Kategoria: Recenzja

Dziedzice ziemi

Dziedzice ziemi

Już wspominałam Wam jak wielką miłością obdarzyłam Ildefonso Falconesa, hiszpańskiego autorka powieści historycznych, który szczególnie umiłował sobie XIV wiek. We wrześniu powrócił z kontynuacją słynnej i bestsellerowej Katedry w Barcelonie, a Wydawnictwo Albatros obdarowało mnie nowiusieńką i przepiękną książką Dziedzice ziemi.

Kim jest Hugo Llor?

Chłopiec o imieniu Hugo po stracie ojca otrzymuje pomoc od micer Arnaua Estanyola, poważanego w całej Barcelonie i głównego bohatera Katedry w Bracelonie. Zaczyna pobierać nauki na mistrza szkutniczego nosząc niewolniczą kulę za pewnym Genueńczykiem, który ma go wszystkiego nauczyć. Jego siostra trafia do zakonu, aby tam odbierać wykształcenie i w odpowiednim momencie otrzymać wiano i wyjść dobrze za mąż. Matka natomiast trafia na służbę do rękawicznika. U Falconesa jednak szczęście nie trwa wcale długo i w wyniku zmiany na tronie głowę traci wiele niewinnych osób w tym Arnau. Hugo wpada w tarapaty i już wkrótce okaże się, że większe niż początkowo sądził.


Jego kłopoty są jeszcze bardziej dotkliwsze tym bardziej, że w pewien sposób dotykają również jego bliskich. Próbując rozwiązywać problemy Hugo przysparza sobie ich jeszcze więcej. Wkrótce jednak otrzyma stosowną pomoc od żydowskiego przyjaciela micer Arnaua. Układ sił jednak znów się zmieni i żydzi popadną w niełaskę. A wraz z nimi na dno idzie również Hugo – wraz ze swoją największą miłością.

A to naprawdę dopiero początek.

Kontynuacja, ale może jednak nie?

Na okładce znajdziemy informację, że Dziedzice ziemi to kontynuacja Katedry w Barcelonie, jednak wcale nie trzeba czytać pierwszej części, aby odnaleźć się w drugiej. Kiedy pojawiają się dobrze znane nam z poprzedniego tomu osoby autor i tak wyjaśnia krótko kim byli i co wnieśli do fabuły. Robi to tak sprytnie, że czytelnik nie ma niczego ani podanego na tacy, ani nie odczuwa, że właśnie wepchnięto mu całe mnóstwo informacji. Podobnie jest z historią. Owszem, dowiemy się sporo o prawdziwych wydarzeniach w Hiszpanii i Europie na przełomie XIV i XV wieku, ale będzie to tak podane, że nawet się nie zorientujemy. Próżno szukać tutaj dwustronicowych opisów historii i polityki, czy wyjaśnień wszystkich zawiłości. Dostajemy potężną dawkę wiedzy pomiędzy przygodami i życiem Hugona, dzięki czemu nawet się nie zorientujemy jak dużo już wiemy.


Nie zrażajcie się zatem ci, którzy historii nie lubią. Jeśli kręcą Was dobre powieści, z ciekawą historią i dobrze nakreślonymi bohaterami, to na pewno się nie zawiedziecie.

Nieszczęście za nieszczęściem i nieszczęściem pogania.

Falcones ma to do siebie, że nie tylko umieszcza swoje powieści w burzliwych czasach w samym środku wielkich przemian, ale i mocno naznacza nimi bohaterów. Ktoś zawsze jest mocno wmieszany w historię i odczuwa jej skutki boleśnie. Jeśli bohater właśnie wszedł na szczyt, to zaraz znajdzie się jego wróg, który z przyjemnością zrzuci go na samo dno. Nie ma taryfy ulgowej również dla Hugona, który w sumie jako dziecko i młody chłopak trochę sam prosi się o kłopoty. Ciągle skacze do gardła większym od siebie, ma czasem zupełnie irracjonalne pomysły, zachowuje się wyzywająco i nie słucha dobrych rad. Z czasem na szczęście z tego wyrasta i szybko orientuje się, że zuchwalstwo nie popłaca. Nigdy.

Jest człowiekiem z krwi i kości – kocha i nienawidzi, cieszy się i smuci, pracuje i odpoczywa. Ale jest przede wszystkich dobry – to też rys głównych bohaterów Falconesa. Oni zawsze są sprawiedliwi i nawet jeśli się mszczą, to autor najpierw pokazuje, że mają pełne prawo ponieważ doświadczyli tak dużo. Byłam na to gotowa sięgając po tę książkę i nie zawiodłam się wcale.

Podsumowanie.

Bądźmy szczerzy – Dziedzice ziemi to cegła, ma prawie 900 stron. Doskonale napisana powieść historyczna, wielowątkowa, do pisania której autor jak zwykle dogłębnie studiował historię Barcelony końca XIV wieku. Znajdziecie tam wszystko, czego oczekujecie od trzymającej bez tchu powieści: przeróżnych bohaterów, miłość, nienawiść, zemstę, nagłe zwroty akcji i całe mnóstwo emocji, które targają czytelnikiem. Nie będzie się nudzić, to pewne, jeśli tylko nie boicie się bezbolesnego przyjęcia sporej dawki historii i grubego tomiszcza, którego nie przeczytacie w zatłoczonym autobusie.

Autor: Ildefonso Falcones
Tytuł: Dziedzice ziemi
Liczba stron: 880
Wydawnictwo: Albatros

Ślad po złamanych skrzydłach

Ślad po złamanych skrzydłach

Bałam się tej książki. Skusiła mnie opisem, ale jednak pochodziłam do niej z dystansem. Okazało się jednak, że niepotrzebnie, bo skradła mi serce. Ślad po złamanych skrzydłach porusza najgłębsze struny.

Jakie skrzydła?

Marin, Trisha i Sonya to trzy siostry, które po długich latach spotykają się we trzy wraz z matką nad łóżkiem chorego ojca. Ojca, który był dla nich tyranem – bił wszystkie oprócz Trishy za każde najmniejsze przewinienie (a czasem bez powodu). To dlatego kilka lat wcześniej Sonya uciekła – wyruszyła w długą podróż byle dalej od swojego rodzinnego domu i potwora, który ją prześladował w snach.


Nad łóżkiem ojca jednak będą musiały wszystkie zmierzyć się z bolesną prawdą i cieniami przeszłości i zweryfikować to, co o sobie dotychczas myślały. Nic nie okaże się łatwe, a ponure wspomnienia powrócą ze zdwojoną siłą.

Tak różne jak to tylko możliwe.

Marin to karierowiczka, która musi mieć wszystko zaplanowane. Kiedy jej życie rozsypuje się na drobne kawałeczki – w tym właśnie szuka swojego ratunku. Chce zaplanować kolejne kroki na przekór wszystkim aby uniknąć katastrofy. Nie przejmuje się nawet tym, że często przesadza i swoją pomoc wciska nawet tym, którzy tego nie chcą. Zwłaszcza jej córka Gia.

Trisha ma to, co chciała – idealny dom, który sama urządziła, kochającego męża. Brakuje jej tylko dziecka, ale ciągle nie jest na nie zdecydowana i sama zupełnie nie wie dlaczego. W końcu jednak prawda uderzy w nią z takim impetem, że wywróci jej życie do góry nogami.


Sonya po tym, jak dowiaduje się, że była niechciana wyjeżdża na studia i wraca do domu dopiero kiedy ojciec leży w śpiączce. Całe jej życie to fotografia – chowa się za aparatem jak za tarczą i nie dopuszcza nikogo do siebie. Będzie jednak musiała zmierzyć się z przeszłością i pokonać ją, jeśli chce zdobyć to, czego nigdy mieć nie mogła.

Emocje sięgają zenitu.

Czytałam i nie wierzyłam własnym oczom. Wiem, że przemoc domowa to nie są odosobnione przypadki, ale wciąż nie mogę tego pojąć. Jak ojciec może krzywdzić swoje dzieci bez powodu. Albo matka. To, co wydarzyło się w domu tych trzech młodych kobiet sprawiło, że ich życie na zawsze się zmieniło. Ojciec wyrwał im część nich samych, a zwrot nie był już możliwy. Tylko Trisha miała szczęście być ulubioną córeczką tatusia. Cienie przeszłości jednak sprawiają, że każda z nich nosi inną traumę o której nie informują świata – bo przecież zawsze trzeba było udawać idealną rodzinę. Problemy załatwia się przede wszystkim w domu.

Chociaż Brent nie mówi w czasie książki prawie nic wiem, że go nienawidzę. Skrzywdził swoje córki i żonę bardziej niż ktokolwiek mógł. Ranee, matka to bierny obserwator, który nigdy nie spróbował powstrzymać tragedii udając, że wszystko jest w porządku. Trisha, która nie doświadczyła przemocy ze strony ojca kochała go ponad życie co też mnie denerwowało – bo nie wykorzystała swojej miłości, aby ochronić siostry. Była dla mnie niesympatyczną postacią aż do momentu, kiedy i ona i ja poznałyśmy prawdę.

Książka trzymała mnie w napięciu i na koniec wycisnęła łzy. Byłam przerażona i zachwycona, pochłonęłam ją bardzo szybko. To wszystko, co przeczytałam o przemocy, jakiej doświadczyły bohaterki aż mnie zmroziło. Nie wiedziałam momentami co myśleć i co czuć. Złościłam się, kiedy wszystkie trzy siostry uciekały, chowały się, milczały, albo reagowały tak, jak nie powinny, ale zaraz przypominałam sobie, że to przez traumę. I im współczułam.

Podsumowanie.

Bardzo ciekawa, przyjemna i poruszająca lektura. Znajdziecie w niej mnóstwo nieporadności w życiu, problemów i siostrzanej miłości. Będziecie mogli poprzeklinać na los biednych dziewczyn, poznać co działo się za zamkniętymi drzwiami. Może w pobliżu Was również jest właśnie taka osoba. Rozejrzyjcie się.

Autor: Sejal Badani
Tytuł” Ślad po złamanych skrzydłach”
Liczba stron: 480
Wydawnictwo: Kobiece

Mechaniczny

Mechaniczny

Podeszłam do portalu CzytamPierwszy.pl z entuzjazmem, a po niezbyt udanym romansie z Pyłem Ziemi troszkę się wystraszyłam. Zwłaszcza, że Mechanicznego wybrałam w przypływie emocji. Ale skoro go już mam, to trzeba przeczytać.

Mechaniczni ludzie bez Wolnej Woli. 

Lata 20. XX wieku. Świat podzielony jest na protestanckich Holendrów i katolickich Farancuzów. Holendrzy posiedli jednak bardzo wartościową umiejetność wykonywania mechanicznych służących, na których alchemiczne nałożyli przymus służby pod karą niewyobrażalnego bólu. Geas nałożone przez wypożyczających ich właścicieli narzuca im stuletnią służbę. Silniejsze jednak jest metageas, które nakłada królowa bądź zarządcy.

Francuski król na wygnaniu wraz z papieżem i ich poplecznikami próbują odkryć tajemnice alchemicznie nakładanych geas i uwolnić mechaniczne istoty. To właśnie one w czasie ostatniej wojny doprowadziły do upadku Francji. Praktycznie niezniszczalne i śmiercionośne maszyny, posłuszne swoim panom. Opozycji holenderskiej przewodzi piękna i przebiegła Berenice, która planuje rewolucyjne rozwiązania. I przypadkiem wywołuje wojnę.

Kiedy więc podczas morskiej wyprawy jeden z mechanicznych służących Jax rozbija powierzony mu mikroskop nagle dzięki soczewce odzyskuje wolność. Już nie wiążą go żadne geas, może sam wybierać czego chce. Jeśli jednak zdradzi się – wszystkie mechaniczne maszyny zwrócą się przeciwko niemu. Musi więc swój dar bardzo ukrywać. A to dopiero początek jego kłopotów…

Wiele wątków. 

Nie chcę zbyt wiele Wam zdradzać, więc powiem tyle, że to, co wyjawiłam wyżej to zdecydowanie nie wszystko. Owszem, Jax i Berenice to główne postaci, ale swoją narrację prowadzi także pastor Visser. To co dzieje się ze wszystkimi trzeba osobami to istne szaleństwo – mnogość ciekawych zwrotów akcji, dialogów, opisów, po prostu wszystkiego. Ich losy splatają się ze sobą i łączą w jedną całość, ale szybko ich drogi znów się rozchodzą, by połączyć się później, ale na krótką chwilę. Tam nic nie dzieje się z przypadku, wszystko doskonale przemyślano.

Autor wymyślił świat, jakiego po części się boimy. Stworzył świat maszyn podporządkowanych ludziom, ogarnięty ukrytą wojną, pełnym knowań i przeróżnych układów sił. Byłam bardzo zaciekawiona co się wydarzy i jak potoczą się losy Jaxa, którego strasznie polubiłam.

Berenice, Visser i Jax. 

Trójka głównych bohaterów, każdemu przyglądamy się z bliska. Berenice to arystokratka, członkini Tajnej Rady przy boku francuskiego króla. Rozpoczyna projekt zbadania jedynego znanego jej klakiera (czyli mechanicznego), który pozbył się swoich geas. Nikt jednak nie wyraża na niego zgody, a jeden zły ruch może ją wiele kosztować.


Pastor Visser to katolik, członek tajnej fransukiej siatki w samym sercu wroga – w Hadze. Będzie próbował nadal działać mimo, że ze wszystkich szpiegów pozostał tylko on. Nie spodziewa się jednak, że ściągnie na swoją głowę coś znacznie gorszego niż śmierć.

I wreszcie mój ulubiony Jax. Mechaniczny klakier, jedyny jaki opowiada nam swoją historię. Wiemy więc, że czuje i myśli – nie jest bezmózgą maszyną wykonującą polecenia swoich bogatych państwa. Od pastora Vissera otrzymuje tajemniczy mikroskop, który ma przewieźć przez ocean i dostarczyć pewnemu piekarzowi. Podczas sztormu jednak mikroskop ulega zniszczeniu, a soczewka wyzwala Jaxa. Klakier nie wie co zrobić z Wolną Wolą jaką odzyskał i brakiem geas. Jedyne co wie to, że nie może zdradzić nikomu swojej przemiany.

Zwroty akcji i zakończenie. 

Niesamowicie dużo ciekawych zwrotów akcji, powrotów do wcześniejszych wątków, które nagle składają się na jedną całość. Nie mogłam oderwać się od czytania i bardzo żałowałam, że nie mogę po prostu usiąść i to skończyć i zabrać się za kolejne części. Bo są aż dwie!

Zakończenie zwaliło mnie z nóg, zwłaszcza, że domyslilam się dalszych losów Berenice. A to oznacza, że będzie jeszcze ciekawiej i jeszcze bardziej niebezpiecznie. Mimo, że czasem zachowywała się strasznie głupio i nieodpowiedzialnie za co przypłaciła wysoką cenę – polubiłam ją. A autor wcale nie oszczędził jej i kazał zapłacić jeszcze więcej.

Jedyne co mi się nie podobało to katolickie wstawki – wykorzystanie religii zawsze w jakimś stopniu mnie niepokoi, na dodatek zawsze to śliski grunt. Autor jednak podszedł do tematu poprawnie – nie zbeszczescił niczego. Użył też mocno prawilnych symboli: katolicka Francja i protestancka Holandia.

Podsumowanie. 

Zakochałam się. Książka miała kilka słabszych momentów, ale one dosłownie tonęły w tych dobrych. Podobała mi się kreacja świata, bohaterowie i mechaniczni, który nadawali książce ciekawej oprawy. Jeśli lubicie fantastykę i alchemię – będzie się Wam podobać.

Tytuł: Mechaniczny
Autor: Ian Tregillis
Liczba stron: 468
Wydawnictwo: SQN

Make photography easier

Make photography easier

Kasię Tusk i jej bloga Make Life Easier chyba każdy zna. Nawet jeśli nie śledzi i nie czyta, to wie kto to taki, przynajmniej w blogosferze. Kiedy więc dowiedziałam się, że autorka wydaje książkę o fotografowaniu (a zdjęcia moim zdaniem robi genialne) to nie mogłam jej nie dostać w swoje ręce. Jak więc wypada Make photography easier na tle moich oczekiwań? 


Zróbmy sobie ładną fotkę. 

Fotografią amatorską bardzo interesowałam się w liceum. Zrobiłam nawet kilka naprawdę ciekawych zdjęć. Kiedy jednak postanowiłam wejść do blogosfery wiedziałam, że będę musiała też fotografować. Założyłam bookstagrama a tam szybko zauważyłam, że lepsze zdjęcia mają siłę przebicia. Eksperymentowałam i widziałam coraz lepsze efekty, ale to ciagle nie jest doskonałość do której dążę. 

Kasia Tusk postanowiła zatem podzielić się swoim blogerskim i fotograficznym doświadczeniem i zdradzić co nieco z kulis swojej pracy. W Make photography easier znajdziecie więc porady jak zrobić sobie ładne zdjęcie, jak lepiej na nim wyglądać, jakie wybierać tło, w jaki sposób najlepiej fotografować jedzenie. Rozdziały są dokładnie podzielone na kategorie i opatrzone pięknymi zdjęciami także tymi z przygotowań. 

Dowiedziałam się kilku ciekawych rzeczy, na przykład, że aby powiększyć na zdjęciu optycznie swoje oczy należy przed jego wykonaniem na chwilę je zamknąć – wtedy będą wydawać się większe i bardziej błyszczące. Myślę, że każdy znajdzie tam coś dla siebie. 

Chciałabym więcej. 

Rozczarowałam się, bo oczekiwałam więcej. Więcej treści, zdjęć i porad. Uważam, że możnaby z tego tematu wycisnąć więcej. Może autorka nie chciała zdradzać wszystkich swoich trików, albo ma plan na kolejną książkę. Przeczytałam ją bardzo szybko – 150 stron w jeden wieczór. Dużo zdjęć i tekst kończący się w połowie strony zdecydowanie mi to ułatwiły. Dlatego trochę się rozczarowałam, ponieważ chciałam więcej. Czuję niedosyt i trochę zawód. Książka zdecydowanie mi się podobała i nie żałuję, że ją kupiłam, ale dostałam za mało tego, czego się spodziewałam. Elementarz stylu dostarczył mi tylu ciekawych porad, że sądziłam iż dostanę podobną dawkę wiedzy. Tak się niestety nie stało. 

Podsumowanie. 

Dużo ciekawych porad i mnóstwo pięknych zdjęć. Dużo, ale dla mnie ciagle za mało. Chciałam więcej i czuję niedosyt. Pewnie w tej branży nie można też zdradzać wszystkiego, ale mimo wszystko. Tak to już jest, że jeśli książka jest dobra, to zawsze za szybko się kończy. 

Powinność czy pasja? 

Powinność czy pasja? 

Kiedy w moje ręce wpadła książka Powinność czy pasja: znajdź swoje powołanie i podążaj za nim bardzo się ucieszyłam. Książka była dokładnie taka jak lubię – wypełniona mnóstwem cytatów i motywacyjnych ćwiczeń przepięknie wymalowanych. Myślałam, że wyląduje na samym końcu mojego stosu, ale okazało się, że przeczytałam ją od razu. I trafiła do mojego serca.


Czym jest powinność? 

Większość z nas robi w życiu to, co musi. Elle Luna nazywa to naszym przymusem. Coś musimy jeść, gdzieś mieszkać, a aby mieć na to pieniądze musimy zarabiać. I nie zawsze nasz wybór pada na ciężki chleb jakim jest praca z pasją. Na początku bowiem zawsze jest trudno. Tak właśnie miała autorka – robiła coś, czego nie lubiła, aż przez kilka miesięcy śnił jej się pusty, biały pokój. Rzuciła więc wszystko, wynajęła mieszkanie w innym mieście i zaczęła malować. Przełom powstał kiedy opublikowała artykuł, który mówił dokładnie o tym, o czym książka. W życiu kierujemy się zwykle przymusem i robimy to, co daje nam pieniądze. A powinnismy kierować się powinnością i zarabiać tym, co kochamy. 

Tylko teoria?

Do swojej opowieści i motywacyjnych cytatów Luna dodaje dużo ćwiczeń, które mają pomóc czytelnikowi zamienić przymus na powinność. Znajdziemy więc prośbę o napisanie swoich dwóch nekrologów (ten obecny i ten, który chcielibyśmy mieć) i zastanowienie się kim chcemy być i czemu tacy nie jesteśmy. Mnóstwo ciekawych rzeczy wyciągnęłam ze swojego życia i przekonałam się, że może nie do końca jest powinnością, ale zdecydowanie mniej w nim przymusu niż u szarego człowieka.

Tytuł trochę jest niefortunny. W języku angielskim brzmi The Crossroads of Should and Must: Find and Follow Your Pasion, czyli ni mniej ni więcej ale rozdroże między powinnością a przymusem. I tak tłumaczy to autorka – powinność to coś, co chcemy robić, a przymus to coś co musimy aby przeżyć. W polskim tytule natomiast przeciwstawione są powinność i pasja – czyli dokładnie to samo według nauki autorki. Ktoś tutaj chyba nie zagłębił się w treść. 

 

To jest chwila, moment. 

Uderzyło mnie jedno z pierwszych zdań. „Pomyśl więc, że ta książka trafiła w Twoje ręce akurat teraz, bo tego właśnie chciałeś”. Aż łzy zaszkliły mi się w oczach, bo tak w istocie było. Czasem tak jest, że książka nie musi być wcale wybitna – wystarczy, że trafi na odpowiedni moment w naszym życiu i wszystko się zmienia. Urzekające były też dla mnie cytaty malowane kolorowymi farbami, w trochę dziecięcy sposób. Niezwykle ładnie i motywująco. Format książki i papier, na którym została wydrukowana też bardzo mi odpowiadają – większy niż A4, grube, śliskie kartki, które akurat w tym gatunku są idealne. Książka po prostu mocno chwyciła mnie za serce i rzuciła mną o podłogę. Jakie to wszystko proste. Niestety, w teorii. 


Podsumowanie. 

To nie jest standardowa książka. Nie znajdziecie tutaj wciągającej fabuły i znakomitych bohaterów. Ale jeśli będziecie jej potrzebować – wpadnie Wam w ręce i skradnie serce. Jeśli przy okazji Wasza powinność przebije się ponad przymus i będziecie zarabiać na tym, co kochacie najbardziej robić, to nic tylko się cieszyć. I to znak, że Elle Luna odniosła sukces. 

Autor: Elle Luna
Tytuł: Powinność czy pasja: znajdź swoje powołanie i pożądaj za nim
Liczba stron: 150
Wydawnictwo: Helion 

Za egzemplarz dziękuję wydanwictwu Helion. 

List z przeszłości 

List z przeszłości 

Zostałam zaproszona do tajemniczej, detektywistycznej zabawy z której postanowiłam zrezygnować po przeczytaniu książki… List z przeszłości miał być zaskakująca, detektywistyczną powieścią obyczajową. Był jednak pogmatwaną, niedopowiedzianą historią z najbardziej irytującą główną bohaterką.

Pomieszane z poplątaniem.

Lexy Shaw właśnie straciła matkę i przyszywaną babkę. Wyrusza więc do Edynburga, aby uporządkować sprawy Ursuli – ale także jak się okaże odebrać nietypowy spadek. Teczka z listami i dokumentami ma pomóc dziewczynie odnaleźć zaginioną rodzinę aż w Afryce.


Głównym wątkiem jest historia sprzed lat mająca wyjaśnić pewne sprawy. Trzy przyjaciółki Ursula, Helen i Evie skrywają mroczny sekret, który zmienił życie mnóstwa osób. Prawdę próbuje poznać po latach Lexy, córka zmarłej Isobel, jednak ktoś próbuje jej w tym przeszkodzić.

Wątków dodatkowych jest mnóstwo, a w większości nie za bardzo łączą się w jedną całość. A jeśli już to jest to toporne i niezbyt zgrabne. Nowe postaci pojawiają się na scenie niespodziewanie, bez ładu i składu i jakiegokolwiek wyjaśnienia.

Irytująca bohaterka. 

Chyba najgorsze co przydarzyło się tej historii to Lexy. Jest tak straszliwie irytująca, że to aż boli. Naciska, wtyka nos w nie swoje sprawy, wypytuje, męczy umierającą staruszkę, krzyczy na nią, olewa byłego, który stara się jej pomóc. Najgorsze chyba było to, jak się zachowywała w stosunku do niego. Kiedy on próbuje jej pomóc (na jej wyraźną prośbę, albo dlatego, że ona swoje własne sprawy olała), to ona irytuje się conajmniej tak, jakby to on się jej narzucał.


W teczce od Ursuli ma wszystkie tajemnice jak na dłoni, ale nie kłopoci się i nie zagląda do nich lub robi to z ociąganiem. Zamiast najpierw zerknąć właśnie tam, to wszystkie informacje próbuje zdobyć za wszelką cenę od innych osób. Jedno zaproszenie na popołudniowy spacer od zupełnie obcego mężczyzny sprawia, że Lexy już drży na myśl, że mogłaby go w sobie rozkochać (cóż za skromność!). Swojego byłego zbywa przy każdej okazji, ale kiedy on akurat nie ratuje jej tyłka wzdycha do niego i tęskni. Zaskoczyło mnie również to, że Lexy zadawała sobie pytania o pochodzenie wszystkich dookoła, ale nigdy nie zastanawiała się skąd wzięła się u Ursuli jej matka.

Wypijmy za błędy. 

Mówią, że Polacy nie potrafią poprawnie mówić i pisać, bo czytają zbyt mało książek. Ale jeśli nawet czytaliby to co naskrobala Mairi Wilson (albo tłumacz) to zdecydowanie nie poprawiliby swojej polszczyzny. Tak złej książki dawno nie czytałam. Po pierwsze: używanie słowa klamczyni jest dla mnie jakaś abstrakcją. W którym my wieku żyjemy? Dodatkowo: „co ją wściekało”, „wyglądała wystarczająco szacownie jak na odwiedziny w szpitalu” – serio?!, „Helen nie groziło już żadne bezpieczeństwo”, a straszliwe przekleństwo to „do cholery”. Momentami byłam po prostu przerażona poziomem językowym tej książki. Niedopracowana, źle przetłumaczona. Na początku zatrzęsienie wszystkich znanych przysłów irytowało równie mocno co Lexy.


Podsumowanie. 

Zdecydowanie odradzam. Poplątana historia, często niespójna, tragiczne błędy językowe utrudniające czytanie, irytująca główna bohaterka. W połowie książki zaczęłam być po prostu wściekła, że to wszystko tak się źle toczy i że muszę w ogóle to czytać. Ale stało się – ku przestrodze innych czytelników. Tak złej książki chyba dawno nie czytam.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Kobiece.

8 powodów dla których musisz przeczytać „Dżentelmena w Moskwie”

8 powodów dla których musisz przeczytać „Dżentelmena w Moskwie”

Dzisiaj swoją premierę ma wyjątkowa dla mnie książka Dżentelmen w Moskwie. Z tej okazji mam dla Was 8 powodów dla których warto ją przeczytać. A raczej jak w sądzie 8 powodów i powódek, którzy Wam ją polecą – bo powodów podają o wiele więcej.

1. Maobmaze

Dżentelmen w Moskwie to cudowna historia, napisana pięknym językiem. Glowny bohater skradł moje serce! Pomimo tego, że został pozbawiony wszystkiego co do tej pory sprawiało mu przyjemność, pozostał dżentelmenem w najczystszej postaci. Bez względu na okoliczności zawsze pokazywał się z najlepszej strony.

Polecam tę książkę z całego serca! Ciekawa fabuła, cudownie wykreowani bohaterowie i piękna okładka- to wszystko sprawia, że Dżentelmena w Moskwie czyta się z przyjemnością.

2. Mieszkająca między literkami 

Sięgając po książke Dżentelem w Moskwie miałam małe obawy czy podołam, czy zrozumiem czy przeczytam? Wyszło, że były bezpodstawne, ponieważ książkajest napisana  tak pięknym, aczkolwiek łatwym do zrozumienia językiem, że magia słów przenosi nas w tamten okres czasu, aby przeżyć każdą chwilę u boku głównego bohatera. Napomknę, że główny bohater to taki pokrój osób, które uwielbia się już od pierwszych stron nowej powieści. Otwarty, serdeczny, dobroduszny, pomocny, obeznany w wielu kwestiach życia, dżentelmen w każdym najmniejszym calu. Według mnie warto przeczytać tę książke głównie dlatego, aby zrozumieć i zauważyć, że małe rzeczy mogą przynieść nam o wiele więcej radości z życia niż te wielkie, które często są cieżko osiągalne. Ale i możemy dowiedzieć się co nieco z histroii Rosji, wspaniałych potraw czy wykwintnych win. Jednym zdaniem, polecam książke tego autora, dzięki której poszerzycie swoje horyzonty i to w niejednym kierunku.

3. Gosia z bloga wyznaniaksiazkoholiczki

Życiem rządzą przypadki. Właśnie z powodu jednego z nich trafił do mnie „Dżentelmen w Moskwie”. Zaczynałam czytać nie mając większych wymagań. To, co otrzymałam, przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Powieść jest pełna inteligentnego poczucia humoru – nie są to żarty wywołujące głośny, niepohamowany śmiech, raczej takie, które pozostawią na ustach czytelnika wyraz czystej satysfakcji. Autor bawi się z nami niedopowiedzeniami, pozwala łączyć ze sobą fakty, pozostawia dowolność interpretacji niektórych wydarzeń, używając licznych metafor. Mnogość nawiązań do świata kultury i sztuki zadowoli nawet najbardziej wymagających, innych skłoni do przestudiowania podjętych w dyskusjach tematów. Towles wcale nie wpuszcza nas do głowy głównego bohatera – pozwala jedynie obserwować jego czyny, od czasu do czasu rzucając uwagę pozostawiającą wiele pytań. Do samego końca nie wiedziałam, o czym tak naprawdę jest ta powieść. Dopiero w momencie przeczytania zakończenia uświadomiłam sobie, jak bardzo przemyślane było każde wydarzenie, zdanie, pojawiający się na chwilę bohater. Niespodziewanie najnowsza powieść Amora Towlesa okazała się jedną z najlepszych książek, które czytałam, nie tylko w tym roku. Osadzona w ciekawych czasach historia Rostowa skłoniła mnie do myślenia, wrócę do niej nie raz. Jestem pewna, że każde kolejne spotkanie z tą książką pozwoli mi odkryć w niej coś nowego. Polecam!

4. Marta bibliofilembyc

Dżentelmen w Moskwie budzi podziw swoim klimatem, językiem, kreacją bohaterów, subtelnym humorem. Chociaż akcja dzieje się w czasach po upadku caratu i dojściu do władzy bolszewików, ta powieść ma w sobie wiele z Tołstoja i innych mistrzów rosyjskiej literatury. Dla miłośników Rosji to lektura obowiązkowa. Dla mnie to najlepsza książka, jaką przeczytałam w tym roku!

5. She volf czyta

Jeśli czytacie książki dla czegoś więcej niż kolejna recenzja, jeśli czytacie je nie dlatego, że wszyscy inni to robią, jeśli książka to dla was coś więcej niż element bookstagramowej czy blogowej przygody, jeśli w książce szukacie piękna klasycznej literatury, jeśli chcecie choć na chwilę wejść do tego niesamowitego świata, o którym mam wrażenie, że kompletnie zapomnieliśmy w tym szaleńczym biegu jakim jest nasze życie, to jest to książka dla Was. Ja wiem, że do Dżentelmena w Moskwie wrócę jeszcze nie raz i nie dwa, z kubkiem gorącej herbaty i słonymi paluszkami.

6. Beata Kobiela 

Dżentelmen w Moskwie to opowieść niezwykła. Wręcz magiczna. Autor porwał mnie w zupełnie inny, ale jakże bliski świat. Ta opowieść ma taki specyficzny klimat. Czytasz i marzysz aby ta historia się nigdy nie kończyła… bo chcesz tam być, w tym małym świecie razem z bohaterami. Jeśli naprawdę chcecie oderwać się od codzienności, polecam Wam to dzieło! Tak dzieło! Odkrycie tego roku.

7. Ver reads

W Dżentelmenie w Moskwie najbardziej urzekło mnie zobrazowanie, w jaki sposób człowiek potrafi całkowicie przewartościować swoje życie. Hrabia został zmuszony do zrezygnowania z codziennych wygód, które do tej pory wydawały mu się wręcz niezbędne do życia. Jednak mimo wszystko znakomicie odnalazł się w nowym otoczeniu, a jednocześnie nie stracił pogody ducha, nie zatracił samego siebie. Jak wspomniał „… ostatecznie to właśnie niewygody okazały się dla mnie najważniejsze”, co moim zdaniem jest idealnym podsumowaniem całej książki. Ukazuje, że pomimo przeciwności losu można pozostać sobą i, co najważniejsze, najzwyczajniej być szczęśliwym.

8. Ja

Nie miałam złudzeń, że Dżentelmen w Moskwie będzie powieścią, która skradnie moje serce. Wiedziałam to już od pierwszej strony. Genialny, pełen uroku osobistego i dobrych manier hrabia Rostow stał się dla mnie niemalże przyjacielem. Po prostu musicie przeczytać tę książkę! To prawdziwa gratka dla tych, którzy lubią klasyczną rosyjską literaturę i klimat Grand Budapest Hotel tylko w bardziej poważnym wydaniu.

Jeśli ciagle zastanawiacie się czy warto sięgnąć po tę książkę to powiem Wam na koniec, że nie pożałujecie. Jeśli nie zadowoli Was treść, to z pewnością zrobi go przepiękna, złota okładka.

Dziękuję wszystkim, którzy zechcieli podzielić się z nami swoimi przemyśleniami dotyczącymi książki! Jesteście nieocenieni.

Premiera już dzisiaj, więc pędźcie do księgarni!

Pył Ziemi

Pył Ziemi

Jakiś czas temu przeczytałam u kogoś na blogu recenzję tej książki i zachwycona uznałam, że to coś dla mnie. Kiedy więc na portalu CzytamPierwszy.pl zauważyłam w ofercie tę książkę – nie zastanawiałam się ani chwili. Długo odkładałam lekturę, ale dzisiaj ostatecznie przeczytałam wszystko. I jestem bardzo rozczarowana.

Pył naszej Ziemi. 

Lilo i Rez to przedstawiciele gatunku ludzkiego, który przetrwał na niezniszczalnym statku w kosmosie. Przybywają na Ziemię w poszukiwaniu Biblioteki Snów, chociaż nie od razu zdradzają czytelnikowi po co. Na swojej drodze spotykają wiele osób, zostają nawet wielokrotnie zaatakowani – ale w wyniku długiej ewolucji i zaawansowanej techniki są niezniszczalni. Ich ciała potrafią się leczyć, a nawet wskrzeszać. Trafiają do osnutego trującą mgłą Londynu i tam poznają nowy świat z pomocą Jacka Valentine. Co ciekawe – przybywając na Ziemię sadzili, że wszyscy zginęli.

70 milionów ludzi zostało wystrzelonych w kosmos w XXIV wieku, ponieważ Ziemi groziła zagłada. Przez wiele stuleci statek dryfował w kosmosie odkrywając jego tajniki. Na jego pokładzie działo się wszystko – od pokoju po wojnę, od normalnej egzystencji po sterylizację wszystkich i ulepszenia genetyczne. W końcu zakazano rozmnażania się na przepełnionym statku, a Lilo i Rez to ostatnie dzieci.

Książka miała być o wiele dłuższa? 

Autor zawarł w Pyle Ziemi mnóstwo wątków – tajemniczego plemienia żyjącego w prymitywnych warunkach, Jacka Valentine, pochłoniętego mgłą Londynu, królowej Lys i wreszcie niezniszczalnego statku i rodzaju ludzkiego w kosmosie. Momentami czułam się w tym wszystkich zagubiona i nie do końca wiedziałam o co chodzi. Odnosilam często wrazenie, że autor prześlizguje się po temacie – jakby zaawansowane technicznie sprawy trochę pomijał. Wyobrażamy sobie jak będzie wyglądał świat za miliony lat, ale chyba bez wnikliwej wiedzy technicznej nie jesteśmy w stanie tego zrozumieć. I opisać. Niektóre wyjaśnienia technicznych rozwiązań były jakby wymruczane pod nosem – niedokładne, chybione, nietrafne. Nie potrafiłam zbudować przez to świata. Często też odnosiłam wrażenie, jakby książka była o wiele dłuższa, ale ktoś z góry założył, że ma mieć 319 stron i ani jednej więcej, więc powycinał niektóre fragmenty. Przez to świat przedstawiony czasem nie trzymał się kupy, a niektóre osoby i zjawiska pojawiały się z czapy.

Niektóre techniczne terminy w ogóle nie były wyjaśnione, co mnie osobiście sprawiało kłopoty w zrozumieniu co tak naprawdę dzieje się z bohaterami. Miałam jednak wrażenie, że autor nie wyjaśnia ich nie dlatego, że zakłada iż ja to wiem, ale dlatego, że on sam tego nie wie.

Zastanawia mnie też dlaczego Jack Valentine, prawowity dziedzic tronu nie walczy o niego od początku. Żyje sobie na zesłaniu w Londynie i ma gdzieś rządzenie. Ale jak tylko Rez mu o tym przypomina – Jack natychmiast postanawia powalczyć o tron. Przecież jest jego! Wczas, panie Valentine, no naprawdę. Był mimo to postacią, która bardzo mi się spodobała – miała cięte riposty na każdą okazję, była wyrazista i bardzo interesująca. Polubiłam też trochę sarkastyczną Lilo.

Całą historię poznajemy z perspektywy Reza, który w moim odczuciu był nieco zachowawczy i nie do końca ujawnił się ze wszystkim. Ostatecznie i tak okazuje się, że to wszystko było trochę farsą, a czytelnik pozostawał na jakimś niższym poziomie incepcji, co bardzo mnie zaskoczyło. I bardzo mi się spodobało.

Dlaczego mi pan to zrobił? 

Książka Rafała Cichowskiego wypadłby znacznie lepiej, gdyby światy przedstawionemu poświęciłby nieco więcej miejsca. Trochę wyjaśnienień technologicznych oraz pokazanie czytelnikowi, że świat istnieje poza niezniszczalnym statkiem i najbliższą okolocą Londynu i Aurory (siedziby królowej Lys). Fragmentaryczne braki ukazywały dziwne dziury w fabule, co znacznie utrudniało czytanie. Potencjał ten książki był ogromny i uważam, że mocno zmarnowany. Długo czytałam tę książkę i chociaż nie można powiedzieć, że był to całkiem zmarnowany czas, to książka na pewno nie zagości w moim sercu na dłużej.

Czy były jakieś pozytywy? 

Oczywiście wiele rzeczy mogę zarzucić tej książce, ale nie jest tak, że wszystko mi się nie podobało. Gratuluję autorowi pomysłu, bo jest nieprzeciętny i naprawdę ciekawy. Kreacja głównych bohaterów, czyli Lilo, Reza, Jacka i może jeszcze doktora Hilariusa była całkiem przyjemna – każda postać była inna, dobrze nakreślona i wyrazista. Podobał mi się też cięty język Jacka, który wprowadzał sporo zamieszania i przyjemnych dialogów. Tym bardziej przez te pozytywy żałuję, że książka ostatecznie nie trafiła do mnie.

Podsumowanie. 

Duży potencjał, więc mam nadzieję, że kolejne książki pana Cichowskiego będą o wiele lepsze. Pył Ziemi jednak mimo dobrego pomysłu był trochę niedopowiedziany, a świat przedstawiony za mało dopracowany jak na tak zaawansowaną technicznie książkę. Dobre przygotowanie przed pisaniem to zawsze podstawa.

Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu SQN i portalowi czytampierwszy.pl

Eat pretty – jedz i wyglądaj pięknie! 

Eat pretty – jedz i wyglądaj pięknie! 

Książka Eat pretty kurzyła się na mojej półce już od dłuższego czasu, jednak moje problemy z cerą przyspieszyły sięgniecie po nią. Przeczytałam całkiem sporo książek o dobrej diecie, która ma mieć zbawienny wpływ na mój organizm. Nie jestem człowiekiem odżywiającym się mega zdrowo (chociaż niezdrowo bardzo też nie), ale czasem staram się trochę zmienić swoj styl życia.

Piękna dieta i piękne wydanie. 

Eat pretty Jolene Hart to przede wszystkim pięknie wydana książka – mnóstwo kwiatów, piękna wyściółka i okładka przypominająca wiosenny ogród. Lubię też ten trochę zbliżony do kwadratu format. Cała szata graficzna zdecydowanie do mnie przemówiła – lubię takie niby ręczne obrazki, proste kwiaty i pastele. Wiele porad znalazło się w osobnych, estetycznych ramkach, a kartki były nieco grubsze niż normalnie. Po prostu cud miód i orzeszki!

Sama Jolene zna się na tym, co pisze. Dieta, którą opracowała została oparta o jej własne doświadczenia. Jako redaktorka w magazynie urodowym miała bardzo złą cerę, która nie była jej wizytówką. Postanowiła zmienić nieco swoje życie i wprowadziła zmiany do diety.

No to z czego muszę znowu zrezygnować? 

Nauczyłam się już, aby nie brać każdej takiej diety w całości, a wybierać to, co dla mnie dobre (oczywiście w granicach rozsądku). Nie oznacza to, że skoro ktoś nakazuje mi nie jeść słodyczy, fast foodów i przetworzonej żywności, to rezygnuję wybiórczo z hamburgera, konserw i batoników, ale czekoladę i frytki zostawiam. Racjonalnie staram się podchodzić do wszystkiego i pozwalam sobie czasem (to znaczy raz w miesiącu) lekko zgrzeszyć. Kiedy więc przeczytałam w Eat pretty, że mięso to zło postanowiłam pominąć ten fakt, ponieważ ile dietetyków tyle opinii. Niektórzy uważają mięso za niezbędne do prawidłowego rozwoju, inni, że jest szkodliwe, a jeszcze inni odmawiają go z przyczyn ideologicznych. Skoro tyle jest opinii ja stosuję się do własnej i jem mięso, szanując tych, którzy tego nie robią. Nie postanowiłam też wprowadzić do diety wszystkiego, co proponowała Jolene, ale zaznaczyłam całkiem sporo stron, do których się zastosuję.


Z czym to się je?

Książka podzielona jest na kilka rozdziałów. Najpierw przekonacie się co Wam szkodzi i jak niektóre produkty działają na nasz organizm – i pozytywnie i negatywnie. Następnie autorka przeprowadzi Was przez kilka prostych tabel z ważnymi informacjami dotyczącymi tego co jesz. Wreszcie traficie na najbardziej rozbudowaną i chyba najważniejszą część – pory roku. Tam znajdziecie opis każdej z nich, na jakie części naszego organizmu powinniśmy zwrócić szczególną uwagę i jakie produkty sezonowe należy w tym czasie jeść. Jest tego mnóstwo – od egzotycznych rzeczy o których nawet nie słyszałam, przez typowo wegańskie aż do zwykłych, które w Polsce są łatwo dostępne i zapewne każdy z nas czasem po nie sięga. Skupiłam się więc na tym, czego mnie brakuje w swoim wyglądzie, o co muszę zadbać oraz na produktach, które lubię i znam. Postanowiłam wprowadzić je do diety szturmem i w dużych ilościach, a nie tak jak do tej pory w śladowych.

Ostatni rozdział jest jakby podsumowaniem i radami co należałoby zrobić, aby Eat pretty dobrze wcielić w życie. Autorka pisze jak dobrze oddychać, radzić sobie ze stresem i efektywnie spać. Dowiemy się wielu ciekawych rzeczy o własnym rozwoju i będziemy mogli sami ocenić jak dbamy o swoj organizm.

Czy mnie ta dieta pomogła? 

Po pierwsze stosuję ją krótko i nie ukrywajmy – dosyć wybiórczo, nie będę więc obiektywna. Za kilka miesięcy powiem Wam jak na mnie wpłynęła, ale już teraz mogę powiedzieć, że niektóre rozwiązania są genialne. I okazało się, że wcale tak źle się nie odżywiam. Zdecydowanie mnóstwo rad autorki jest jednak racjonalnych i dobrych dla nas – nie wymyśla niestworzonych i drogich produktów, ale nakazuje korzystać z tych sezonowych. Dzięki temu nie wydamy mnóstwa pieniędzy. Przeszkadzało mi tylko jedno – ciagle wspominanie, że łosoś powinien być dziki, jajka organiczne, marchewka też i w ogóle. To ciągle podkreślanie produktów eko było trochę męczące – dla mnie wystarczyłoby, aby autorka zaznaczyła ten fakt na początku książki. Chociaż i tak wydaje mi się, że większość z nas zdaje sobie sprawę, że aby produkty były zdrowe nie można kupować ich byle gdzie. Z drugiej strony nie dajmy się z wariować i nie jedźmy po kurczaka na ekologiczną farmę i tak dalej.

Podsumowanie. 

Pięknie wydana i w sumie całkiem mądra książka dająca mi poczucie, że niewielkim kosztem mogę żyć zdrowiej. Dało mi to nie tylko do myślenia, ale pozwoliło przekonać się, że drobne modyfikacje mogą naprawdę mi pomóc, chociaż pewnie według większości dietetyków jedzenie razowego chleba, warzyw i owoców z supermarketu, mięsa, makaronów i innych są dla mnie zabójstwem, ja jednak racjonalnie wybiorę to, co dla mnie dobre.

Jeśli więc dręczą Was jakieś problemy zdrowotne możecie śmiało skorzystać z Eat pretty! 

Aplikacje książkoholika

Aplikacje książkoholika

Dzisiaj w dobie komputerów i smartphonów mnóstwo książkoholików używa bardzo wielu aplikacji, które pomagają czytać, notować swoje postępy i ilość przeczytanych książek, obserwować innych czytelników, a nawet publikować swoje własne recenzje. Nie inaczej jest ze mną. Mnóstwo czasu spędzam poza domem, więc z komputera korzystam stosunkowo rzadko (nie wiem tylko po co kupiłam niedawno nowy). Telefon stał się więc chcąc niechcąc moim narzędziem pracy i radości. Pokaże Wam dzisiaj z czego korzystam aby moje książkoholicze życie było o wiele łatwiejsze. 

1. Popularne aplikacje społecznościowe.

Mam tutaj na myśli Facebooka, Snapchata, ale przede wszystkim Instagrama, z którego korzystam zdecydowanie najczęściej. To tam wrzucam zdjęcia, komentuję i podglądam innych – co wstawiają na tablicę i na story, co aktualnie czytają, co właśnie przyszło do nich do domu. Uwielbiam tę aplikację i chociaż ostatnio obraca się bardzo wokół pieniędzy to nadal chętnie tam zaglądam. 

2. Aplikacja do czytania ebooków. 

iPhone ma cudowną aplikację, nazywającą się bardzo odkrywczo iBooks, na której czytam wszystkie ebooki. Ciekawie dzieli pdfy, odtwarza wszystkie rozszerzenia oprócz .mobi (dziwne, że Apple i Kindle jeszcze ze sobą nie współpracują), ściemnia i rozjaśnia automatycznie ekran dostosowując się do oświetlenia. Znakomicie też przewija strony i zapamiętuje gdzie skończyliśmy. Brakuje mi tylko całkiem przydatnej funkcji – ile procentowo zostało nam książki i ile szacunkowo będziemy ją jeszcze czytać. Taką funkcję ma mój Kindle i jestem nią zachwycona (mała rzecz a cieszy). 


3. Aplikacje do obsługi blogów. 

Aby napisać tę notkę weszłam w aplikację WordPress, którą zainstalowałam już na początku blogerskiej kariery. Mam tutaj wszystko pod ręką – kokpit i blogi, które obserwuje. Ta aplikacja jednak nie aktualizuje mojego czytnika innych blogerów tak często jakbym chciała i wiele mi umykało, więc przerzuciłam się na coś innego. I tutaj polecam serdecznię aplikację Bloglovin, gdzie mam zbiór wszystkich ciekawiących mnie blogów. Dostaję powiadomienia o każdym nowym poście, więc jestem na bieżąco.

 

4. Aplikacje graficzne. 

Mój konik. Po prostu kocham te aplikacje, które dają mi mnóstwo radości. Mam oczywiście Pinteresta i Zszywkę. Korzystam też bardzo dużo z Canvy, Titlepic, Repost i Layout. Swoje logo stworzyłam w prostej aplikacji Sketches – polecam pobawić się nią, jest naprawdę bardzo ciekawa. Do obróbki zdjęć używam też mało popularnego, ale bardzo dobrego programu Snapseed. Dzięki Polly z bloga pollyflorence.co.uk zainstalowałam również pierwszą płatną aplikację Afterlight, która okazała się wprost genialna! A kosztowała tylko 5 zł.



5. Aplikacje wspomagające. 

Oczywiście nie obyłoby się bez kilku dodatkowych rzeczy, które wspomagają mnie przy pracy i zabawie. Używam InsFollowers do śledzenia wszystkich podczas konkursów (dużo osób przychodzi tylko po to, żeby wygrać książkę, a potem blokuje mnie). Dodatkowo pomagam sobie Spotify, Goodreads i Issuu, gdzie czytam czasopismo dla blogerów. 

Co kryje Twój telefon? 

Odkryłam, że to potężne narzędzie, które nie tylko służy do dzwonienia. Tutaj mam wszystko w jednym miejscu – mogę przejrzeć wiadomości, skontaktować się z bliskimi, zrobić ciekawe zdjęcia, zabić czas na przystanku, posłuchać muzyki, przejrzeć pocztę i umówić się do lekarza. Szybko zorientowałam się, że dobry telefon plus nielimitowany internet sprawią, że wszystkie moje blogerskie sprawy załatwię na przykład podczas przemieszczania się – praca, Krakus, dom. To ważne, ponieważ czasu u mnie jak na lekarstwo, a z wiekiem coraz gorzej sobie radzę z jego organizacją. 

Macie jeszcze coś ważnego, co powinnam mieć  – a nie mam? Mam nadzieję, że Wy również w tym zbiorze znajdziecie coś ciekawego dla siebie.