Inkub – Artur Urbanowicz

Długo zastanawiałam się nad przeczytaniem tej książki głównie dlatego, że nie przepadam za horrorami. A Inkub ponoć jest okropnie przerażający. Jednak jak na mój gust jest w porządku – trochę się bałam, ale niezbyt przesadnie i zdecydowanie mogłam spać w nocy. Nie było więc wcale tak źle, a ogólne wrażenie książka pozostawiła po sobie całkiem dobre.

Przeklęta wioska.

W Jodoziorach niedaleko Suwałk zostaje odnaleziona martwa para staruszków, pokryta jakby popiołem. Chwilę potem dom, w którym się znajdują całkowicie się zawala. Vytautas, polski policjant łotewskiego pochodzenia z własnej woli postanowi rozwiązać zagadkę. Trafia na trop policjanta, który praktycznie na jego oczach popełnia samobójstwo i odkrywa, że czterdzieści lat wcześniej, w tym samym miejscu również działy się dziwne rzeczy. W wiosce znajduje się nawet przeklęty, nawiedzony dom, którego historii nikt nie zna.

Horror w polskiej wsi.

Powieść utrzymana jest w fajnym klimacie. Poznajemy stopniowo wydarzenia z czasów PRL-u, kiedy pierwszy raz do Jodozior wkroczyło zło oraz czasy obecne, kiedy Vitek próbuje rozwiązać zagadkę. Cała historia jest całkiem ciekawa, trzyma w napięciu, przerażających momentów też jest całkiem dużo, jest się czego bać, choć moim zdaniem umiarkowanie. Nie byłam przerażona, mogłam spać w nocy, ale nie było też tak, że się śmiałam. Denerwowała mnie tylko postać głównego bohatera, nieco rozchwiana, rozkapryszona, niby taka spostrzegawcza, a jednak ślepa na bardzo istotne wydarzenia. Wdaje mi się również, że samo zakończenie i wytłumaczenie całej historii, jest przesadzone i przekombinowane. Moim zdaniem ta historia nie do końca trzyma się kupy, a dodatkowo nie jestem pewna, czy w ogóle do końca zrozumiałam o co tak naprawdę w tym wszystkim chodziło. Moim zdaniem zbyt to jest zagmatwane i zbyt niedokładnie wyjaśnione.

Oprócz tego czytało mi się to naprawdę szybko i przyjemnie. Przez długi czas dużo się działo, więc wydarzenie goniło wydarzenie, aby na koniec mocno zwolnić. Wydaje mi się, że ostatnie 200 stron to już takie przedłużanie wszystkiego na siłę, bo zagadka mogła dużo wcześniej się wyjaśnić. Było kilka zdecydowanie zbędnych scen. Mimo to jestem zadowolona z lektury, podobała mi się i jak na strachliwą osobę muszę przyznać, że nie bałam się wcale „jak diabli”, jak to sugerowała okładka. W posłowiu autor wyjaśnia kilka spraw i zadaje dodatkowe pytania, na które ja niestety nie znalazłam odpowiedzi. Jednak prosi również czytelnika, aby książce dać jeszcze jedną szansę i wtedy na pewno odkryje resztę tajemnic, bo ponoć czai się ich tam całe mnóstwo. Z uwagi jednak na jej rozmiar na pewno jest to sprawa do przemyślenia.

Autor wiele razy nawiązywał do dawnych, słowiańskich wierzeń, zresztą rzeczony Inkub również do tej dziedziny się zalicza.

Podsumowanie.

Książka może przerażająca jak diabli nie była, ale przyznam, że momentami miałam gęsią skórkę. Do tego byłam zainteresowana fabułą i trochę rozczarowana głównym bohaterem. Książka trzymała w nacięciu, akcja była żywa i dynamiczna, ale na koniec mocno zwolniła i była sztucznie przedłużana. Zakończenie moim zdaniem jest zbyt zagmatwane, niewyjaśnione, może troszkę nawet naciągane.

Autor: Artur Urbanowicz
Tytuł: Inkub
Wydawnictwo: Vesper
Liczba stron: 718
Moja ocena: 4/5.

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu.