewanie, bez ładu i składu i jakiegokolwiek wyjaśnienia.

Irytująca bohaterka. 

Chyba najgorsze co przydarzyło się tej historii to Lexy. Jest tak straszliwie irytująca, że to aż boli. Naciska, wtyka nos w nie swoje sprawy, wypytuje, męczy umierającą staruszkę, krzyczy na nią, olewa byłego, który stara się jej pomóc. Najgorsze chyba było to, jak się zachowywała w stosunku do niego. Kiedy on próbuje jej pomóc (na jej wyraźną prośbę, albo dlatego, że ona swoje własne sprawy olała), to ona irytuje się conajmniej tak, jakby to on się jej narzucał.


W teczce od Ursuli ma wszystkie tajemnice jak na dłoni, ale nie kłopoci się i nie zagląda do nich lub robi to z ociąganiem. Zamiast najpierw zerknąć właśnie tam, to wszystkie informacje próbuje zdobyć za wszelką cenę od innych osób. Jedno zaproszenie na popołudniowy spacer od zupełnie obcego mężczyzny sprawia, że Lexy już drży na myśl, że mogłaby go w sobie rozkochać (cóż za skromność!). Swojego byłego zbywa przy każdej okazji, ale kiedy on akurat nie ratuje jej tyłka wzdycha do niego i tęskni. Zaskoczyło mnie również to, że Lexy zadawała sobie pytania o pochodzenie wszystkich dookoła, ale nigdy nie zastanawiała się skąd wzięła się u Ursuli jej matka.

Wypijmy za błędy. 

Mówią, że Polacy nie potrafią poprawnie mówić i pisać, bo czytają zbyt mało książek. Ale jeśli nawet czytaliby to co naskrobala Mairi Wilson (albo tłumacz) to zdecydowanie nie poprawiliby swojej polszczyzny. Tak złej książki dawno nie czytałam. Po pierwsze: używanie słowa klamczyni jest dla mnie jakaś abstrakcją. W którym my wieku żyjemy? Dodatkowo: „co ją wściekało”, „wyglądała wystarczająco szacownie jak na odwiedziny w szpitalu” – serio?!, „Helen nie groziło już żadne bezpieczeństwo”, a straszliwe przekleństwo to „do cholery”. Momentami byłam po prostu przerażona poziomem językowym tej książki. Niedopracowana, źle przetłumaczona. Na początku zatrzęsienie wszystkich znanych przysłów irytowało równie mocno co Lexy.


Podsumowanie. 

Zdecydowanie odradzam. Poplątana historia, często niespójna, tragiczne błędy językowe utrudniające czytanie, irytująca główna bohaterka. W połowie książki zaczęłam być po prostu wściekła, że to wszystko tak się źle toczy i że muszę w ogóle to czytać. Ale stało się – ku przestrodze innych czytelników. Tak złej książki chyba dawno nie czytam.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Kobiece.