Recenzja

Czym są dla mnie dobre maniery?

Dzień dobry, do widzenia, proszę i przepraszam. To niby tylko słowa, ale tak naprawdę wiele mówią o tym, jakimi jesteśmy ludźmi, czy potrafimy się zachować, czy też prezentujemy klasyczny rodzaj gbura. Porozmawiajmy zatem o… dobrych manierach.


Czym są dla mnie dobre maniery?

W telegraficznym skrócie: zwykła, ludzka empatia dla innych, także dla zwierząt. Trzeba brać pod uwagę, że swoim nietaktownym zachowaniem możemy kogoś skrzywdzić, albo zwyczajnie urazić. Najlepiej trzymać się zasady: nie czyń drugiemu co tobie niemiłe. Jeśli więc chcielibyśmy, żeby naszej babci ktoś ustąpił miejsca w tramwaju, to sami też tak zróbmy. Chcemy aby ludzie zwracali się do nas z szacunkiem, a nie warczeli bez powodu? A więc zachowujmy się tak, jakbyśmy sami chcieli zostać potraktowani. Moim zdaniem to najlepszy sposób – pomijając skrajne przypadki kiedy ktoś ma kompletnie w nosie jak traktują go inni.

Uśmiechajmy się więc, nie warczmy na siebie, mówmy sobie dzień dobryprzepraszam, gdy kogoś nadepniemy w autobusie. Nic tak nie irytuje jak ktoś, kto zrobił nam coś złego, nawet niewielką rzecz, a udaje, że znajduje się w innym wymiarze i wcale nic się nie stało. Może nie mamy złamanej nogi, ale zwykłe przepraszam znacznie polepsza zdanie innych o nas.


Nie każdy jednak jest idealny, a czasem ma po prostu zły dzień. Są jednak rzeczy, które irytują mnie wyjątkowo i uważam, że nawet jeśli czujemy się źle powinniśmy jakoś się w takich sytuacjach zachowywać. Byle jak, ale jednak się zachowywać.

1. Najgorsze zło tego świata: pasażerowie – właściciele środków komunikacji miejskiej.

Codziennie rano jeżdżę autobusem do pracy, wcześniej na studiach również przemieszczałam się transportem zbiorowym. Stąd wiem, że najbardziej irytujący są dla pasażerów współpasażerowie. Ci, którzy wsiadając do autobusu/tramwaju/metra/trolejbusu/pociągu nie rozumieją, że najpierw się wysiada, głównie ze względów praktycznych. Kiedy ktoś wysiądzie z autobusu, automatycznie zrobi się trochę miejsca na kolejnego, wsiadającego pasażera.

Irytujący są również Ci, którzy „zaraz wysiadają”. Byłam raz świadkiem sytuacji wręcz kuriozalnej – w autobusie zepsuły się tylne drzwi, a ścisk był większy niż zwykle. Kiedy odkryłam, że z tyłu można dosłownie leżeć na podłodze, natychmiast tam przeszłam (oczywiście przez dziesięć osób, które bały się odejść od działających drzwi dalej niż dwa metry w obawie o własne życie). Kilka osób na kolejnych przystankach zrobiło dokładnie tak jak ja, znajdując nawet miejsca do siedzenia! Przez całą trasę obserwowałam jak wiele osób nie wsiada do zatłoczonego autobusu, ponieważ jeden z panów stanął w przejściu i zatarasował je dla innych. Kiedy zapytałam go dlaczego się nie przesunie, bo wiele osób nie może wsiąść do autobusu odparł nieśmiertelne „ja zaraz wysiadam” po czym przejechał razem ze mną sześć następnych przystanków…

Autobus to miejsce publiczne, to znaczy, że może z niego korzystać każdy. Znajdźmy sobie więc takie miejsce, aby inni też mogli z niego korzystać. Jeśli mamy natomiast zamiar wsiąść do autobusu – wystarczy stanąć z boku drzwi i poczekać trzydzieści sekund.

2. „Gentelmeni” na chodniku.

Mamy równouprawnienie, co panowie uwielbiają podkreślać zawsze wtedy, kiedy trzeba ponieść coś ciężkiego. Nigdy nie mam ochoty tłumaczyć, że w równouprawnieniu nie chodzi o pracę na tych samych warunkach w kopalni, ale o ludzkie i równe traktowanie, którego nierzadko brakowało. Jednak kiedy czasem idę chodnikiem, a z naprzeciwka idzie trzech panów, przytulonych ramię do ramienia jak trojaczki syjamskie to wkurza mnie, że muszę zejść im z drogi inaczej mnie stratują (i przy okazji moje ciężkie zakupy). Albo jak przepychają się w drzwiach, byle jak najszybciej i po trupach dotrzeć do celu. Nie będę się z nikim bić, ale to naprawdę źle wygląda, panowie. Czasem wasza siła też się przydaje, kiedy próbuję wsadzić na półkę w pociągu ciężką walizkę, a każdy mężczyzna odwraca wzrok, mocniej wciskając słuchawki do uszu byle tylko nie usłyszeć mojego przepraszam, czy mógłby mi pan pomóc…?

3. Słucham cię, słucham…

I największa zmora, której wręcz nienawidzę. Niesłuchanie ludzi, z którymi się rozmawia. Taki obrazek: grupa osób, rozmawiają, każdy z jedną, dwiema najbliższymi osobami. W jednym kręgu ktoś zaczyna coś opowiadać i osoba, do której mówi nagle… odwraca się i zaczyna rozmawiać z kimś innym. To nietaktowne, brzydkie i okropne. Szczególnie dla osoby, która właśnie została olana. Zawsze, nawet jeśli ktoś przerywa mi słuchanie staram się mimo wszystko zakończyć rozmowę. Proszę wtedy osobę, która się wtrąca, aby chwilę poczekała, wysłuchuję wszystkiego, co dana osoba ma mi do powiedzenia i wtedy zwracam się do tej drugiej. Chyba, że to coś niecierpiącego zwłoki i krótkiego, wtedy przepraszam pierwszego rozmówce. Nie zawsze to wychodzi – czasem w ferworze emocji, imprezy czy innych okoliczności wszyscy pod tym względem zawodzą, ale zatrważająca jest skala tego, co się dzieje. A jeśli nie mamy ochoty z kimś rozmawiać, wystarczy przeprosić tę osobę, wymigać się toaletą, albo obiecać dokończenie tematu później.

Co skłoniło mnie do tego długiego wywodu? Przeczytałam właśnie książkę o dobrych manierach autora bloga dobremaniery24 Adama Jarczyńskiego, który jest związany jest z branżą public relations, ale także z protokołem dyplomatycznym. Często wypowiada się na tematy co wypada, a co nie, konsultuje także wiele prestiżowych wydarzeń pod kątem dobrego zachowania. Swoje doświadczenia wyniósł z domu, ale szlifował je wśród wielu dyplomatów. Na jego książkę Z klasą, na luzie. Dobre maniery, zdrowy rozsądek i sztuka łamania zasad trafiłam zupełnie przypadkiem. W większości zasady przedstawiane przez autora są mi znane i stosuje je w swoim życiu (albo przynajmniej się staram), ale o wielu dowiedziałam się z książki.


Czy wiedzieliście że… kolor brązowy zarezerwowany był w Anglii dla chłopstwa? Na tym kolorze marynarki nie było widać zabrudzeń, stąd arystokracja i bogatsi obywatele unikali tego odcienia jak ognia. Obecnie przyjmuje się, że po godzinie 18-20 lepiej nie zakładać niczego w kolorze brudnego brązu, a jeśli już to należałoby postawić na ciemny odcień.

W książce znajdziemy czternaście rozdziałów, które odkryją przed nami wszystkie zagadki dobrego i taktownego zachowania. Będziemy wiedzieli na przykład jak ubrać się do kina, czy teatru, jak taktownie wybrnąć z niewygodnych rozmów, jak zachowywać się w sieci, jak pisać poprawne, pełne dobrych manier maile. Urzekła mnie prostota tej książki – sytuacje z życia wzięte i proste sposoby jak nie dać się zwariować, a wyjść z twarzą. Wystarczy naprawdę trochę zdrowego rozsądku i ludzkiej empatii.

Czy wiedzieliście, że… należy zawsze otwierać prezent przy osobie, która nam go dała i bezwzględnie się ucieszyć, nawet jeśli jest nietrafiony? Wyjątkiem jest Japonia – tam nietaktem będzie zajrzenie do prezentu, ponieważ jeśli na naszej twarzy pojawi się chociaż niezamierzony cień niezadowolenia może to głęboko Japończyka urazić. 

Adam Jarczyński wie o czym pisze i wie jak pisać. Prowadzi bloga na którym daje swoim czytelnikom praktyczne i proste rady i to samo dzieje się w książce. Nie ma tam wydumanego protokołu dyplomatycznego, ale codzienne sytuacje, w których możemy w łatwy sposób taktowanie się zachowywać.

Przyznam szczerze, że dopiero po przeczytaniu książki zerknęłam na bloga, który utrzymany jest w ładnym, prostym tonie. Jednak już po kilku postach ma się wrażenie, że w książce nie znajdziemy niczego, czego nie ma już na blogu: prezenty, narciarski dekalog i tak dalej i tak dalej. Książka to blog w pigułce – abyśmy mogli z niej skorzystać w każdej chwili, zerknąć i sprawdzić co wypada, a co nie.

  • Mam w planach zakup tej książki. 😀 Przeczytam ją, a potem podsunę paru osobom. 😉 Wiesz, że niby pożyczam, bo dobra, a potem będę czekać na efekty. 😛

    • O tak, tak zdecydowanie to bardzo taktowny sposób na zwrócenie uwagi 😉