Kategoria: Recenzja

Recenzja portalu CzytamPierwszy.pl

Recenzja portalu CzytamPierwszy.pl

Słyszałam przeróżne opinie o tym portalu. Że trzeba strasznie się natrudzić, żeby zdobyć punkty na wersję finalną, że to nieposzanowanie blogera/recenzenta. W sumie widziałam chyba więcej gorzkich żali niż pozytywnego odbioru. Ponieważ już jakiś czas aktywnie działam na portalu postanowiłam wtrącić swoje trzy grosze.

Czym jest portal CzytamPierwszy?

Na początek krótkie informacje jeśli ktoś nigdy wcześniej nie widział portalu. Otóż wydawnictwo SQN wpadło na pomysł, aby założyć stronę, na której recenzenci będą mogli wrzucać informacje o swoich opiniach i dostawać za to punkty. Odpowiednią ilość można zamienić na książkę w wersji elektronicznej (20 punktów) lub finalną (100). Czasem organizowane są także promocje i można otrzymać książkę za promocyjną liczbę punktów. Do wydawnictwa SQN dołączyło już kilka innych, możecie więc wybierać z 65 pozycji. Raz w tygodniu w poniedziałki wysyłany jest również newsletter – tam znajdziecie informacje dotyczące zmian na portalu oraz promocji na różne tytuły.

Czy 100 punktów to dużo?

Wiele osób wysuwało zarzut do portalu, że trzeba strasznie się namęczyć, żeby zdobyć upragnione 100 punktów i dostać wersję finalną. Owszem, za darmo nie dostaniemy książki. Za napisanie recenzji typu: „książka jest dobra, bo mi się podobała” też nie. Trzeba wykrzesać z siebie trochę energii i wrzucić trochę opinii do sieci. Tak między Bogiem a prawdą robię niewiele więcej niż zwykle – wrzucam recenzję na bloga, zdjęcia na Instagrama, informację na fanpage blogowy, a potem to udostępniam – na grupach blogerskich (bo to w końcu rozprzestrzenia też mój blog), u siebie na tablicy, piszę opinie w goodreads, na lubimyczytac i w kilku innych miejscach. Dzielę się swoją opinią w grupach czytelniczych – bo i tak to robię. Wkładam więc w to tyle samo serca co zawsze. I mam z tego korzyści.

Byłam po tej drugiej stronie – zajmowałam się blogerami i recenzentami i wiem, że czasem motywacja sprawia, że ludzie stają się sumienni, a jej brak – leniwi. Otrzymując książkę za darmo i z poczuciem, że nam się należy nie czujemy się zobligowani do czegokolwiek. Jeśli jednak wiemy, że to jednak coś nas „kosztuje” – pracę, czas, zdobycie zaufania wydawnictwa i możliwość przeczytania kolejnej, to od razu zabieramy się do pracy bardziej zmotywowani.

Portal to także szansa dla tych, którzy dopiero zaczynają, nie mają imponujących statystyk, a wymarzone wydawnictwa nie chcą z oczywistych względów na razie współpracować. Wiele razy otrzymałam odmowę, bo docieram do niewielkiej grupy osób – ale dzięki portalowi CzytamPierwszy.pl mogę otrzymać książki, które chciałabym.

Strona techniczna portalu.

Na początek logujemy się do portalu i otrzymujemy na wstępie 50 punktów. Jeśli akurat trafimy na jakąś promocję, to możemy otrzymać nawet wersję finalną. Jeśli nie pozostaje nam wersja elektroniczna. Niestety tutaj ogromny minus portalu – wersje elektroniczne nie są na czytnik, a na aplikację issuu, która ma podstawową wadę – nie zapamiętuje strony, na której skończyliśmy czytać. Rozumiem więc frustrację wielu osób i mam nadzieję, że portal szybko przerzuci się nawet na zwykle pdfy, które byłyby o niebo lepsze.

Po przeczytaniu książki i zrecenzowaniu jej tam, gdzie ktoś chce należy dodać je wszystkie do portalu – przy każdej „zakupionej” książce mamy przycisk „napisz recenzję”. Możemy wrzucić tam link, ale także screena. Uważajcie tylko, aby najpierw kliknąć załaduj, a dopiero potem wyślij, inaczej nic się nie doda i dostaniecie 0 punktów (nie jest to jednak nieodwracalne, wystarczy dodać to jeszcze raz).

Zdobywanie punktów wiąże się z kolejnymi statusami, a one z bonusami. Jakimi? Mnie na przykład udało się otrzymać książkę, która bardzo mnie interesowała poza kolejnością i mogę zgarnąć za recenzję dodatkowe punkty. Uważam zatem, że się opłaca.

Polecam portal CzytamPierwszy.pl

Wiem, że portal wzbudza wiele kontrowersji, uważam jednak, że jeśli ktoś czuje się oszukany i nieszanowany może po prostu nie zakładać konta. Ja osobiście jestem bardzo zadowolona. Cieszę się jak dziecko na każdą przesyłkę i staram się dodawać opinie szybko i zawsze zgodnie z własnym sumieniem. Osiągniecie 100 punktów za recenzję (a tym samym otrzymanie kolejnej książki) nie jest dla mnie przesadnie trudne, a trochę angażujące. Nie mam dzięki temu poczucia, że dostaję coś za darmo, że nic mnie to nie kosztuje. Za portalem też stoją ludzie, którzy muszą tę książkę wydać, zaprezentować, a nawet do Was wysłać. To też kosztuje ich pracę, a nawet prawdziwe pieniądze, nie traktujmy więc tego jako wyzysku. Praca za pracę. To, że jesteśmy blogerami, czy recenzentami nie oznacza, że książka nam się należy. Trzeba na nią zapracować i myślę, że każda osoba, która teraz może przebierać w ofertach książek też na początku ciężko pracowała, a może nawet pracuje nadal.

Jeśli macie jakieś pytania – piszcie śmiało, chętnie odpowiem na nie, jeśli tylko będę potrafić.

Wyzwolenie

Wyzwolenie

Trylogia Wojen Alchemicznych dobiegła końca. Kto zwyciężył? Ludzie, czy maszyny?

Mechaniczny i Powstanie zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Byłam zachwycona pomysłem alchemicznie budowanych maszyn, zniewolonych przez ludzi, które wreszcie odzyskują powoli wolną wolę i w dużej części stają przeciwko swoim poprzednim panom. Czy autorowi udało się w dobrym stylu zakończyć tę genialną trylogię?

Bernice, Jax i… Anastazja Bell.

Wcześniejsze części zawsze były opowiadane przez trzy osoby, dlatego i w tej nic się nie zmieniło. Świat poznajemy z perspektywy znanej już nam francuskiej agentki Berenice, uwolnionego mechanicznego Jaxa, czyli Daniela oraz niezupełnie nowej postaci, ale na pewno od tej perspektywy nieznanej holenderskiej pracownicy biura Nadleśnictwa Anastazji Bell. Tej samej, która odpowiadała za wszczepienie pastorowi Visserowi szkiełka, które sprawiło, że zachowywał się niczym mechaniczny podległy swoim panom. Albo tej, która uwięziła Berenice i chciała z nią zrobić to samo. To ona była szychą Nadleśnictwa odpowiedzialnego za wykuwanie w Wielkiej Kuźni mechanicznych. Wreszcie możemy odkryć co ta kobieta myśli i czuje.

Zastajemy świat w momencie, kiedy Nowa Marsylia wygrywa wielką bitwę. Uwolnione przez Daniela maszyny mogą wybrać co chcą robić. Jedne postanawiają pomóc Nowej Francji pokonać Holendrów, inne żądne mordu na dawnych panach zaczynają rzeź. Do tego wszystkiego miesza się królowa Mab – maszyna, która na swój sposób zniewoliła dużą część mechanicznych.

Wiem, może to wszystko wydawać się pomieszane, a ja nie zdradziłam Wam nawet niewielkiej części fabuły. Tam tak dużo się dzieje, że nie da się tego krótko i zwięźle streścić. W pewnym momencie jednak wszystkie trzy osoby spotkają się i tam wszystko się rozegra.

Pomysł i wykonanie – geniusz.

Po raz kolejny Ian Tregillis udowodnił mi, że ma głowę na karku. Przez trzy tomy utrzymywał ciągle ten sam poziom – świetna fabuła pełna niespodziewanych zwrotów akcji, mnóstwo kłód pod nogi bohaterów, nowy, ciekawy świat oraz różnorodni bohaterowie. Wulgarna i porywcza Berenice, ostoja spokoju i dobra Daniel oraz zimna i wyrachowana Anastazja, która chce tylko bronić Nadleśnictwa i jego tajemnic. Każdy z nich prowadzi inną walkę, chce czegoś innego, dzięki czemu nie nudzimy się patrząc z perspektywy któregokolwiek z nich. Chociaż szybko domyśliłam się jaki powinien być finał tej historii – środki, jakimi do tego dochodzi są tak zaskakujące i ciekawe, że trudno to przewidzieć. Z każdą nową odkrytą zagadką byłam po prostu zachwycona jak autor mógł to w ogóle wymyślić.

Komu spodoba się Wyzwolenie i cała trylogia Wojen Alchemicznych?

Jeśli lubicie fantastykę, trochę science-fiction, interesujecie się alchemią i robotami, uwielbiacie wartką akcję i nietuzinkowych bohaterów – będziecie zachwyceni tak jak ja. Nie nudziłam się ani przez chwilę, a cięty język Berenice, wyrachowanie Anastazji, odwaga Longchampa i ogólny ciekawy charakter Daniela sprawiają, że każdy znajdzie coś dla siebie. Zestawienie porywczej Berenice i spokojnego Daniela było dla mnie mistrzostwem świata. Serdecznie i z całego serca polecam tę książkę. Miło spędzicie czas, nie raz zaskoczycie się i będziecie prawdziwie zadowoleni.

Autor: Ian Tregillis
Tytuł: Wyzwolenie
Wydawnictwo: SQN

Liczba stron: 436.

Żniwiarz. Czerwone słońce.

Żniwiarz. Czerwone słońce.

Po pierwszej części Żniwiarza Pauliny Hendel byłam rozczarowana, zawiedziona i rozgoryczona. Nie chciałam nawet myśleć, że przecież kupiłam od razu drugi tom i pewnie będę musiała go przeczytać. Z ciężkim sercem podjęłam się tego jednak i… uważam, że dobrze zrobiłam, że tego nie odłożyłam.

Uwaga, może zawierać spoilery!

Magda wraca na ziemię pod postacią żniwiarza. Jej zabita przez Pierwszego dusza błąkała się przez rok, aby wreszcie znaleźć ciało zamordowanej, pięknej dziewczyny. Zaskoczona wraca do Wiartołomu do swojego wujka i z nim rozpoczyna życie zabijając potwory z zaświatów. Musi jednak uporać się nie tylko z nową profesją, nieznanymi upiorami, słabościami ciała i psychiki poprzedniej właścicielki, ale również z własną śmiercią. Szybko okazuje się, że opanowanie tego wszystkiego wcale nie jest tak proste jak jej się poprzednio wydawało. Bycie żniwiarzem również nie jest taką dziecinną zabawą jak sądziła.

Nowe postaci na scenie.

W książce pojawia się kilku nowych, chociaż drugoplanowych bohaterów. Poznamy rządną rodowych sreber ciotkę Janinę i jej dwóch osiłkowatych wnuków i szaloną koleżankę Mateusza Klarę. Zdałam sobie przez to tylko sprawę, że świat w Wiartołomie jest jakiś taki pusty – mało osób kręci się po ulicach, prawie nic nie widzą, a nawi napadają tylko tych, którzy faktycznie w nich wierzą. Zdziwiłam się również, że kuzyni Magdy bardzo szybko przekonali swoją babcię, że rodzina Wojnów nie ukrywa dużej gotówki, a ona jakby prędko się z tym pogodziła, chociaż ponoć zawsze była taka rządna pieniędzy.

Tym razem autorka postarała się, aby pojawiło się więcej nawich, sposobów ich zabicia, a nawet problemów z pokonaniem. Już nie idzie żniwiarzom tak łatwo, nie wystarczy uderzenie szakłakiem przez głowę, albo prosty egzorcyzm. Magda w swoim nowym ciele nie jest od razu superbohaterką, która pokonuje wszystko bez przeszkód. Nie, ona tym razem jest prawidziwa – uczy się nowego ja, próbuje walczyć ze słabościami i strachem poprzedniej właścicielki. To ważne moim zdaniem, gdyż dodaje temu znacznej wiadygodności.

Dlaczego druga część jest lepsza od pierwszej?

Jeśli czytaliście recenzję poprzedniej części na pewno wiecie, że byłam rozczarowana. Magda była lekkomyślna, trochę szalona, jej relacja z Mateuszem sztywna i nieprawdziwa, upiory i inne potwory niczym dokazujące szczeniaki, a sposoby na ich zabicie zawsze takie same. W drugiej części autorka zadaje kłam tym zarzutom. Magda co prawda nadal jest lekkomyślna, ale nie uchodzi jej to na sucho – zawsze musi za to zapłacić. Jej relacja z Mateuszem nabiera innych kolorów, które wydają się prawdziwsze i lepsze. Mamy też dużo więcej upiorów, autorka wyjaśnia też więcej sposobów na ich zabicie, a odesłanie do Nawii nie jest już dziecinnie proste.

Zdecydowanie ta część bardziej się udała. Mamy tutaj więcej wierzeń słowiańskich, które miały być głównym atutem książki, więcej stworów rządnych krwi. Nie mogę niestety jednak nadal powiedzieć, że jest to genialna książka. Drugą część zdecydowanie czytało mi się przyjemniej, byłam bardziej ciekawa co słychać u bohaterów i jak to się skończy. Chociaż niestety zakończenie rozczarowało mnie, bo okazało się, że ci, którzy mieli być twardzielami okazali się miękcy. No coż, bywa i tak. Na szczęście jednak nie męczyłam się podczas czytania i w sumie jestem całkiem zadowolona.

Podsumowanie.

Druga część przebiła pierwszą i nawet sprawiła, że mam ochotę na trzecią (a po pierwszej wątpiłam, czy w ogóle sięgnę po drugą). Cieszę się, że tak się stało, ponieważ autorka skusiła mnie naprawdę dobrym pomysłem. Miejmy zatem nadzieję, że ostatnia część nie tylko powie nam do jakiego końca to wszystko zmierza, ale także przebije dwie poprzednie i będę mogła powiedzieć, że to naprawdę świetna lektura.

Autor: Paulina Hendel
Tytuł: Żniwiarz. Czerwone słońce
Wydawnictwo: Czwarta strona
Liczba stron: 431.

Co książkoholik znajdzie na Netflixie?

Co książkoholik znajdzie na Netflixie?

Mam wrażenie, że już wszyscy o tym pisali, więc wypowiem się i ja: jestem zakochana w Netflixie (który również oczarował mojego Lubego). Założyłam konto tylko dla Ani, nie Anny, a zostałam na dłużej i pochłaniam obecnie Rivendale. Co jednak typowy książkoholik może tam znaleźć?

 

  1. Ania nie Anna, czyli serialowa ekranizacja znanej i lubianej powieści Ania z Zielonego Wzgorza. Mam wrażenie, że to już trochę obowiązek, każdy musi to zobaczyć. Ładnie nakręcony serial, super dobrani aktorzy i powalająca Ania, która jest urocza, chociaż brzydka. Zakochałam się w tym serialu i już nie mogę doczekać się kolejnego sezonu. 
  2. 13 powodów, również ściągnięte z książki, której jeszcze nie czytałam. Hannah popełnia samobójstwo i zostawia po sobie 13 taśm na których wyjaśnia dlaczego to zrobiła. Troszkę momentami mi się dłużyło, ale generalnie serial bardzo dobry. 
  3. Plotkara to serial nakręcony na podstawie serii o tej samej nazwie Katherine McGee, który mnie osobiście bardzo się podobał, chociaż znacząco różnił się od książek (dawno to czytałam, no, ale Chuck i Blair?!). Jednak warto to obejrzeć choćby ze względu na drogie rzeczy i super muzykę. 
  4. Co prawda Wiedźmin jeszcze nie powstał, ale ja już wiem, że będę wierną fanką! No, chyba, że się okaże, że Geralta naprawdę zagra Karolak, to wtedy podziękuję. 


To tylko lista niektórych seriali, które mogą się Wam spodobać ze względu na książki, ale jest całe mnóstwo innych, nie opartych o literaturę a równie świetnych: 
1. W garniturach opowiada o Mike’u, genialnym oszuście który dzięki zbiegowi okoliczności zaczyna pracę w znanej i potężnej kancelarii z niereformowalnym Specterem. Problem polega tylko na tym, że chłopak nie jest nawet prawnikiem, a ze studiów został dawno temu wyrzucony. 

2. Frankie i Grace serial opowiada o dwóch 70-latkach, które dowiadują się, że ich mężowie są gejami. Rozsypane próbują ułożyć sobie życie na nowo. W życiu tak się nie uśmiałam! 


3. Rivendale to maleńkie miasteczko z całym mnóstwem tajemnic. Kiedy ginie dziedzic najpotężniejszego rodu wszystkie ukryte sekrety powoli zaczynają wychodzić na wierzch. Moje serce skradł w tym serialu Jughead.

4. Telefonistki to kobiety mniej lub bardziej niezależne pracujące w dużej firmie telekomunikacyjnej. Cztery różne kobiety – oddana i zdradzana żona, zahukana dziewczyna ze wsi, buntownicza bogata panienka i ona – oszustka, złodziejka i krętacza. Jak to się w ogóle stało, że zostały przyjaciółkami? 

5. Stranger things to historia chłopca, który w pewną ciemną noc ginie, lecz jego matka i przyjaciele wierzą, że został porwany przez nieznanego potwora. Wszystkie dziwne wydarzenia zdają się tylko to potwierdzać. Serial osadzony w amerykańskim miasteczku lat 80-tych. Świetny, super wykreowany, momentami straszny i zabawny. 

6. The Crown opowiada o młodości i początkach rządów Elżbiety II na angielskim tronie. Chwilę wcześniej czytałam książkę o niej, dlatego informacje miałam całkiem na świeżo, a dodatkowo ten serial dla mnie jako historyka to prawdziwa gratka. Piękne stroje, klejnoty koronne i wszystkie cienie i blaski rządzenia wielką monarchią. 

Jeśli oglądaliście coś fajnego, co ja pominęłam – dajcie znać, chętnie rozpocznę przygodę z nowym serialem, albo obejrzę coś w nudny wieczór. 

Bracia Slater – Dominic i Bronagh

Bracia Slater – Dominic i Bronagh

Przy okazji tej recenzji postanowiłam coś zmienić. Ponieważ długie recenzje zajmują dużo czasu, a jak już jedna z moich ulubionych blogerek napisała „lepiej czytać książki niż recenzje” to postanowiłam zrobić mały eksperyment. Dostaniecie ode mnie zwyczajową recenzję, oraz na samym końcu krótki zbiór moich opinii o książce i bardzo króciutkim zarysowaniu fabuły – dosłownie w dwóch, trzech zdaniach. Chciałabym tym sposobem nawiązać trochę do nazwy bloga – zajrzyjcie (ale tylko zajrzyjcie) to danej książki właśnie przez moje okno.

Dajcie znać na końcu jak podoba się Wam ten pomysł – czy to dobry trop, czy wolicie pełne „rozwodzenie się” nad każdym dobrym i złym aspektem książki.

Kim są bracia Slater?

Bronagh Murphy to dziewczyna, której rodzice zginęli w wypadku kiedy była bardzo mała, którą wychowuje siostra, nie ma przyjaciół i jest gnębiona przez jednego z chłopaków w szkole. Wszystko zmienia się początkowo na gorsze kiedy do jej klasy zaczynają uczęśzczać bracia bliźniacy Slater: Dominic i Damien. Super przystojni, umięśnieni, bożyszcze dziewczęcych serc. Dominic od razu upatruje sobie Bronagh, a ona nie tylko nie jest zainteresowana nim, ale i wręcz się przed nim opędza. Coś jednak pcha ją w jego ramiona. Czy w końcu mu ulegnie?

Uzupełnienie do tomu o nazwie Dominic jest tom pod tytułem Bronagh, który przedstawia jeden dzień z 21. urodzin dziewczyny. Nie będę wdawać się w szczegóły, ponieważ już samo zdradzenie czegokolwiek więcej byłoby spoilerem. Chociaż pewnie wszyscy domyślają się znacznej części.

Literatura erotyczna w modzie.

Bracia Slater to literatura erotyczna. Znajdziemy tak oczywiście opisane sceny seksu, sprośne teksty i w zasadzie rozmowy tylko o jednym. Nie jest to jednak literatura dla dorosłych – rzecz dzieje się w irlandzkim liceum, bohaterowie to niedojrzali osiemnastolatkowie, a męskie i żeńskie narządy intymne zostały nazwane wszystkimi możliwymi łagodnymi określeniami. Swoje lata już mam, więc nie czułam się zażenowana. Chociaż może trochę – ilością gimnazjalnych tekstów, przekleństw na każdym możliwym kroku, mówieniu nowonapotkanej osobie, że chętnie się ją przeleci i ilością bójek (także tych damskich). Czytałam dawno temu pierwszy tom serii After, bo nie lubię krytykować czegoś, czego nie znam. I te dwie książki bardzo siebie przypominały. Chociaż Dominic i Bronagh w pewnym momencie nie kłócili się tak często jak bohaterowie wspominanej przeze mnie wcześniej książki.

Bracia Slater

Generalnie to, co pojawiło się w tej książce dało mi przekonanie, że autorka dawno już skończyła szkołę. Bronagh ciągle otrzymywała pozwolenie od nauczycieli, aby słuchać muzyki przez swojego iToucha, kiedy biła się z koleżanką albo ktoś kogoś wyzywał od najgorszych – nauczyciele nie reagowali chociaż byli tego świadkami. Wszystkie problemy w tej szkole rozwiązuwano za pomocą bójek (nawet te damsko-damskie). Skończyłam liceum już jakiś czas temu i to polskie, ale wydaje mi się to wszystko lekką przesadą. Oświećcie mnie, jeśli coś tej kwestii się zmieniło.

Pomijam już całą masę naprawdę słabych tekstów w stylu „Twoja siostra też jest niezła, ale ty jesteś lepsza”, komentowanie tyłka dziewczyny Dominica przez resztę braci Slaterów (tak, tak jest ich aż pięciu! Wszyscy tak samo seksowni) i tak dalej. Zdziwiło mnie też, że Bronagh i jej siostra Branna w klubie piły alkohol i kiedy z niego wyszły były całkiem trzeźwe, ale kiedy na horyzoncie pojawili się bracia Slater – nogi się pod nimi ugięły i wymagały noszenia.

To po co właściwie ją czytałam?

Odpowiedź jest zaskakująco prosta – żeby się odmóżdzyć. I ta książka właśnie tak robi – nie trzeba przy niej w ogóle myśleć, można przeczytać w kilka godzin i nie mieć kaca książkowego. Postanowiłam właśnie tak do niej podejść i nie oczekiwać od niej doskonałego erotyka (którym mogłaby być, gdyby pewne kwestie nie zostały sprowadzone do minimum). Uważam, że takie powieści mogłyby być dobre, gdyby ktoś pokusił się o to, aby wpleść seks w normalną fabułę, nie wpychać sprośnych tekstów i podtekstów wszędzie gdzie się da. Jednak wszyscy uparcie piszą właśnie takie sztampowe i szablonowe powieści erotyczne, które sprowadząją się do odmóżdżaczy. Szkoda, bo coś znacznie lepszego mogłoby zawojować rynek. I nie, nie czytałam Greya, nie wiem więc do jakiej kategorii go zaliczyć.

Zajrzyj przez moje okno do książek Bracia Slater. Dominik Bracia Slater. Bronagh.

Autor: L.A. Casey

Tytuł serii: Bracia Slater
Wydawnictwo: Kobiece
Liczba stron: Dominik 460, Bronagh 160.
Literatura: erotyczna
Moja ocena: 5/10

O czym? Bronagh po śmierci rodziców to wyrzutek szkoły – gnębiona, bez przyjaciół, izolująca się. Wszystko zmienia się, kiedy w szkole pojawiają się super przystojni bracia Slater, a jeden z nich okazuje się być wbrew niechęci Bronagh bardzo nią zainteresowany i napalony.

Plusy: odmóżdżacz, nie trzeba przy niej myśleć, można dać porwać się akcji, od czasu do czasu się zarumienić i skończyć ją bardzo szybko. Jeśli ktoś gustuje w seriach After, Before i tym podobnych będzie zadowolony.

Minusy: nierzeczywista szkoła, wulgarny język w każdym możliwym zdaniu, wszechobecne bójki, trochę zbyt rozemocjonowana Bronagh i wybuchowy Dominic.

Dla kogo? Na pewno dla osób, które lubią literaturę erotyczną i nie przeszkadzają jej pewne mankamenty. Znajdą również w niej pradziwą rozrywkę ci, którzy lubią takich mocnych facetów, którzy na brzuchu mają kaloryfer, ciągle się biją i walczą o swoje kobiety. Jeśli nie będziecie oczekiwać od tej książki wspaniałych dialogów, wyrazistych bohaterów, całej gamy emocji i doskonałej fabuły – odbierzecie odmóżdżającą książkę. I zdecydowanie bardziej polecam Wam jeśli już Dominica. Bronagh to moim zdaniem wypadek przy pracy, zupełnie niepotrzebny tom, który sprawił, że prawie dostałam wytrzeszczu oczu na półtora godziny.

 

Eksperyment z bardzo krótką recenzją mam nadzieję, że się powiódł. Dajcie proszę znać, czy taka metryczka o książce była dla Was pomocna, zrozumiała i czy preferujecie taką formę – wszak lepiej czytać książki, niż recenzje.

Powstanie

Powstanie

Książki z serii Wojen Alchemicznych pojawiły się w moim życiu znikąd i stały się tym rodzajem książek, które na długo pozostaną w mojej pamięci. O Mechanicznym, pierwszym tomie pisałam kilka postów wcześniej, więc jeśli nie czytaliście jej to co napiszę poniżej o Powstaniu może być dla Was spoilerem.

Jax, Berenice i Hugo.

Zachodnia Marsylia przygotowuje się do ciężkiej bitwy, jaką będzie musiała stoczyć z armią praktycznie niezniszczalnych mechanicznych. Kapitam Hugo Longchamp ma zamiar bronić ludu Nowej Francji i jej króla do ostatniej kropli krwi. Po drugiej stronie natomiast do oblężonego miasta zbliża się Jax, który wciąż musi udawać posłusznego sługę. Ma jednak już plan jak zbiec i odnaleźć legendarną królową Mab i jej wyzwolony lud mechanicznych. Berenice natomiast wiele kilometrów dalej walczy o życie ciągle ocierając się o śmierć – z rąk Gildii i Nadleśnictwa, mechanicznych i wszystkich innych wrogów, których ma naprawdę sporo.

Ależ mnie oszukałeś!

Autor mnie oszukał. I zrobił to z premedytacją. Pozostawił mnie w takim momencie po pierwszym tomie, że byłam pewna, że wiem od czego rozpocznie się drugi. Miałam już swój scenariusz dla Jaxa i dla Berenice. I wtedy pomyślałam sobie, że autor wymyślił tak okrutny scenariusz jak tylko mógł. Szybko jednak okazało się, że zostałam wyprowadzona w pole i nic co założyłam nie miało miejsca. Z jednej strony się cieszę, bo to, co wymyśliłam dla Berenice było bardzo okrutne, ale z drugiej mogłoby to bardzo rozwinąć akcję.

Drugi tom jednak cały czas trzyma nas w napięciu. Autor wielokrotnie zwodzi czytelnika, wraca do punktu wyjścia, wybiera inne drogi, kręci i mąci. Znajdziecie tam tyle zwrotów akcji, że nie będziecie się nudzić. Chyba najsłabszym punktem była sama relacja Longchampa z oblężonego miasta – po prostu niewiele tam się działo. I nawet sam kapitan, którego charakter uwielbiam tego nie zmieniał. Końcówka jednak wynagradza wszystko.

Dzień dobry Danielu!

Zdradzę Wam tylko jedną rzecz – chyba, że nie chcecie jej wiedzieć, to przejdźcie szybko do kolejnego akapitu – wyzwolony Jax przyjmuje nowe imię: Daniel. Mam ogromny sentyment do tego imienia i uważam, że jest naprawdę ładne, więc bardzo się ucieszyłam i jeszcze bardzizej polubiłam tego mechanicznego. Jest troszkę nieporadny, a jednak przebiegły, zbyt ufny, a jednak potrafi zawalczyć o swoje. Jest mechanicznym, który ma więcej ludzkich odruchów niż niejeden człowiek.

W tym tomie poznajemy bieg wydarzeń z perspektywy Jaxa, Berenice i kapitana Longchampa. Pastor Visser wciąż odgrywa dużą rolę, ale już nie towarzyszymy mu w jego wędrówce z oczywistych względów (których Wam póki co oszczędzę). Możemy więc przekonać się jak myślą mechaniczni, co czuje obrońca Zachodniej Marsylii skazany na klęskę i jak siarczyście potrafi klnąć Berenice. A mówiąc szczerze, to czasem byłam pod wrażeniem wysublimowanych przekleństw.

Podsumowanie.

Drugi tom nie był ani lepszy ani gorszy od poprzedniego – Ian Tregillis utrzymał poziom i karmił czytelnika coraz to nowymi zwrotami akcji. Mącił, mieszał i popchał wszystko do przodu, a ja po prostu nie mogłam się oderwać. Kiedy skończyłam czytać poczułam ogromnego książkowego kaca. Wiedziałam, że niedługo będę mogła go zaspokoić trzecim tomem, ale wiedziałam, że jednocześnie zbliżę się wtedy do końca tej historii i nie będę miała już co czytać. I zazdroszczę tym, przed którymi jeszcze ta przygoda się nie zaczęła.

Autor: Ian Tregillis
Tytuł: Powstanie
Liczba stron: 430
Wydawnictwo; SQN

Żniwiarz – Pusta Noc

Żniwiarz – Pusta Noc

Kiedy tylko zobaczyłam Żniwiarza wiedziałam, że to książka dla mnie. Po opisie byłam już tak głodna lektury, że o mały włos nie rzuciłam wszystkiego i nie zaczęłam czytać jak tylko otrzymałam książkę dzięki portalowi czytampierwszy.pl. Co więc poszło nie tak?

Na upiory żniwiarz pomoże.

Magda to na peirwszy rzut oka jest zwykłą dwudziestolatką. Widzi jednak więcej niż przeciętny człowiek: duchy, upiory, martwce i inni. Wszyscy ci, którzy po śmierci nie trafili do Nawii, ale wałęsają się po świecie. Ktoś musi ich odesłać z powrotem i tym właśnie zajmują się żniwiarze – w tym wujek Magdy Feliks. Kiedy zostaje zabity przez upiora bardzo długo nie powraca w nowym ciele, a kolejne wypadki po jego powrocie wydają się dziwnym zbiegiem okoliczności. Kto stoi za licznymi zaginięciami żniwiarzy? I dlaczego nawii stali się tak aktywni?

Cała historia przypominała mi trochę Wiedźmina. Do tego słowiańskie wierzenia, duchy, upiory i Magda sprawiały, że aż przebierałam nóżkami aby jak najszybciej zabrać się za tę książkę i w ciemno zaopatrzyłam się również w drugą część. Wyobraźcie sobie zatem jaki był mój zawód po tak dobrym opisie, okładce i rekomendacjach. Tak, książka jest całkiem w porządku. Ale nie powaliła mnie na ziemię.

Młodzieżówka dla trochę młodszych czytelników.

Mam wrażenie, że ta młodzieżówka nie jest przeznaczona dla rówieśników Magdy, ale dla kogoś kilka lat młodszego. Bohaterka jest nadal troszkę dzieckiem, bezmyślnie czasem naraża siebie i innych na niebezpieczeństwo stworów, z którymi w żaden sposób nie może się równać. Kusi los, ale dziwnym trafem nikt, nawet żniwiarz Feliks nie zwraca jej na to uwagi. Mam trochę wrażenie, że tam wszyscy dorośli są jacyś tacy niedorośli. Relacja Magdy i Mateusz też jest trochę dziwna – niby są razem tak gdzieś od 70 stron, ale pierwszy raz dają sobie buziaka na pożegnanie na prawie 300. Naczekał się biedny Mateusz. No właśnie. On też troszkę mnie zaskoczył. Przeżył pożar w którym zginęli jego dziadkowie, a pamiątką po tym są blizny na przedramionach, które ukrywa pod długimi koszulami. Kiedy jednak Magda mówi mu, żeby się ich nie wstydził – natychmiast podwija rękawy i już więcej ich nie chowa. Szybko uporał się z traumą.

Denerwowało mnie też, że wszyscy w tej książce mówią do siebie. Bardzo dużo scen bohaterowie odgrywają zupełnie samotnie i autorka zamiast użyć swojej wrzechwiedzącej mocy i powiedzieć czytelnikowi co też myślą – nakazuje im mówić to głośno. Przez cały czas. Znalazłam też trochę nieścisłośni – ktoś wsiada do swojego samochodu, chociaż przyszedł na piechotę. Magda narzeka, że nie widziała się z Mateuszem cały tydzień, bo pracował, natomiast Aleks kilka kartek dalej mówi jej, że wujostwo denerwuje się, bo Mateusz cały czas opuszcza pracę dla Magdy. Ona niestety nie zwraca na to uwagi.

Za mało upiorów, za dużo ludzi.

Miałam nadzieję, że te wierzenia słowiańskie i nawii będą zajmować chociaż połowę książki. Tak się jednak nie dzieje. Nawet polowanie na żniwiarzy schodzi na dalszy plan, ponieważ czytelnik głównie śledzi losy Magdy i trochę Feliksa. Samo pozbywanie się upiorów też jest jakoś w sumie całkiem proste. Na większość jest ten sam sposób, wystarczą metalowe pręty i garść ziół bądź soli. Okej, ale wydaje mi się to wszystko jakoś dziecinnie proste. Za proste.

Polowanie na żniwiarzy powinno być osią całej książki. Powinno ją pięknie rozwijać, a autorka mogłaby odkrywać przed czytelnikiem i bohaterami kolejne puzzle tej zagadki. Ja jednak szybko dowiedziałam się o co tak naprawdę chodzi i trochę męczyło mnie, że ciągle stroimy w martwym punkcie. Nie było tak, że się nudziłam, ale nie miałam też tak, że biegłam do domu żeby tylko czytać, czytać i czytać.

Genialny pomysł.

Naprawdę chylę czoła przed autorką, ponieważ pomysł w swojej istocie był po prostu genialny. Może nie innowacyjny, ale to trudna sztuka w dzisiejsych czasach, kiedy już tyle zostało wymyślone. Ale jednak wykonanie, nawet jeśli to młodzieżówka uważam, że mogło być zdecydowanie lepsze. To, że mamy do czynienia z czytelnikiem młodszym i jemu dedykujemy książkę, to nie znaczy, że mamy mu pokazywać świat, nawet ten mroczny, w różowych barwach. Biorąc Zniwiarza do ręki on wie, że to nie jest opowieść o zwykłych nastolatkach, że są tam upiory i inne zmory, że będzie krew i będzie też śmierć. Dlatego uważam, że troszeczkę to zostało przesłodzone.

Przeżyłam ogromny zawód, bo się trochę zawiodłam. Sama jestem sobie winna, bo na pewno jeśli nie oczekiwałabym od tej książki niczego to spędziłabym bardzo miło czas. Nie zrozumcie mnie źle, teraz też spędziłam go miło, chociaż troszkę to wymęczyłam, bo przed oczami miałam coś co zatrzęsie polską fantastyką i literaturą młodzieżową. Tak się niestety nie stało, dalekie było echo tego trzęsienia ziemi z dala ode mnie.

Podsumowanie.

To nie jest zła książka – jest szkolna, jest poprawna, jest dobra w swoim zamyśle, ale brakło mi tego czegoś. Liczę, że druga część wynagrodzi mi ubytki pierwszej, chociaż słyszałam, że mniej się dzieje niż w pierwszej nad czym bardzo ubolewam. Jak dla mnie w pierwszej nie działo się zbyt wiele, książka nie trzymała mnie w napięciu. Spędziłam miłe chwile, popatrzę na piękną książkę, ale sięgnąć po kolejną – nie sięgnę. Przykro mi, ale znów nie popłynęłam na fali dobrych recenzji dla książki, która wszystkich zachwyciła.

Autor: Paulina Hendel
Tytuł: Żniwiarz. Pusta noc
Liczba stron: 430
Wydawnictwo: Czwarta Strona

Sztuka oddechu

Sztuka oddechu

W ciągu doby oddychamy 22 tysiące razy, ale w zdecydowanej większości nie jesteśmy nawet tego świadomi. Szkoda, bo moglibyśmy wiele na tym zyskać – oddech pomaga niwelować stres, zwolnić tempo, odprężyć się i znaleźć radość w niewielkich rzeczach. 

Sztuka oddechu. 

Danny Penman to trener uważności, dziennikarz i pisarz, którego książka dotycząca Mindfulness stała się bestsellerem. Dzięki sztuce świadomego oddechu udało mu się przeżyć ciężki wypadek na paralotni. Nie skupiał się wtedy na bólu i trudnościach, ale na oddychaniu. Siła umysłu bywa niesamowita. 


W Sztuce oddychania próbuje pokazać czytelnikowi co robić, aby być bardziej uważnym, kreatywnym i zdrowym na ciele i na umyśle. Jak trenować swój oddech, uczyc się korzystać ze wszystkich jego dobrodziejstw. Pokazuje liczne ćwiczenia, które mogą pomoc w walce ze stresem. 

Wiara czyni cuda

Dosyć sceptycznie podchodzę do tego typu spraw, ale ostatnio zbyt dużo się denerwuję. Po przeczytaniu tej książki zaczęłam świadomie oddychać podczas stresujących sytuacji. I nie uwierzycie, ale pomogło. Według zaleceń skupiam się na oddychaniu, na ruchu mojej klatki piersiowej, niemalże czuję jak tlen je wypełnia i ulatnia się dwutlenek węgla, jak moje narządy, mój mózg odbierają życiodajne gazy. Myślę o tym tak intensywnie, że odprężam się, przestaje myśleć o tym, co złego się wydarzyło. 

Czytałam jak zaczarowana głównie dlatego, że książka jest cudownie wydana. W środku znajdziecie piękne obrazki, które są tłem do każdej strony – czarne i błękitne niczym niebo w lecie. To nie jest gruba książka, ma nieco ponad 120 stron, a każda wypełniona jest dosłownie kilkoma zdaniami. Takimi, które zapadają głęboko w pamięć. Nie zajdziecie tam naukowego wyjaśnienia czym jest oddychanie albo jak to wyglada z perspektywy lekarzy. To po prostu trening dla czytelnika od kogoś, kto sam stosuje te zasady i poleca je kolejnym osobom. 

Śliczne wydanie.

Maleńki format, piękne, błękitne ornamenty i proste schematy pomagające uporządkować ćwiczenia sprawiają, że książka również pięknie wyglada. Można spokojnie ułożyć ją na półce, sięgać w razie potrzeby, albo schować do torebki i mieć zawsze pod ręką. Lubię takie książki, które oprócz wartości w środku niosą za sobą też piękną okładkę i wnętrze. 


To nie jest książka dla każdego, ale uważam, że rady tam zawarte przydzadzą się każdemu. Jeśli jednak nie chcecie nic zmienić, dalej chcecie biegać bez tchu przez życie to książka Wam się nie spodoba. Skrzywicie się tylko, bo to przecież nie dla Was, nie wierzycie w takie rzeczy, oddech to jak bicie serca – ma się dziać samoistnie, żeby jeszcze o tym nie trzeba było myśleć. Oddech jest za darmo, więc nie jest wart uwagi. 

Podsumowanie. 

Jeśli macie problem ze stresem, chcecie zmienić trochę podejście do życia, oczyścić umysł i otworzyć swoje pokłady kreatywności na świat – spróbujcie tej książki. Nic Wam to nie zaszkodzi, a może pomoże. Przeczytanie zajmie Wam godzinę, ale zrozumienie – może nawet całe życie… 

Autor: Danny Penman 
Tytuł: Sztuka oddechu 
Liczba stron: 120
Wydawnictwo: Znak

52 Book Chalange 2017

52 Book Chalange 2017

Nie czytam na wyścigi, ale do tego wyzwania dołączyłam z przyjemnością. Zawsze uważałam, że dużo czytam, ale przez dwa lata nie udało mi się osiągnąć magicznego progu 52 książek w ciągu roku. Oczywiście, że liczy się też jakość przeczytanych książek, bo nie sztuka wziąć 50 cieniutkich książeczek i cieszyć się z wyniku. 

W moim przypadku jednak biorę udział w wyzwaniu wyłącznie sama dla siebie. Chcę po prostu wiedzieć jak dużo i jak szybko czytam, co to było i jak do tego podeszłam. Moja pamięć niestety jest mocno zawodna, więc lubię mieć to „na papierze”. 

52 książki w 2017.

Udało się tyle właśnie przeczytać, a najlepsze jest to, że rok jeszcze się nie skończył. Mam więc szansę przebić 2016 i 2015 w których nie dobiłam nawet do tej magicznej liczby, bo miałam zdecydowanie mniej czasu. O studenckich czasach już nawet nie wspominam – czytałam wtedy mało tego, co chciałam, a dużo opasłych tomiszcz historycznych. 


W tym roku jednak idzie mi znakomicie, więc jestem zadowolona. Najgorzej wypadł czerwiec, ponieważ przeczytałam tylko jedną książkę z powodu urlopu, przeprowadzki i paru innych rzeczy, a najlepiej któryś z wakacyjnych miesięcy – bo brak prób sprzyja czytaniu. 

Najlepsze przeczytane dotychczas książki. 

Rok jeszcze się nie skończył, więc może ten ranking się zmieni, ale dotychczas przeczytałam kilka naprawdę świetnych książek. Ciężko wybrać która prowadzi, ale byłam bardzo zadowolona z lektury Życia pasterza, Ocalałych, Dzikich łabędzi i Mechanicznego. Książki totalnie różne, ale bardzo satysfakcjonujące. Życie pasterza to bardzo ciekawa autobiografia napisana przed mężczyznę, który żyje w rodzinie od pokoleń zajmującej się wypasem owiec. Opowiada o swoim życiu w mieście i na wsi, o codziennej pracy, ojcu i dziadku. Bardzo odprężająca i ciekawa książka. 


Ocalałe jeszcze nie zostały wydane, ale miałam okazję przedpremierowo je przeczytać. Bardzo zaciekawiła mnie fabuła i spędziłam naprawdę emocjonujące chwile  na czytaniu. Trzy kobiety ocalały z masakry. Quincy wiedzie mimo to normalne życie, które rozsypuje się, kiedy jedna z Ocalałych odbiera sobie życie. 

Dzikie łabędzie to opowieść o trzech pokoleniach chińskiej rodziny. Jung Chang opowiada o losach swojej babki, matki oraz samej siebie. Zobaczymy tam przekrój ustrojowy Chin na przestrzeni wielu lat – od cesarstwa aż po komunizm. Wiele strasznych obrazów, które wstrząsają człowiekiem. 


Mechaniczny trafił w moje ręce przypadkiem, ale nie żałuję tego spotkania. Światem rządzą ludzie, którzy stworzyli podległe im maszyny. Podczas pewnej morskiej wyprawy jednak jeden z mechanicznych przypadkiem odzyskuje wolną wolę i nie podlega już nikomu. 

Najgorsze książki w tym roku. 

Lista wciąż jest otwarta, ale mam nadzieję, że więcej złych książek nie przeczytam. Tutaj lądują Harry Potter i Przeklęte Dziecko, Zdobywcy oddechów i Domowy survival. Powiem krótko – nie tego oczekiwałam od tych książek. Harry Potter okazał się być niedojrzałą wersją samego siebie, naciąganą historią w ogóle nie w klimacie. Zdobywcy oddechów  to zdecydowany przerost formy nad treścią, gdzie autor starał się upchnąć wszystkie możliwe powiedzonka, przysłowia i piosenki jakie znał. Domowy survival zaś mocno nastraszył mnie, że jeśli przyjdzie kataklizm (a przyjdzie na pewno), to zostanę na lodzie. A jeśli się przygotuje, to na pewno zazdrosny sąsiad mi to zabierze. 


Są takie książki do których wraca się z radością i są takie, które chciałoby się wrzucić do śmietnika jeszcze przed końcem. Oczywiście, nie można powiedzieć, że książki dzielą się tylko na dobre i złe, bo każda dla mnie zła książka może okazać się czymś świetnym dla kogoś innego. O gustach przecież się nie dyskutuje. Dlatego mam szczerą nadzieję, że książki, które mi nie przypadły do gustu spodobały się komuś innemu. 

Dlaczego tak lubię czytać? 

To trudne pytanie, które zaskakująco często słyszę od osób, które od książek zwyczajnie stronią. A ja lubię zagłębić się w historię inną niż własne życie, spędzić miło czas i przewracać kartki. Wybieram sobie bohaterów, których polubiłam i kibicuję im, jestem ciekawa co tam też się wydarzy. Czytając książki mam poczucie, że odpoczywam w najlepszy możliwy sposób. 

Będę więc czytać aż pozwoli mi na to czas i oczy. Będę starać się zarażać tym innych i udowadniać, że czytanie jest super. I będę tym niestatystycznym Polakiem, który czyta jedną książkę w tygodniu. 

A jak Wasze wyzwania? Bierzecie w jakimś udział?

Lab girl

Lab girl

Hope Jahren to nagradzana i znana w środowisku naukowym biolożka zajmująca się badaniem drzew. Książka Lab girl opowiada o kobiecie, która całe swoje życie związała z badaniami nad rozwojem drzew.

Szalona badaczka.

Autorka właściwie wychowała się w laboratorium, stąd jej żywe zainteresowanie badaniami. Swoją karierę rozpoczęła jako goniec w szpitalu, w którym przynosiła przygotowane leki na sale operacyjne. W końcu awansowała i sama takie mieszanki tworzyła. Ostatecznie jednak trafiła do własnego laboratorium i zaczęła prowadzić badania dotyczące roślin. We wszystkim pomagał jej nieco dziwaczny kolega Bill, z którym mocno się zaprzyjaźniła.


Poświęciła swoim badaniom wszystko – rodzinę, dobre zarobki, piękne mieszkanie. Postawiła na badania wiedząc, że jeśli nie odniesie sukcesu to nic nie zwróci jej tych wszystkich lat i ciężka praca się nie opłaci.

Jak dużo przyrody? 

Miałam nadzieję, że książka będzie naszpikowana ciekawymi informacjami dotyczącymi świata naukowców. Ostatecznie jednak dowiedziałam się niewiele. Można nawet powiedzieć, że była to bardziej egzystencjalna książka, opowiadająca o podejściu człowieka do natury, a nie o badaniu jej.


Autorka mocno skupia się na swoich przeżyciach, odczuciach, a mniej na tym co faktycznie bada. Zdradza nam niewiele szczegółów dotyczących samych badań – raczej zupełne podstawy i ciekawostki bez zagłębiania się w istotę sprawy. Nie wynalazła lekarstwa na raka ani nie odkryła czegoś co zmieniłoby nasze myślenie o roślinach. Miała wzloty i upadki, lepsze i gorsze chwile. Nie poddała się jednak, czerpiąc swoją siłę z pomocy jaką otrzymała od życzliwych osób, Billa, czy wreszcie męża. W książce pokazuje nam swoje dwie twarze – naukowca i kobiety, która cierpi, kocha i dzieli swoje radości z czytelnikiem.


Liczyłam na więcej informacji odnośnie drzew, korzeni, nasionek i innych. Otrzymałam tego stosunkowo niewiele, a jednak się nie rozczarowałam. Przeczytałam tę książkę jednym tchem z największą przyjemnością poznając ciekawe i wesołe przygody Hope i jej przyjaciela Billa. Od czasu do czasu autorka przebąkiwała coś o istocie swoich badań, ale schodziło to trochę na dalszy plan.

Przyjemność przede wszystkim.

Jestem urzeczona Lab girl. Nie dostałam tego, na co się nastawiałam, a mimo to spędziłam kilka naprawdę wspaniałych godzin na czytaniu. Wielokrotnie śmiałam się pod nosem, aż ludzie w autobusie rzucali mi dziwne spojrzenia. Martwiłam się, kiedy autorka przechodziła trudne chwile i kibicowałam jej kiedy ciągle szukała środków na rozwój swojego laboratorium. Lab girl to bardzo przyjemnie i z humorem napisana książka o kobiecie, która musiała zmierzyć się z nieprzychylnym jej płci światem naukowców. Autorka zdradza nam swoje motywy i przekazuje co było jej motorem do walki o swoje marzenia.

Podsumowanie.

Nie spodziewajcie się naukowego traktatu, ani nawet popularno-naukowej rozprawy. Przygotujcie się na ciekawą opowieść człowieka, który dla swojej pasji mógł porzucić wszystko. Dajcie się ponieść ciekawej historii i śmiejcie się ze wszystkich zabawnych sytuacji. Po prostu rozkoszujcie się ciekawą, prostą i finezyjnie napisaną książką o kobiecie naukowcu, drzewach i miłości.

Autor: Hope Jahren
Tytuł: Lab girl
Liczna stron: 423
Wydawnictwo: Kobiece