Dziecko – Fiona Barton

Dziecko – Fiona Barton

W dniu premiery przychodzę do Was z genialnym thrillerem psychologicznym, który urzekł mnie prostym opowiedzeniem niezwykle wielowątkowej historii. Fiona Barton napisała świetną książkę Dziecko, która na długie godziny przykuła mnie do siebie.

Trzy kobiety, jedno dziecko.

Kate Waters, reporterka zaczyna zajmować się sprawą odnalezionego na placu budowy szkieletu noworodka. Rozpoczyna własne śledztwo, próbując odszukać byłych mieszkańców osiedla i dowiedzieć się jak najwięcej o dziecku i przede wszystkim jego matce. Szybko wpada na trop Angeli, która trzydzieści lat wcześniej straciła swoją córkę – została wykradziona ze szpitala tuż po urodzeniu. Czy dziecko to faktycznie poszukiwana i opłakiwana Alice? Co się z nią stało, dlaczego trafiła w to miejsce i przede wszystkim – kto ją tam zakopał?

W tym miejscu i z tymi informacjami zaczynamy przygodę z powieścią. A im dalej w las tym więcej drzew i tym więcej trupów wypada z szafy. Dopasowujemy kolejne elementy układanki, która długo nie układa się w żaden spójny obraz. Dopiero na ostatnich stronach zorientowałam się jakie jest rozwiązanie zagadki. Byłam oszołomiona i zachwycona, że autorka tak bardzo wodziła mnie za nos i nie dała wymyślić odpowiedzi na nurtujące mnie pytania.

Wielowątkowa opowieść.

Kolejne wątki są dodawane stopniowo i tak też rozwija się akcja. Co jakiś czas dowiadujemy się o nowych rzeczach, które sprawiają, że śledztwo powoli idzie do przodu. Poznajemy dokładnie Kate, która odkrywa przed nami tajniki dziennikarstwa reportażowego – jak rozmawiać z ludźmi, aby powiedzieli nam wszystko co ukrywają, jak nawiązać z nimi więź i jak ich podejść, aby nie zorientowali się, że zostali przyłapani. Byłam oczarowana tymi zabiegami i myślałam w kółko tylko o tym, że to genialne w swojej prostocie – drobna manipulacja, która pomaga wyciągać z ludzi informacje. Poznajemy również pozornie nic nie znaczącą, rozchwianą emocjonalnie Emmę, cierpiącą po stracie dziecka Angelę, oraz wyrodną matkę Jude. Oczami właściwie tych czterech kobiet poznajemy całą historię, element po elemencie. Wszystkim kobietom oprócz Emmie towarzyszymy jako obserwator, natomiast ona opowiada nam co czuje i widzi z własnej perspektywy. Przez to mamy wrażenie, że to do jej umysłu możemy wniknąć głębiej.

By czytelnika wodzić za nos.

Autorka myli tropy, gubi je, pokazuje nam elementy układanki by zaraz przedstawić inne, niepasujące do poprzednich. Miesza nam w umyśle próbując wywieźć nas na manowce. To, co robi z czytelnikiem jest jednocześnie piękne i straszne. Zakończenie sprawiło, że się rozsypałam, popłakałam i byłam wprost oczarowana. Czyta się to bardzo przyjemnie i szybko, dosłownie pochłania się każdą stronę. Całość zajęła mi jakieś 5 godzin, chociaż książka ma grubo ponad 500 stron. Nie chciałam się od niej odrywać choćby na momencik. Akcja nie pędzi w zawrotnym tempie, ale też nie wlecze się przesadnie – są momenty krótkich przestojów, ale wtedy na wierzch wypływają nowe fakty i znów jesteśmy na fali.

Spodobało mi się również to, że nie ma w tej książce hołdu dla młodości. Kate to doświadczona reporterka koło pięćdziesiątki, która uczy młodego człowieka – nie mamy więc wrażenia, że wszystko jej się udaje. Ona po prostu zna się na rzeczy.

Podsumowanie.

Dziecko to bardzo dobry thriller psychologiczny. Cieszę się, że otrzymałam możliwość przeczytania tej książki przed premierą, ponieważ jest to genialna książka, którą jeszcze długo będę wspominać. Jeśli szukacie bardzo ciekawej historii, wielowątkowej, lekko pokręconej to ta książka jest dla Was. Przyciągnie Was do siebie, rzuci o ziemię kilka razy, by przygnieść butem zakończeniem. Nie będziecie rozczarowani.

Autor: Fiona Barton
Tytuł: Dziecko
Wydawnictwo: Czarna Owca
Liczba stron 540.

Zmiana

Zmiana

Poznaliśmy cholernego Jacka Cartera, świetnego baseballistę i Cassie, jego dziewczynę w pierwszej części The Perfect Game: Rozgrywka. Jeśli nie czytaliście jej recenzja Zmiany może zawierać dla Was mnóstwo spoilerów.

Cholerny Jack Carter w drużynie Mets Nowy Jork.

W poprzedniej części zatrzymaliśmy się w momencie, kiedy Jack po sześciu miesiącach ciszy wraca do Cassie i błaga o przebaczenie. W Zmianie za równo czytelnik jak i Cassie chcą wiedzieć dlaczego tyle czasu milczał. Czy już jej nie kochał? Czy jego związek z Chrystle coś jednak znaczył? Jack opuścił Cassie ponieważ dziewczyna, z którą spędził jedną noc zaszła w ciążę, a on rycersko postanowił ją poślubić. Szybko jednak okazało się, że była to farsa i oszustwo, a Jack czym prędzej zostawia Chrystle i biegnie powiedzieć o tym Cassie. I błagać o przebaczenie. Jednak zjawia się dopiero po sześciu miesiącach.

Cassie jest ciekawa co go powstrzymywało przed kontaktami z nią, a Jack wszystko jej opowiada. Czytelnik chłonie dosyć melodramatyczną opowieść przez którą nienawidzi Chrystle jeszcze bardziej.

Cassie i Jack Forever.

Poznajemy całą historię tych sześciu miesięcy z perspektywy tylko Jacka (ponieważ przez ten czas towarzyszyliśmy Cassie w pierwszej części). Mamy więc trzy narracje – Jack z przeszłości, ten teraźniejszy i obecna Cassie. Wyjaśnienia Jacka przeplatają się ze delikatnymi scenami seksu, które nie są utrzymane w dobrym klimacie – zachowują nieco pikanterii, ale nie są wulgarne, czy nachalne. Chociaż fakt, ta para tak często mówiła czytelnikowi o swoich pragnieniach, że odniosłam wrażenie, że najchętniej kochali by się cały czas.

Po wyjaśnieniach para musi zmierzyć się z czymś zupełnie innym – Jack rozpoczyna grę w pierwszej lidze, a Cassie musi walczyć z kibicami, którzy niespecjalnie ją lubią. Zaczynają się prześladowania dokądkolwiek by nie poszła, wyzwiska i głupie komentarze w internecie. Jestem w stanie w to uwierzyć, bo wiem jacy potrafią okrutni być ludzie i co dzieje się w internecie. Cassie jednak jak zwykle trochę przesadza, zwłaszcza, że nie mówi o tym Jackowi, który bądź co bądź mógłby ją chociażby wesprzeć. Ale Cassie to Zosia Samosia, więc nie chciała go martwić i rozpraszać.

Baseball i fotografia.

Historia Jacka i Cassie od początku była dosyć schematyczna. On przystojny baseballista, teraz z pierwszej ligi, ona pracująca jako fotograf zakompleksiona dziewczyna. W Zmianie będą musieli zmierzyć się z dorosłym, celebryckim życiem, ale podchodzą do tego wszystkiego jakby wciąż mieli po 20 lat. Wciąż są młodzi, niedojrzali, chociaż ich problemy już całkiem poważne.

Niezbyt dużo dzieje się w książce, ale też raczej nie o to chodzi. To miała być nieskomplikowana opowieść o dwójce zakochanych do szaleństwa młodych ludzi, gwiazdy baseballu i zwykłej dziewczyny. Cieszę się, że autorka postanowiła rozwinąć trochę wątek Melissy i Dana, chociaż przyjaciółka Cassie nadal ciagle siedziała na kanapie przed TV kiedy ją spotykaliśmy, albo śledziła nowojorskie ploteczki ciagle podsyłając je Cassie. Gdyby autorka zdecydowała się jeszcze bardziej pójść w stronę tej dwójki mogłoby to naprawdę fajnie wyjść.

Albo zrobić coś dobrze, albo wcale.

Autorka ogranicza się do Jacka i Cassie jakby trochę się bała, że nie podoła dwóm opowieściom na raz. W książce praktycznie cały czas kręcimy się wokół tytułowej dwójki i nie ma nic pomiędzy. Towarzyszymy im cały czas, przyglądamy się ich życiu. To nic skomplikowanego, język jest prosty, dialogi są ciekawe (chociaż kilka razy zdarzyło się, że troszkę naciągane), bohaterowie raczej schematyczni. Miała to być lektura na jeden wieczór z miłą opowieścią i taka właśnie była. Miła, niezobowiązująca, ciekawa, schematyczna. Nie zaskoczyło mnie tam nic, ale muszę przyznać, że nie było źle. Chyba po prostu wiedziałam czego się spodziewać po autorce i nie oczekiwałam niczego więcej niż w pierwszej części. Nie zawiodłam się więc i jestem całkiem zadowolona z lektury.

Podsumowanie.

Nic ambitnego, lektura na jeden wieczór z ciekawą historią baseballisty. Można było wyciągnąć z tego więcej, rozwinąć wątki poboczne zamiast trzymać się tylko głównego, ale może to i dobrze. Nie rozpraszamy się i nie mamy poczucia, że coś wciśnięte zostało na siłę. Jeśli więc szukacie ciekawej, prostej opowieści o szalonej miłości – będziecie zadowoleni.

Autor: J. Sterling
Tytuł: The perfect game #2 Zmiana
Wydawnictwo: SQN
Liczba stron: 311

Za książkę dziękuję portalowi CzytamPierwszy.pl

Trup na plaży i inne sekrety rodzinne

Trup na plaży i inne sekrety rodzinne

Wesoła, miętowa okładka i przewrotny tytuł wskazujący, że Trup na plaży i inne sekrety rodzinne to kryminał w humorystycznym wydaniu. Czasem dowcip był czarny, ale miło wspominam moją pierwszą styczność z Anetą Jadowską.

O co chodzi z tym trupem?

Magda Garstka wraca do Ustki na wakacje i wędrując rano po plaży znajduje trupa w wodzie. Jak przystało jednak na detektywa amatora postanawia sama rozpocząć śledztwo próbując wraz z kuzynką odnaleźć ślady trupa. Nie jest to jednak łatwe, ponieważ wszyscy przestrzegają dziewczynę przez niebezpieczeństwem, a komisarz prowadzący śledztwo wydaje się wyjątkowo silnie przekonany, że to Magda jest mordercą.

Oprócz tego odnajdziemy mnóstwo innych wątków – energicznej babci prowadzącej swój pensjonat, szalonej kuzynki przygotowującej się do ślubu i wujka, który stara się być dobrym mężem, ojcem i policjantem. To wszystko okraszone zostało ciepłem i dużą dozą poczucia humoru, abyśmy zbytnio nie przepadli w historii trupa.

A o co chodzi z tymi sekretami rodzinnymi?

Pozornie wszystko o Magdzie wiemy – jej matka zmarła, kiedy ta była mała, niedługo potem zmarł jej ojciec, z którym była mocno związana. Zamieszkała z ciotką – artystką, która w Łodzi starała się stworzyć dla niej dom. Ostatecznie jednak Magda w połowie studiów wraca na wakacje do rodzinnej Ustki i tam szybko okazuje się jak bardzo tęskniła. I jak niewiele wie o swojej rodzinie. Niedopowiedziane sprawy powoli wychodzą na jaw i dziwnie splatają się ze sobą. Mniej więcej w połowie książki trup przestaje kogokolwiek interesować, jego wątek pojawia się tylko od czasu do czasu, ale okazuje się, że to nie był tak naprawdę głównym bohaterem. Mieliśmy dzięki temu poznać Magdę jako zapalonego detektywa i niespełnioną policjantkę.

Jak wspominałam książka jest utrzymana w dosyć humorystycznym tonie. Już sama okładka daje czytelnikowi do zrozumienia, że nie ma do czynienia z mrożącym krew w żyłach kryminałem. Chyba najbardziej przypadła mi do gustu scena, kiedy Magda zamienia się w ochroniarza jednorożców – wyobraziłam sobie to dokładnie i uśmiechałam się pod nosem. Nie śmiałam się do łez, a jednak spędziłam bardzo przyjemny czas z Garstkami i czerpałam ogromną przyjemność z naszego spotkania. Było ciekawie, lekko i przyjemnie.

Podsumowanie.

Polecam Wam bardzo serdecznie tę książkę – może to nie bardzo ambitna literatura, ale na pewno nie będziecie się nudzić. Jeśli lubicie kryminały, ale i komedie to na pewno będziecie zadowoleni, gwarantuję. Do tego macie miłą dla oka okładkę, ciepłą atmosferę no i naszą polską, nadbałtycką Ustkę. A! No i trupa!

Autor: Aneta Jadowska
Tytuł: Trup na plaży i inne sekrety rodzinne
Wydawnictwo: SQN
Liczba stron: 320

Nieodnaleziona

Nieodnaleziona

Cały szum o Remigiuszu Mrozie przeszedł beze mnie. Słyszałam o nim dużo, ale jakoś nie podążyłam za trendami, a potem wszystko przycichło i trochę zapomniałam. Pierwsza część o komisarzu Froście leży wciąż na półce i zawsze jest coś ważniejszego. A świat czytelników (a nawet nie czytelników) zdążył się podzielić na zwolenników i przeciwników. Wypowiadali się zwłaszcza ci, którzy nie czytalni Mroza. Nie lubię takiego zachowania, toteż nie mówiłam nic na jego temat. Na podstawie jego jednej przeczytalnej książki też jeszcze opinii nie mam wyrobionej, ale od czegoś trzeba było zacząć. I wypadło na najnowszą książkę Nieodnaleziona.

Gdzie jest Ewa?

Damian Werner szuka swojej narzeczonej od 10 lat. Tuż po tym jak się oświadczyczył dziewczyna zostaje zgwałcona przez kilku mężczyzn na jego oczach, a potem znika bez śladu. Kiedy więc przyjaciel chłopaka przynosi mu niesamowitą wiadomość, że ktoś widział Ewę na koncercie – Damian rzuca wszystko i postanawia ją odnaleźć. Jednak wtedy sprawa nieco się komplikuje.

Niewiele więcej można zdradzić fabuły, aby nie zniszczyć czytelnikowi przyjemności. Ale na początku rzeczywiście wiemy niewiele. W miarę jak historia nabiera tempa poznajemy maltretowaną Kasandrę Reimann, właścicielkę firmy detektywistycznej, która zostaje wynajęta do odnalezienia dziewczyny. Szybko okazuje się, że Damian i Kasandra są w stanie pomóc sobie nawzajem. Chłopak zaczyna podążać śladami Ewy, próbując zgubić depczącą mu po piętach policję.

Coś gra a coś nie.

Generalnie jestem pozytywnie zaskoczona. Trochę nieufnie podeszłam do tematu i chociaż Pan Mróz na kolana mnie nie powalił, to też nie mogę powiedzieć, że nudziłam się przy tej książce. Byłam ciekawa co dalej się wydarzy, gdzie jest Ewa i co się z nią działo przez te 10 lat. Trochę nieporadny i roztargniony Damian też miał swój urok. Kiedy jednak dochodzimy do momentu, że wiemy już wszystko czar pryska. Bo to się kompletnie nie klei. Więcej niestety Wam powiedzieć nie mogę.

Było kilka drobnych nieścisłości, niedopracowań, ale historia sama w sobie była ciekawa. Skończyła się trochę dziko i w zasadzie sama nie wiem co się właściwie wydarzyło, ale podejrzewam, że autor zostawił sobie furtkę, aby napisać kolejną część. Poza tym chyba „żyli długo i szczęśliwie” nie jest w jego stylu.

Czy w Polsce mamy mało polskich nazwisk?

Werner, Reinmann, wreszcie nawet Frost! Trochę się zdziwiłam, że w Nieodnalezionej tyle było niemiecko brzmiących nazwisk. Jakbyśmy w Polsce mieli mało pięknych Kowali i Kowalskich. To trochę mi przeszkadzało momentami, bo miałam wrażenie, że czytam zagranicznego autora, który swoją historię osadza w Polsce. I to mi trochę nie zagrało. Tak, tak, jestem czepialska, ale pracując w korporacji mam dosyć updatowania wszystkiego i bycia na callu. Mamy tyle pięknych, polskich słów określających prawie wszystko, co mamy także w innych językach. Polacy wszak nie gęsi…

Podsumowanie.

Moje pierwsze spotkanie z Panem Mrozem było udane. Bawiłam się bardzo dobrze, starałam może trochę przymykać oko na potknięcia i cieszyć miłą rozrywką. Historia Ewy i poszukującego jej Damiana zaciekawiła mnie, sprawiła, że na kilka godzin oderwałam się od rzeczywistości i chłonęłam fabułę. Przyznam szczerze, że oczekiwałam trochę inaczej poprowadzonego zakończenia, a zaskoczenie mnie w tym aspekcie niekoniecznie wyszło na plus, bo nie uważam je za najzgrabniejsze.

Jeśli więc lubicie Mroza – będziecie podejrzewam, że zachwyceni. Jeśli go nie lubicie – na pewno będzie ta książka dla Was jedną z wielu. A jeśli właśnie teraz chcecie sięgnąć tak jak ja pierwszy raz po tego autora – to jest dobry moment.

Wszechświat Cię wspiera

Wszechświat Cię wspiera

Nie czytam motywacyjnych książek, ponieważ nie spełniają swojego zadania i zwyczajnie na mnie nie działają. Wolę motywować się sama. Ale tym razem tak się złożyło, że potrzebowałam jakieś motywacji, jakiegoś znaku od Wszechświata o którym tyle mówi autorka.

Wszechświat Cię wspiera.

Dookoła nas są różni ludzie i różne sytuacje. Często stresujemy się, bo coś nam nie wychodzi w pracy, w domu nie mamy spokoju, a na drodze ktoś niepotrzebne trąbi i jedzie zbyt wolno. To wszystko sprawia, że zapętlamy się w tym swoim stresie i żyjemy w nim. Kiedy jednak uświadomimy sobie, że Wszechświat to wszystko zsyła nam po coś, wspiera nas, a my otworzymy się na jego miłość mówiąc mu w kółko „Otwieram się na miłość, Wszechświecie”, to wtedy nie tylko ogarnie nas nagła ulga, ale i w ciągu kilku minut nasze kręte ścieżki wyprostują się.

Nie. Powtarzałam tak. W korkach, kiedy ktoś mnie zdenerwował i w pracy. Wszechświat mnie nie wspierał, nie poczułam jego uzdrawiającej mocy, nie ogarnęło mnie uczucie ulgi. Może zbyt mało wierzyłam w to cudowne remedium na całe zło tego świata. Dosłownie, bo z odpowiednim nastawieniem powinniśmy mieć również wrażenie, że wojna i głód to też miłość Wszechświata.

Sceptyczka konta Wszechświat.

Nie zrozumcie mnie źle – mam swoją wiarę i trzymam się jej, ale co do innych cudownych sposobów jestem dosyć sceptyczna. Mam pewną teorię, że skoro we Wszechświecie o którym tak chętnie pisze autorka jest tyle ludzi, to raczej on nie postanowi wspierać właśnie mnie.

Autorka niewątpliwie wierzy w to, co mówi i robi. Swoje wywody popiera całym mnóstwem przykładów, pokazuje w jaki sposób ona i inni ludzie sobie radzą z przeciwnościami. Uczy także czytelnika w jaki sposób sam może się przeciwstawić niszczącej sile pesymizmu i złego nastawienia. Proponuje też kilka ćwiczeń – typowo medytacyjnych oraz oddechowych. Nie przepadam za tego typ formami więc szczerze mówiąc nie wypróbowałam ich. Jest to jednak na tyle prosto opisane, że jeśli ktoś będzie miał ochotę rozpocząć swoją przygodę z jogą to na pewno będzie zadowolony. Znajdzie mnóstwo pomocy, wskazówek, przykładów mantr i muzyki, których może użyć przy swoich pierwszych medytacjach.

Edited with Afterlight

Podsumowanie.

Do mnie to nie przemówiło. Autorka cały czas powtarza, abyśmy otworzyli się na miłość Wszechświata. Robi to wręcz do znudzenia! Ciągle w kółko to samo. Miałam też wrażenie, że całość jest trochę nieuporządkowana i chaotyczna, jakby nazwy rozdziałów zostały przydzielone dosyć przypadkowo – żeby tekst nie wyszedł zbyt długi. Dla mnie było tam za mało motywacji w motywacji, a za dużo duchowych dywagacji, ochów i achów nad tym jak Wszechświat nas kocha – wystarczy tylko otworzyć się na jego miłość.

Autor: Gabrielle Bernstein
Tytuł: Wszechświat Cię wspiera
Wydawnictwo: Kobiece
Liczba stron: 224

Mirror Mirror

Mirror Mirror

Zarzekam się i zarzekam, że żadnej młodzieżówki czytać nie będę, bo prawie wszystkie na które trafiam są infantylne, albo przerysowane. Ciągle jednak mam wrażenie, że muszę w końcu trafić na coś wartościowego. I nie trafiam.

Mirror Mirror, czyli jak powstał zespół.

Z przypadkowych osób na lekcji muzyki nauczyciel tworzy zespół. Szybko okazuje się, że Red, Naomi, Rosa i Leo to mieszanka wybuchowa, która staje się nierozłączną paczką przyjaciół. Do momentu, kiedy Naomi przepada bez śladu. Nikt z nich nie wierzy, że dziewczyna tym razem znów uciekła z domu, jednak poszukiwania długo nie przynoszą rezultatu. W końcu jednak policja odnajduje ją – ledwie żywą, nieprzytomną. Czekając na poprawę przyjaciele z zespołu Mirror Mirror próbują dowiedzieć się co przydarzyło się Nai, kto i dlaczego chciał ją skrzywdzić. Nie będzie to jednak ich jedyne zwartwienie.

Czy tak zachowują się nastolatki?

Może jestem jakaś dziwna, może starej daty, albo po prostu nie wiem co jest w tym momencie cool. W Mirror Mirror wszyscy uwielbiają chodzić się nawalić, pakują się w narkotyki, ubierają w sposób bardzo charakterystyczny. Wszyscy. Jak jeden mąż, bez żadnych wyjątków. Wydawało mi się to dosyć mocno przerysowane, przez co nieprawdziwe. Przez długi czas fabuła leniwie toczy się do przodu, by przyśpieszyć i rozwiązać wszystkie napotkane zagadki w szaleńczym tempie na niemalże stu ostatnich stronach. Red wraz z siostrą Naomi podejrzanie szybko wpadają na wszystkie tropy, oczywiście bez pomocy dorosłych (a nieudolna policja nie jest w stanie zrobić praktycznie nic w tej sprawie). Denerwowało mnie to przerysowanie, podkreślanie inności, leniwa fabuła i bohaterowie – bezpułciowy Leo, rozchwiana emocjonalnie Red, infantylna Rose i wielu innych. Jakoś nikt nie wzbudził w tej książce mojej sympatii, nie miałam więc ochoty wcale wracać do lektury.

Podsumowanie.

Nie potrafię wycisnąć z tej książki nic więcej. Wyjaskrawione problemy nastolatków, niesympatyczni bohaterowie, zbyt rozciągnięta fabuła. Trochę wymęczyłam się przy tej lekturze i nie ma takiej siły, żebym sięgnęła po nią jeszcze raz. Coś czuję, że jeśli nie trafię na jakąś dobrą młodzieżówkę przy kolejnej książce (którą niestety już posiadam), to nigdy więcej po ten gatunek nie sięgnę. Odnoszę wrażenie (zupełnie jak w przypadku literatury erotycznej), że autorzy są tendencyjni i sądzą, że skoro wybierają taki gatunek, a nie inny, to wcale nie muszą napisać niczego porywającego. Błąd, straszny błąd.

Autor: Clara Delevigne
Tytuł: Mirror Mirror
Wydawnictwo: Jaguar
Liczba stron: 300

Za egzemplarz dziękuję portalowi CzytamPierwszy.pl

Tajemna historia

Tajemna historia

Szczygieł Donny Tartt znalazł się na szczycie listy bestsellerów za równo za granicą jak i w Polsce. Nie był jednak pierwszą książką tej autorki. ponieważ zadebiutowała Tajemną historią. Szczygieł skradł moje serce, nie mogłam więc odmówić sobie tej drugiej (a właściwie pierwszej) książki Donny Tartt. I powiem Wam, że się nie zawiodłam.

Specyficzni studenci greki. 

Richard Papen po wielu perturbacjach pojawia się na Uniwersytecie w Hampden i szybko spełnia się jego największe pragnienie – dostaje się na elitarne zajęcia z klasycznego języka jakim jest greka. Poznaje specyficznego profesora Morrowa, który swoim równie specyficznym studentom pomaga w tłumaczeniach i zadaje dosyć ciężkie lektury i prace. Richard poznaje tam piątkę bogatych dzieciaków, które obracają się właściwie tylko w swoich kręgach, piją wiskey, debatują nad klasyką, chodzą na drogie kolacje, natomiast on jest zwykłym szarakiem, którego rodzice niespecjalnie wspierają finansowo. Szybko jednak przekonuje się, że jego nowi przyjaciele oddają się również innym, bliższym starożytnym Grekom rozrywkom, które w końcu doprowadzają do śmierci człowieka. Ukrywanie prawdy okazuje się wtedy trudniejsze niż się wszystkim wydaje.

Morderstwo (bo chociaż bohaterowie nie chcą tego przyznać to właśnie tym ten „wypadek” jest) nie jest ukrywane – ani przez wydawcę ani przez samą autorkę. Właściwie od początku Richard wspomina nam, że pewien człowiek umrze. Długo jednak opowiada nam o sobie, swoich początkach z nowymi przyjaciółmi, ich zwyczajami i pomysłami, by gdzieś między wierszami powiedzieć nam prawdę. Ta książka to nie kryminał, kiedy nie mamy pojęcia co się wydarzy. Donna Tartt jest tego rodzaju autorem, który opowiada historię by między informacją o tym jak ktoś kogoś irytował, a co jadło się na kolację wtrącić: „hej, a właściwie to zabiliśmy człowieka” i idzie dalej nie oglądając się na zaskoczonego jej bezpośredniością czytelnika.

Klasyka gatunku.

Literatura piękna ma to do siebie, że charakteryzuje się doskonałym językiem, pewnym specyficznym przedstawieniem świata, postawą bohaterów. Również w Tajemnej historii nie znajdziecie wartkiej fabuły, niesamowitych zwrotów akcji, superbohaterów i innych rzeczy, które nierzadko niepozwalają nam oderwać się od lektury. Jednak ta książka ma w sobie taką moc, że bez tych wszystkich elementów przykuła mnie do siebie na długie godziny. Przejechane przystanki (ostatnio często mi się to zdarzało), nieusłyszane słowa, spóźnione reakcje. I wreszcie czytanie wszędzie: w tramwaju, na próbie, w przerwach w pracy, na Krakusie. No po prostu wszędzie. Delektowałam się pięknym językiem, ciekawymi konstrukcjami, lekkim napięciem, moralizatorskim tonem i wszystkim, co składa się na tę książkę. Spędziłam wszystkie te chwile w miłym towarzystwie.

Kto jest kim?

Na początku piątka nowobogackich dzieci mocno mi się myliła. Poznajemy rozrzutnego, chociaż spłukanego Bunnego, spokojnego i bardzo bogatego Francisa, cierpiącego na migreny Henrego oraz bliźniaków Camillę i Charlse’a. I oczywiście skromnego, biednego i cichego Richarda, który przypadkiem zaczyna przyjaźnić się z całą piątką. Sprawiają wrażenie trochę zadufanych w sobie, oderwanych od życia w kampusie (który swoją drogą przedstawia świat pełen używek – eksperymenty z alkoholem, narkotykami, rytualnymi wydarzeniami). Studiowanie przez nich filologii klasycznej tylko wzmaga to wrażenie, jakby zupełnie nie pasowali do tamtego miejsca i tamtych czasów. Jakby pijąc alkohol i zarzywając narkotyki pragnęli czegoś więcej niż upojenia – może jakiegoś objawienia, zatarcia garnic? I w końcu faktycznie do tego dochodzi.

Poznajemy całą opowieść z punktu widzenia Richarda, który nie ukrywa przed nami morderstwa ani innych wydarzeń. Wspomina o nich mimochodem, nie buduje w czytelniku napięcia, a jednak bardzo mocno intryguje. Jak do tego doszło? Jakie były tego konsekwencje? Kto zabił i dlaczego? Odpowiedzi na te pytania dostajemy w małych dawkach, czytamy o nich między długimi wywodami. Nie dowiemy się niczego przeskakując kilka rozdziałów do przodu (swoją drogą każdy z nich ma ponad 50 stron).

Podsumowanie.

Jestem urzeczona Donną Tartt i chociaż Tajemna historia nie była tak genialna jak Szczygieł, to wciąż jest pod jej ogromnym wrażeniem, wspominam tę lekturę i mam ochotę na więcej. Niestety Tartt pisze jedną książkę na 10 lat, więc będzie niestety trzeba poczekać, ale przede mną wciąż jeszcze Mały przyjaciel, więc moja przygoda jeszcze się nie kończy.

Autor: Donna Tartt
Tytuł: Tajemna historia
Wydawnictwo: Znak Literanova
Liczba stron: 606.

6 książkowych postanowień noworocznych

6 książkowych postanowień noworocznych

Ależ ten czas szybko leci! Już mamy prawie połowę stycznia, a ja zrobiłam podsumowanie poprzedniego roku i zabrałam się do pracy. Tej książkowej, ale nie tylko – ale o tym na razie cicho sza.

A jakie mam postanowienia na ten rok?

1. Przeczytać coś po angielsku

Jedną książkę już czytam, ale troszkę sobie pomogę (bo ma jakieś 600 stron). Jest to historia królowej Elżbiety II od narodzin aż do momentu wstąpienia na tron. Bardzo dobrze się to czyta i bardzo mi się podoba. Mam też dwie książki, które dostałam od Wydawnictwa [ze słownikiem], więc na pewno będzie mi też łatwiej.

Postanowiłam też wziąć udział w wyzwaniu od RudeRecenzuje i Bardziej Lubię Książki, więc odpaliłam swojego Kindla i zaczęłam rozglądać się za czymś co chciałabym przeczytać. I wpadłam na książki Mary Kay Andrews (w Polsce wydano tylko Babski Wieczór), która zachwyciła mnie swoim ciętym dowcipem. Tak więc postanowione!

2. Przeczytać klasykę literatury

Z klasyką jest tak, że albo ją lubimy albo jej nie znamy. Należę niestety do tego drugiego gatunku i postanowiłam, że czas to zmienić. Postawiłam sobie więc za punkt honoru zaopatrzyć się i przeczytać Dumę i uprzedzenie. Na tym jednak na pewno nie poprzestanę – co to jednak będzie okaże się w praniu, ponieważ nie mam konkretnych planów. Na półce jednak stoi wciąż Orwell, więc pewnie na niego też przyjdzie pora w tym roku.

3. Przeczytać coś, co mam dłużej niż rok w biblioteczce

Takich książek mam bardzo dużo. Leżą na półce z zamiarem przeczytania i… na tym się kończy. Postanowiłam zatem, że raz w miesiącu będę coś wyciągać i koniecznie czytać. Na styczeń zaplanowałam Bad Mommy (aby dopełnić mój obraz Tarryn Fisher), a na luty zabiorę się za Shantaram. Zobaczymy jak mi z tym pójdzie i czy uda mi się w ciągu całego roku przeczytać 12 zalegających na mojej półce książek. Co najmniej 12!

4. Przeczytać motywacyjną książkę

Dostałam jakiś czas temu motywacyjną książkę o odnoszeniu sukcesu w życiu. Wstyd przyznać, ale nie pamiętam nawet jej tytułu, ale leży na półce i się kurzy. Postanowiłam zatem, że w związku ze zmianą pracy muszę koniecznie do niej zajrzeć. Gość, który ją napisał jest podobno świetnym motywatorem, więc spróbuję.

5. Przeczytać zachwalaną trylogię Folleta

Moja babcia w niej przepadła i jak tylko wyszła ostatnia część Filarów Ziemi to od razu ją jej kupiłam. A teraz postanowiłam sama spróbować Folleta, bo podobno jest tak samo dobry jak mój ukochany Falcones. A że historia jest dla mnie czymś wyjątkowym, to na pewno będę zachwycona.

6. Więcej pisać na blogu

Wiem, że bardzo zaniedbałam to miejsce, jednak częstotliwość mojego czytania nie jest tak duża, żeby wrzucać kilka razy w tygodniu nowe posty. Chciałabym zatem zacząć pisać też coś, co nie jest recenzją, ale ścisłe wiąże się z książkami. Dajcie znać, czy jesteście za, a jeśli chcielibyście coś ode mnie usłyszeć – chętnie napiszę. Dawno temu na przykład stworzyłam notkę o moim zespole ludowym. Była to odpowiedź na pewną mocno krzywdzącą dla takich zespołów opinię pewnej bardzo znanej blogerki lifestylowej. Jeśli jesteście ciekawi, to odsyłam tutaj.

Dajcie znać czy i Wy macie jakieś postanowienia!

Top 3 książek 2017 roku

Top 3 książek 2017 roku

Rok 2017 przeszedł do historii. Przyniósł wiele zmian, ale także wiele naprawdę fantastycznych lektur. Ciężko było wybrać tylko te 3 najlepsze, ostatecznie jednak się udało.

Miejsce trzecie: Życie pasterza.

O tej książce usłyszałam zanim pojawiła się w Polsce, a że życie owiec zawsze mnie fascynowało, a te zwierzęta są według mnie wyjątkowo urocze to zapragnęłam ją przeczytać. Autor książki hoduje z dziada pradziada owce. Zajmuje się nimi, dba o nie, sprzedaje wełnę i przygotowuje najlepsze zwierzęta na wystawy. Jego życie odbiega zupełnie od znanego nam pośpiesznego żywotu, jaki wielu z nas teraz prowadzi. On pokazuje nam, że natura jest niezwykle ważna, piękna i wiele jej zawdzięczamy. A opieka nad ogromnym stadem owiec to nie tylko ciężka praca, ale i mnóstwo ciekawych i radosnych chwil.

Miejsce drugie: trylogia Wojny alchemiczne.

Na tę książkę trafiłam przypadkiem dzięki portalowi CzytamPierwszy.pl. Spodobała mi się okładka i opis z tyłu książki, zaczęłam czytać i… przepadłam. Ostatnią część chciałam przeczytać jak najszybciej jednocześnie zwlekać, aby cieszyć się tą trylogią jak najdłużej. Jax to mechaniczny, który żyje jako służący. Musi nie tylko pracować i spełniać każdą zachciankę, ale i być posłusznym. Inaczej nałożone na niego geas sprawią mu ból. Francuskie stronnictwo z odważną (a czasem wręcz brawurową) próbuje jednak walczyć z holenderskim uciskiem. Cała historia jest o wiele bardziej złożona, ma wielu ciekawych, wielowymiarowych bohaterów, oryginalny świat i niesamowite zwroty akcji. Byłam pod ogromnym wrażeniem i wszystkie trzy książki (Mechaniczny, Powstanie, Wyzwoleniepo prostu połknęłam. To były książki, które do tej pory wspominam naprawdę mile.

Miejsce pierwsze: Dżentelmen w Moskwie.

Literaturę rosyjską trzeba lubić – ma nieco specyficzny klimat, pokręconych bohaterów, często hołduje dawnym czasom. I Dżentelmen bardzo w to wszystko się wpisuje. Dla mnie był połączeniem obrazu i klimatu Grand Budapest Hotel i świetnej historii rodem z Mistrza i Małgorzaty. Hrabia Rostow trafia do aresztu domowego i zostaje zamknięty w małym pokoju na poddaszu w pięciogwiazdkowym hotelu. Jak przystało jednak na gentlemana z tego miejsca czyni swój dom i odnajduje tam miejsca, które sprawiają, że nadal może „bywać w świecie”. Swoim zachowaniem pokazuje jak powinien zachowywać się prawdziwy dżentelmen i co powinien mieć w sercu. Jest przy tym niezwykle szarmancki, pomysłowy, grzeczny i cierpliwy. Na wszystkie złe doświadczenia odpowiada uśmiechem.

Zaczytywałam się tą książką, a po jej lekturze puściłam ją dalej w obieg wśród moich znajomych – aby każdy miał szansę przeczytać tę niesamowitą książkę (do tego przepięknie wydaną!). Złota okładka, cudny papier i w ogóle wszystko po prostu idealne. Jeśli jeszcze nie czytaliście – musicie koniecznie nadrobić!

Życzyłabym sobie jeszcze więcej takich wspaniałych książek w 2018 roku!

Koniecznie dajcie znać w komentarzach jakie są Wasze typy na TOP jeden mijającego roku.

Podsumowanie roku 2017

Podsumowanie roku 2017

Rok 2017 nieubłaganie dobiega końca, a zmienił w moim życiu tak wiele, że nawet się tego nie spodziewałam. Chciałabym więc podzielić się z Wami kilkoma ważnymi wydarzeniami z mojego życia zawodowego, ale też troszkę prywatnego, żebyśmy mogli lepiej się poznać. Chętnie poczytam również jak Wy będziecie wspominać ten mijający rok.

Nuda powodem założenia bloga.

Zostałam korporacyjnym szczurem, pracującym w zawodzie, którego nie znałam i nie lubiłam. Zaczęłam zaraz po tym, jak odeszłam z pracy marzeń, co było nieuniknione i co jak się okazało całkiem niedawno uratowało mnie przez toksycznym środowiskiem. Spotkałam ludzi pełnych pasji i życia, których bym nawet o to nie przypuszczała. Ale zanim zżyłam się z nimi – bardzo się nudziłam i czułam nieszczęśliwa. Założyłam więc bloga, a dzięki samozaparciu zaczęłam go rozkręcać, szukać innych osób, takich samych jak i ja. Zaczęłam czerpać z tego radość i nadzieję na przyszłość. I tak blog w lutym będzie obchodzić swój pierwszy rok. I może troszkę czuje się zaniedbany, bo coś innego pochłonęło mnie bardziej, to jednak wciąż pozostaje moim pierworodnym.

A może by tak bookstagram?

Coraz częściej na swoim Instagramie dzieliłam się tym, co czytam, a że kocham robić zdjęcia to połączyłam obie te pasje. I w maju zapadła decyzja o zmianie mojego prywatnego konta dla znajomych na bookstagrama z krwi i kości. I w czerwcu ruszyłam z kopyta – własnoręcznie tworząc deski do zdjęć, potem zdobywając je u przyjaciół. Dzisiaj zgromadziłam Was tam już ponad 1 100 i jestem ogromnie wdzięczna! Nie myślałam, że kiedyś w ogóle do tego dojdzie. I chociaż oczywiście z otwartymi ramionami przyjmę nowe osoby i cieszę się wciąż z każdej okrągłej liczby, to jednak zauważyłam, że dorosłam do tego. Już nie sprawdzam statystyk co minutę, nie odświeżam aplikacji, ale cieszę się tym, co widzę u wszystkich osób, które ja obserwuję. Oglądam, podziwiam i często szukam też inspiracji.

Zmiany, zmiany, zmiany.

Pod koniec tego roku zdecydowałam się na trudną dla mnie zmianę – pracy i mieszkania. Przeprowadziłam się na drugi koniec miasta z dala od ukochanego, do pracy o wiele poważniejszej i bardziej wymagającej, znów na głęboką wodę. I jestem z siebie dumna, bo dzisiaj, po zaledwie dwóch tygodniach potrafię już sama zająć się niektórymi rzeczami i nawet zbieram pochwały. Zaczynam też znów jeść jak człowiek – bo jedzenie jest tam obłędne! Nie, nie byłabym sobą, gdybym o tym nie wspomniała. I chociaż tęsknię za kilkoma osobami z mojej dawnej pracy, z którymi nie mogę porozmawiać o książkach i głupich snach, to jednak cieszę się ze zmiany. Bo kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana!

Mój jest ten kawałek podłogi.

I chyba największa moja radość i bolączka. Zdałam sobie w tym roku boleśnie sprawę z tego kim i jaka jestem. I chociaż nie jest łatwo, nie poddaję się. I nie poddam się nigdy. Za kilka lat odetchnę z ulgą pozbywając się strachu o to, że coś pójdzie nie tak. I mam nadzieję, że osoby, którym chcę złożyć tę obietnicę też to przeczytają. Dlaczego Wam o tym piszę? Bo jesteśmy wszyscy tacy sami – kochamy książki, mamy słabości, życiowe radości i upadki. A jednak wspieramy się i wiem, że na Wasze dobre słowa zawsze mogę liczyć.

Kochani, na ten więc rok życzę Wam abyście byli dobrzy dla siebie nawzajem – dla kolegów „po fachu”, przyjaciół i bliskich. Abyście z radością patrzyli na swoje życie i z uśmiechem na twarzy budzili się każdego dnia.

A sobie? Życzę całego morza oceanu kosmosu cierpliwości.

Nie popędzaj czasu. Poczekajmy co nam przyniesie…