M.L. Longworth – Śmierć w Chateau Bremont

Okładka stylizowana na Katarzynę Bondę pomieszaną z Alkiem Rogozińskim i człowiek od razu wie, że ma się spodziewać kryminału. Pomyślałam, że taka historia we francuskim klimacie może być naprawdę ciekawa, więc zaryzykowałam.

Kiedy ginie arystokrata.

Znany filmowiec i arystoktara Etienne de Bremont wypada z okna na strychu swojej rezydencji. Śledztwem zajmuje się Antoine Verlaque, sędzia, który uwielbia markowe cygara, jeździ superszybkim porsche i wzdycha do swojej pięknej, dawnej miłości Marianne. Wkrótce jednak okaże się, że śledztwo nie będzie wcale takie proste – czy Etienne na pewno wypadł z okna przez przypadek? Może popełnił samójstwo? Albo ktoś go wypchnął? Pojawia się coraz więcej tropów, niektórzy podejrzanie nie chcą śledztwa, inni o nie wręcz zabiegają. Zaczyna się robić gorąco w małym, pełnym zabytkowych kamienic miasteczku Aix.

Autorka stawia przed czytelnikiem mglistą zagadkę, gdzie trudno o jakiś punkt zaczepienia. Śledztwo utyka w martwym punkcie. Potem jednak pojawiają się tropy, szczerze mówiąc, mnóstwo tropów i całkiem sporo osób, które mogą być zamieszane w ten wypadek, morderstwo, samobósjtwo? No właśnie, sędzia i policja nie wykluczają żadnej opcji i próbują dowiedzieć się która z nich jest prawdziwa. Zataczają coraz szersze kręgi, pytają coraz więcej osób.

Kto jest kim i gdzie to jest?!

Cała książka jest dosłownie naszpikowana francuskimi wtrąceniami. Pomijam oczywiście nazwy miejscowości i nazwiska, bo skoro akcja dzieje się we Francji to jakże mogłoby być inaczej? Niestety autorka poszła jeszcze dalej i zwykłe pocałunki na przywitanie musiały być nazywane bises i tak dalej. Nadmienię tylko, że francuskiego nie znam ani trochę oprócz kilku miejscowości znanych mi z historii, więc nie była to dla mnie komfortowa sytuacja. Zwłaszcza, że tłumaczenia nie zamieszczono, a niektóre słowa, zwroty, albo całe zdania nie były dla mnie do końca jasne, czasem nawet nie mogłam domyślić się ich znaczenia z kontekstu. Bardzo mnie to na początku irytowało, ale w końcu po prostu się do tego przyzwyczaiłam. I przestało.

Ciągle jednak pozostawały trudy nazwisk i miejscowości, co sprawiało, że musiałam mocno się wczytywać i zastanawiać kto jest kim, bo po prostu wiele osób, zwłaszcza drugoplanowych mocno mi się myliło. Autorka umieściła wiele wątków i tropów, przez co poznajemy ciągle nowe osoby i miejsca i można się w tym pogubić.

Kim jest Verlaque i jego dawna dziewczyna?

Główny bohater, sędzia Verlaque to trochę gruboskórny, mądry i dostojny facet, który lubi dobre cygara i drogie samochody. Jest poważany w społeczności i raczej lubiany. Poważnie zajmuje się swoją pracą, chociaż nie waha się korzystać z pomocy nauczycielki, a prywatnie swojej byłej dziewczyny, której nakazuje na komisarciacie szukać informacji o różnych osobach możliwie powiązanych ze sprawą. To był dziwny wątek. Tak samo dziwna była relacja Verlaqua i wspominanej Mariane. Byli kiedyś parą, ale ewidentnie nadal są sobą zainteresowani, chociaż żadne z nich tego nie chciało przyznać. Kiedy jednak spotykają się na kolacji okazuje się, że nadal strasznie są zirytowani swoimi zachowaniami: ona nie znosi jego protekcjonalnego tonu i tego, że ciągle zwraca jej uwagę, że burczy na kelnera, a on ma jej za złe, że nie umie zachować się przy stole (chociaż zjadła tylko wszystkie oliwki podane przez kolacją – matko, przecież nie zjadła wszystkich bułek, albo nie wypiła całej butelki wina! To tylko oliwki, panie sędzio!) i że nie zna się na winie. Do tego stopnia oboje w myślach sobie nazwajem to wytykają, że na początku byłam pewna, że porozumeinie między nimi jest niemożliwe.

Język książki jest lekki i przyjemny (wyłączając francuskie wtrącenia). Czasem pojawiają się przydługie opisy i przemyślenia, ale nie jest to zbyt często, przez co nie irytuje. Bohaterowie są dosyć standardowi, nie zaskakują swoimi zachowaniami. Śledztwo dosyć leniwie idzie do przodu i czasem miałam wrażenie, że nowe tropy pojawiały się zupełnie znikąd, jakby wymyślone trochę na siłę. Koniec końców cała historia okazała się ciekawa, chociaż całkiem sztampowa jak przystało na kryminał. Dużo wątków też pozostało nierozwiązanych. Kiedy rozpoczynało się śledztwo mieliśmy mnóstwo tropów – wyobraźcie sobie nitki. Niektóre z nich pozostały niedoprowadzone do żadnego miejsca, pozostawione urwane i niedokończone. Może zmieni się to w kolejnej części.

Podsumowanie.

Lekka, przyjemna lektura, z mnóstwem francuskich wtrąceń, które trzeba lubić, albo do których trzeba się przyzwyczaić. Dużo wątów w śledztwie, część niedokończona, ciekawie poprowadzona fabuła i rozwiązanie całej sprawy. Verlaque trochę sztywny, ale porządny i dokładny, Marine trochę roztrzepana i niewiedząca czego chce, ale czarująco nieporadna. Generalnie jeśli chcecie się rozerwać przy ciekawym, ale nieskomplikowanym kryminale, to Śmierć w Chataeu Bremont będzie dla Was idealna!

Autor: M.L. Longworth
Tytuł: Śmierć w Chateau Bremont
Wydawnictwo: Smak Słowa
Liczba stron: 300.

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu.