Po linii prostej 

Po linii prostej 

Seria książek kryminalnych o komisarzu Dixonie rozpoczyna się tytułem Po linii prostej. Autor, Damien Boyd wykorzystuje w niej swoją prawniczą wiedzę i częstuje czytelnika doskonałą, ponoć bardzo poczytną literaturą. Ale czy aby na pewno?

Kim jesteś komisarzu Dixonie? 

Komisarz Dixon przenosi się z Londynu, porzuca dobrze prosperujące stanowisko dla niższego w rodzinnym mieście. Jest bardzo inteligenty, szybko wpada na kolejne tropy, a jego pomysły zawsze są trafione. Kiedy więc jego były partner wspinaczkowy ginie w tragicznym wypadku za równo komisarz jak i rodzice zmarłego wiedzą, że ktoś przyłożył do tego rękę. Komisarz przygląda się więc śledztwu, poucza żółtodziobów, którzy w zasadzie nic nie robią, aby sprawę rozwiązać. Równocześnie prowadzi własną, dużą sprawę włamywaczy.

Miasteczko do którego wraca komisarz jest niewielkie, jednak na tyle duże, aby nie wszyscy się znali. Nie widzimy też na horyzoncie w zasadzie nikogo znajomego komisarza oprócz rodziny zmarłego i jego samego. To trochę dziwne biorąc pod uwagę, że to rodzinne miasto Dixona.

Komisarz ma też psa, Montiego, którego niemalże przez 80% akcji w książce trzyma w samochodzie. Często zostawia tam psa nie bardzo się nim martwiąc (chociaż nigdy nie zostawił samochodu w słońcu, to fakt). Odnosilam jednak przez to wrażenie, że pies jest trochę na siłę i w zasadzie autor sam nie wie co ma właściwie z nim zrobić.

Lekka, przyjemna i bez szału. 

Książkę skończyłam czytać w jeden dzień. Zagadka, którą trzeba było rozwiązać była dosyć prosta i niezbyt pogmatwana. Szybko można było się odnaleźć w tej historii i przejrzeć niektóre fakty. Podejrzewałam też kto jest mordercą. Jednak ostateczne rozwiązanie sprawy trochę mnie zawiodło – odkrycie prawdy zajęło pięć stron, a komisarz stał jak słup soli i patrzył na rozwój wypadków zamiast działać.

Odnosiłam też wrażenie, że wszystko mu się udaje i wszystko wie. Naraził niewinnych ludzi na ogromne niebezpieczeństwo bez zmrużenia okiem. Nie wydaje mi się, że ktokolwiek podjałby taką decyzję bez zastanowienia.

Podsumowanie. 

Żadnego szału, chociaż czytało się naprawdę przyjemnie. Trochę za mało komplikacji jak dla mnie w życiu tego człowieka – też tak chcę. Uważam też, że książka mogłaby być trzy razy grubsza – wtedy wszystkie wątki zostałyby ładnie rozwinięte, a nie ledwie liźnięte.

Recenzję tej książki możecie również przeczytać u Weroniki.

Za udostępnienie egzemplarza z ciekawą okładką dziękuję Wydawnictwu Editio Black.

Domowy survival

Domowy survival

Domowy survival to kanał na YouTube, ale także książka, która ukazała się nakładem Flow Books. Chociaż Krzysztofa Lisa i Artura Kwiatkowskiego, czyli autorów jednego i drugiego nigdy nie słuchałam/czytałam, to jednak pomyślałam, że ta książka może być dla mnie. Jak radzić sobie z kryzysem w domu. Taki poradnik dla małej złotej rączki. Niestety, dosyć mocno się pomyliłam, najpewniej przez to, że czytając opis z tyłu książki z podekscytowania założyłam coś zupełnie innego.

Zawsze radziłam sobie jakoś sama. Odkąd mam Lubego, który w pracach typowo męskich w domu jest mistrzem – nie muszę się trudzić i kminić. Kiedyś jednak byłam zdana sama na siebie i metodą prób i błędów zawsze sobie radziłam. Pomyślałam więc, że jeśli przekonam się co powinnam robić kiedy wysiądzie mi prąd, albo jak przygotować się na kryzys będzie mi o wiele łatwiej.

Jak przetrwać atak zombie?

Co zrobić kiedy w mieszkaniu, całym bloku, albo całym mieście nagle zamknięty zostanie dopływ wody. Na jeden dzień – w porządku, jakoś sobie każdy poradzi, ale jeśli stan ten utrzyma się to wkrótce zniknie cały zapas ze sklepów. Pomysłowy Dobromir jednak skorzysta wtedy z rezerw, które zachomikował pod łóżkiem i z tego, co zostało mu jeszcze w spłuczce (zresztą tam też może przechowywać pieniądze). Na kryzys też dobrze przygotować się magazynując jedzenie, a najlepiej zakopując je w ogródku. Można też hodować kury i zrobić sobie ogródek na balkonie.

Wszystkie rady na pewno są bardzo przydatne, ale moim zdaniem  mocno przesadzone. Autorzy książki podchodzą do tego wszystkiego jakby jutro miało nigdy nie nadejść. Jakby kataklizm był nie tylko realny (o czym każdy zwykły człowiek bardziej lub mniej zdaje sobie sprawę), ale przede wszystkim gwarantowany w najbliższej przyszłości. Powinnam zatem wynająć większe mieszkanie (a najlepiej je kupić, i to za swoje, nie za kredyt, no bo kataklizm), tam magazynować wodę, kuchenkę turystyczną, paliwo, opał, koce, jedzenie, rośliny i zwierzęta. Chociaż to i tak może na nic się zdać, bo szabrownicy.

Niepokój, wszędzie niepokój!

Przyznam szczerze, że czytając tę książkę popadłam w lekką paranoję. Miałam wrażenie, jakby za oknem czaili się szabrownicy, czekający na kryzys, który zaraz ogłoszą w telewizji aby wynieść z mojego mieszkania nieliczny dobytek jaki mam. Czułam się cały czas jak taki beztroski człowiek, który nie magazynując wody pod łóżkiem i nie wożąc w samochodzie siekiery (jakby drzewo zwaliło się na drogę żebym miała czym je wyciupać), albo nie posiadała dwóch kart kredytowych w dwóch różnych bankach naraża siebie na rychłą zgubę. Jakby autorzy wiedzieli więcej niż ja. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że często zdarzają się kataklizmy, które niszczą ludzkie życie i ich dobytek i to, że mnie to omija to nie znaczy, że zawsze tak będzie, no ale bez przesady. Nie dajmy się zwariować i żyjmy, cieszmy się tym w granicach rozsądku. Nie można przygotować się na wszystko.

Denerwujące było również to, że dużo rzeczy zawartej w tej książce wymagało odrobiny wiedzy technicznej i opowiadano od tej strony o wielu urządzeniach i rozwiązaniach. Zdecydowanie nie była to lektura dla kobiety, której humanistyczny umysł był odporny na wszystkie napięcia i przetworzenia prądu stałego w zmienny, pojemności akumulatorów i tym podobne. Rozdział o rodzajach kuchenek turystycznych był dla mnie wyjątkowo nużący.

Dla kogo ta książka?

Na pewno dla ludzi, którzy lubią być gotowi na każdą ewentualność, albo lubią biwakować i chętnie coś takiego przeczytają. Myślę też, że w Ameryce, w dobie budowania własnych schronów mogłaby sprzedać się w niebotycznych ilościach. Nie jestem pewna czy w Polsce osiągnęliśmy ten stan, kiedy boimy się kataklizmu i najazdu UFO. Jeśli jest inaczej – bardzo Was proszę, oświećcie mnie! W zamian mogę wymienić się wiedzą jakie rośliny możemy jeść i gdzie i na co najlepiej polować jeśli jedzenie będziemy musieli zdobywać w lesie.

Zdecydowanie nie polecam tym, których techniczne możliwości niektórych urządzeń nie interesują. Jeśli jednak wolisz dmuchać na zimne, mieszkasz w dużym domu, najlepiej z ogrodem i wiedzie Ci się nie najgorzej – cóż, powinieneś zapoznać się z Domowym survivalem i przygotować się na ciężkie czasy.

26 faktów o mnie 

26 faktów o mnie 

Dzisiaj postarzałam się o kolejny rok. Chociaż wcale tego nie czuję, to jednak pnę się ku dorosłości. Na jednym z blogów zobaczyłam kiedyś posta, który mówił o autorce tyle faktów, ile właśnie wybiło jej lat. Aż wstyd się przyznać, że ja ma ich już tyle, a bloga założyłam pół roku temu. Tyle zmarnowanych lat!

Poczytajcie zatem o 26 faktach o mnie, o których na pewno nie mieliście pojęcia.

  1. Ciagle pytają mnie o dowód. Niezmiennie od kilku lat ciagle słyszę, że dowodu to ja raczej nie posiadam. Jest to z jednej strony słodkie i miłe, a z drugiej upierdliwe i czasem przykre, kiedy zrzędliwa Pani uparcie twierdzi, że nie mam prawa kupić piwa.
  2. Nienawidzę pociągania nosem. Serio, nie przeszkadza to ludziom, że ich nos wypełnia spływająca zgodnie z prawami grawitacji wydzielina? Dźwięk jest straszny. Zwłaszcza, kiedy piękna, wypachniona Pani ma pieniążki na kosmetyczkę, ale na chusteczki już nie i ostentacyjnie pociąga nosem. Chyba po to, żeby ktoś jej pożyczył.
  3. Strasznie szybko się denerwuję. Najlepiej  wiedzą o tym moi najbliźsi. Zadasz mi o trzy pytania za dużo jak przeglądam fejsa? Złość. Nie słuchasz mnie gdy do Ciebie mówię? Złość. Cokolwiek. I niestety, nie za bardzo nad tym panuję, chociaż bardzo się staram. Może to już jakaś choroba?
  4. Uwielbiam wszystkie prace manualne. W szkole kochałam plastykę i tak mi zostało – zawsze coś skropię, lubię coś malować, lepić z plasteliny, dłubać.
  5. Studiowałam historię i przez pierwszy rok po studiach pracowałam nie tylko w zawodzie, ale i w pracy marzeń. Pewny niefortunny zbieg okoliczności sprawił, że musiałam podjąć najtrudniejszą decyzję w życiu (której niestety nie żałuję) i zostać księgową.
  6. Jestem księgową, a nienawidziłam matematyki i nie potrafię liczyć (chociaż z matury podstawowej zgarnęłam ponad 70%!). Nawet moja mama, kiedy dowiedziała się, że będę księgową wykrzyknęła: „ależ ty nie umiesz liczyć Myszko!”.
  7. Nie lubię dzieci. Na palcach jednej ręki mogłabym policzyć te, które są fajne, i to pewnie dlatego, że nie są moje.
  8. Boję się kur. Chociaż wychowałam się na wsi te stworzenia mnie trochę przerażają (w końcu to potomkowie dinozaurów!).
  9. Nie lubię książki Władca Pierścieni. Nie trafiła w moje gusta, które nakazują mi kochać fantastykę miłością bezgarniczną, ale słyszałam kiedyś opinię, że jeśli chodzi o klasyki, to często nie spełniają oczekiwań wiernych fanów gatunku.
  10. Nie czytam książek w łóżku. Jeśli chcę poczytać coś przed snem to jak najbardziej, ale na dłuższe czytanie nigdy do łóżka nie wchodzę, bo… zaraz zasypiam.
  11. Jeżdżę Peugeotem 206. Mój ukochany samochód, który przeżył już ze mną niejedno, który jest mega wygodnym do spania i przyprawia o zdziwienie gości w wypasionych furach kiedy mijam ich na autostradzie.
  12. Nie cierpię wszystkich Zmierzchów, Greyów i innych „hitów”. Nie oceniam tych, którzy to lubią, ale są to książki, których nie lubię (ale nie krytykuję) mimo, że ich nie czytałam.
  13. Zawsze dowiaduję się o wszystkim ostatnia. Dosłownie.
  14. Nie mam podzielnej uwagi. Kiedy przeglądam Facebooka albo Instagrama trzeba zwrócić moją uwagę żebym się oderwała. Inaczej nie usłyszę ani jednego słowa.
  15. Jestem jak słoń w składzie porcelany. Tam coś strącę, tu się czymś obleje. Najgorzej jest na rowerze – czuję się wtedy taka niezdarna.
  16. Jestem straszliwie zapominalska. I już nie raz przez to cierpiałam, najczęściej na ból nóg i stracony czas.
  17. Od kilku lat mam nawrót choroby lokomocyjnej i nie mogę w autobusie nawet przeglądać telefonu.
  18. Nie piję kawy. Ani mi nie smakuje, ani nie działa, boli mnie po niej tylko głowa, a czasem brzuch.
  19. Cierpię na zespół pieśni i tańca. Śpiewam i tańczę w zespole ludowym, który kocham ponad wszystko i dzięki któremu odbyłam najdalszą podróż w moim dotychczasowym życiu.
  20. Na lewej siatkówce mam pęknięcie – pamiątka po nieleczonym zapaleniu spojówek od zatarcia oczu balsamem. Nie pytajcie.
  21. Boję się burzy. Jak koty i psy.
  22. Jestem gadżeciarą. Lubię ładne telefony, komputery, aparaty i inne.
  23. W liceum pisałam książki. Oczywiście do szuflady, głównie fantasy, zawsze bardzo długaśne (kto by to czytał!). Skończyłam ich pięć. Nie, nie ujrzą światła dziennego.
  24. Nie lubię swoich urodzin. Nie dlatego, że się starzeję, tylko jakoś tak zawsze mam wtedy zły dzień.
  25. Nie maluję paznokci. W ogole oprócz obcinania nie robię przy nich nic. Kiedyś miałam z nimi straszne problemy i dlatego zabiegi pielęgnacyjne nie są dla mnie.
  26. Moja najdalsza podróż odbyła się w tamtym roku i była wycieczką do Chin.

Czego bym sobie życzyła na te 26 urodziny? Prywatnie trochę więcej opanowania i spokoju, a zawodowo? Przesyłki. Takiej prawdziwej przesyłki kreatywnej, przeznaczonej dla blogerów, z książką i czymś, co ma mnie zachęcić do jej przeczytania. Ale do tego jeszcze długa droga.

Kilka słów o bookstagramie 

Kilka słów o bookstagramie 

Konto na Instagramie założyłam dawno temu. Było oczywiście prywatne i pokazywałam tam ważne dla mnie chwile. Kiedy jednak założyłam bloga postanowiłam na Instagramie nie dzielić się tak radośnie życiem prywatnym, a książkowym. Patryknęłam parę fotek, wymieszałam z innymi i… efektu nie było. Aż pewnego razu coś zaskoczyło.

Początki zawsze są trudne – mówili. 

Pamietam to jak dziś. Dostałam od kochanej Edytki Życie pasterza, na które zachorowałam na długo zanim książka w ogóle powstała. Była w fazie planów, a ja już wiedziałam, że to będzie to. Dawno temu (mam wrażenie, że to było w poprzednim życiu) miałam jechać do Australii paść baranki. Nigdy do tego rzecz jasna nie doszło, ale miłość do owiec pozostała na zawsze. Kiedy więc dostałam Życie pasterza bez wahania zabrałam książkę w plener i zrobiłam moją pierwszą Instagramową fotkę. A potem kolejną, która… zdobyła naprawdę dużo serduszek! Wtedy zorientowałam się, że to chyba jest to. Zaskoczyłam.

Moje zdjęcia ewoluowały, a mnie przybyło nowych obserwatorów. Nie zaczynałam od zera, ponieważ przerobiłam prywatne konto (z trochę ponad setką znajomych) na publiczne. Ci znajomi, którzy nie chcieli tego widzieć wypisali się, ale sporo wspiera mnie i cieszy się razem ze mną. Kiedy pęknie pierwszy tysiąc planuję niespodziankę! Wracając jednak do rzeczy: nie zaczynałam od zera, ale z każdego „nieznajomego”, który zostawał cieszyłam się potrójnie.

Kiedy do bałaganu wkrada się chaos. 

I tak pewnego dnia zauważyłam, że moje zdjęcia to misz-masz. Pomalowałam więc stare deski białą farbą i na ich tle robiłam zdjęcia. Były niewielkich rozmiarów, dlatego spokojnie mieściły się w moim bagażniku i raz nawet zabrałam je na wyjazd z przyjaciółmi do Mucharza.

Na tym pamiętnym wyjeździe mój bookstagram przeżył prawdziwe Katarsis. Narzeczony mojej koleżanki wiedziony moją desperacką prośbą na Facebooku o kawałek drewna przywiózł mi… wspaniałe deski. Możecie je teraz cały czas zobaczyć na moich zdjęciach i przyznajcie, że są świetne. Byłam i jestem nimi zachwycona, a ich rozmiar sprawia, że mam dwa zestawy – w Krakowie i w domu i pełną swobodę w pracy.

Usłyszałam kiedyś, że wkrada się do mnie monotonia, więc postanowiłam w kontrolowany sposób ją przełamać – dodać czasem coś na trawie i tle chmur. Jednak do każdej książki staram się tak dopasować przedmioty, które dodaje, aby oddawały jej treść. Niestety, niewiele u mnie znajdziecie zwierząt czy ludzi. Mam zamiar wprowadzić cykl z książkami „na ludowo”, gdzie pojawi się trochę innych i mnie, ale póki co zobaczycie tylko przepiękną Martę.

Z kolei moje zwierzęta to wyjątkowo niefotogeniczne stworzenia. Tutka czasem daje się ładnie sfotografować, ale bez książki, chociaż z książka też nie jest źle. Pusia w ogóle jest niezainteresowana aparatem, a August to czarny, puchaty kot, który nienawidzi głaskania i na zdjęciach jest czarną plamą z oczami.

Czemu tak kocham to miejsce w sieci?

Bookstagram w obecnym stanie daje mi ogromnie dużo radości. Poznałam wielu ciekawych ludzi dzięki niemu i doświadczyłam jak to jest być człowiekiem, do którego wydawnictwa same piszą z propozycją książki do recenzji. Ale przede wszystkim kiedy mam zły dzień i wszystko idzie nie tak – ci ludzie tam są, pomagają, pytają, pocieszają. Są czasem bardziej empatyczni niż ci, którzy widzą na żywo worki pod oczami czy smutek.

Wkładam wiele pracy w to, co robię i staram się, aby wszystko było dopięte na ostatni guzik. Przygotowuję przedmioty, ustawiam, kombinuję, a bardzo często nawet parzę kawę mimo, że jej nie piję. Czego się jednak nie robi. Buszując po sklepach wypatruję przedmiotów, które mogą ładnie wyglądać na zdjęciach i hoduję nawet kwiaty!

Oto krótka historia mojego bookstagrama. Jeśli chodzi o techniczne nowinki, to chętnie podzielę się z Wami tym, co wiem (chociaż nie jest tego zbyt wiele, bo wciąż sama się uczę).

A jaka jest Wasza historia? Macie swoje miejsce w sieci do którego wracacie najchętniej?

Tajemnica wyspy Flatey

Tajemnica wyspy Flatey

Kiedy na małej, bezludnej wysepce zostają odnalezione zwłoki człowieka, który zmarł z wycieńczenia policja rozpoczyna śledztwo. Dla małej społeczności pobliskiej wysypu Flatey w Islandii to prawdziwy szok, zwłaszcza, że to jej mieszkańcy są podejrzani.

Islandzki kryminał. 

Viktor Arnar Ingólfsson to ponoć jeden z bardziej poczytnych autorów kryminałów w Islandii. Niestety, ja usłyszałam o nim dopiero po raz pierwszy, ale nie było to wcale spotkanie pełne rozczarowań. Wcale nie dziwi mnie jednak fakt, że autor jest mało znany. Czytałam kiedyś książkę o Isnadii i dowiedziałam się z niej, że zdecydowana większość Islandczyków pisze z powodzeniem książki.

Społeczność wyspy Flatey to zaledwie kilkadziesiąt osób, ścisłe ze sobą związanych. Każdy z nich ma swoje tajemnice i bolączki. Kiedy na pobliskiej bezludnej wyspie zostają znalezione szczątki człowieka przedstawiciel prefekta Krajtan rozpoczyna śledztwo. Szybko okazuje się, że człowiek, który zmarł z wycieńczenia nie trafił tam przez przypadek. Tropy prowadzą do jednego z naukowców oraz do starej kroniki Flateyjarbók. Ponoć rozwiązania starej zagadki podjął się właśnie zmarły, a klucz schowany przez niego w kieszeni sprowadził nieszczęście. Krajtan mimo niechęci do prowadzenia tego typu spraw próbuje rozwikłać tajemnicę.

Mroczna historia w malowniczej oprawie. 

Islandia stała się dla mnie miejscem, do którego chcę pojechać, dlatego z przyjemnością sięgnęłam po książkę. Nie zawiodłam się, ponieważ zobaczyłam nie tylko ciekawe krajobrazy, ale także mentalność tamtejszych ludzi. Poznamy przywiązanych do prymitywnego życia mieszkańców Domu na Skraju, młodą lekarkę Johannę, ciekawskiego wójta i zabobonnego kościelnego. Spotkamy też całą masę pobocznych postaci, dowiemy się co nieco o nieboszczyku, czy poznamy kulisy pracy policji.


Zagadka, do odgadnięcia której wszyscy dążą jest wplątana na koniec każdego rozdziału. Czytelnik może zatem zapoznać się z nią i próbować ją rozwiązać razem z bohaterami. Usłyszymy też coś niecoś o tym ciekawym zbiorze sag i legend islandzkich. Dowiemy się też sporo ciekawostek z nimi związanych, które powtarzają bohaterowie.

Zagadka śmierci profesora, a potem kolejnej nie jest jakaś bardzo skomplikowana, ale też niezupełnie oczywista. Przez długi czas nie domyslalam się kto jest mordercą, dlatego z przyjemnością brnęłam w książkę. Gdzieś mniej więcej w połowie trochę znudziło mnie, że nadal szukają jakichkolwiek poszlak o pierwszym trupie, ale kiedy wszystko nabrało tempa czytało mi się już dobrze.

Podsumowanie. 

Ciekawa lektura, przedstawiona na tle malowniczej wyspy i isnaldzkiej mentalności ludzkiej. Przyjemna, na nudny wieczór, niezobowiązująca i niewymagająca wielkich przemyśleń i dociekań. Czytało mi się to bardzo lekko i uważam ten czas za jak najbardziej udany.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Editio Black.

Kobiety w kąpieli

Kobiety w kąpieli

Książki o Chinach nigdy nie były dla mnie czymś niesamowitym, ale na półce już bardzo długo kurzyły się Kobiety w kąpieli, więc w końcu postanowiłam po nie sięgnąć. Bardziej z przymusu, niż z ochoty, chociaż byłam bardzo ciekawa co Tie Ning ma mi do powiedzenia.

Książka została mocno doceniona w Chinach i nominowano ją do azjatyckiego Bookera w 2012 roku. Specyficzny tytuł nawiązuje do intymnych chwil  w których człowiek jest całkowicie sobą i nie ukrywa niedoskonałości pod ubraniem. W tej książce właśnie tak oglądamy kobiety – w niewygodnych, intymnych i niezwykle trudnych sytuacjach.

Kim są kobiety w kąpieli?

Główną bohaterką jest Tiao, dziewczynka zbyt szybko wystawiona na próbę, musząca zajmować się młodszą siostrą Fan. Ich rodzice w tym czasie musieli przymusowo pracować na plantacji Trzcinowa Rzeka. Próbując opiekować się Fan, a potem także „chorą” matką szybko dorosła, chociaż ciągle starała się pozostać trochę dzieckiem. Spędzając czas z siostrą i dwiema przyjaciółkami wkracza w dorosłe życie pełne namiętności i zranionych serc.

Tiao ma ogromny żal do matki za zdradę rodziny, nie potrafi uporać się z tym przez bardzo długi czas. Nie potrafi też dogadać się ze swoją niezwykle rozpieszczoną siostrą, która po wyjeździe do Stanów Zjednoczonych stara się być we wszystkim lepsza. Chwali się swoim życiem, próbuje wymusić na Tiao by oddała jej wszystkie swoje najlepsze rzeczy. Dzwoni nawet do niej tylko po to, żeby powiedzieć, że właśnie miała romans z mężczyzną, którego Tiao kiedyś kochała.

Za co polubiłam Tiao?

Tiao jest zwykłym człowiekiem – ulega swoim słabościom i złości, ale stara się też z pokorą znosić złośliwości siostry, ponieważ ją kocha. Jest też do bólu szczera, co nie zawsze wszystkim się podoba. Jej relacje z Fan są straszne – praktycznie usługuje i ustępuje młodszej siostrze we wszystkim, a ta w ogóle tego nie docenia. Jeśli nie dostaje od Tiao tego, czego chce, nawet jeśli jest to najbardziej absurdalne albo niemożliwe, to złości się i obwinia ją za wszystko. Fan była postacią którą polubiłam zdecydowanie najmniej.

Książka, choć nie zawiera mnóstwa wątków i niesamowitych zwrotów akcji jest bardzo ciekawa, choć momentami infantylna – ale odniosłam wrażenie, że to jest właśnie taki chiński styl – nieco dziecinny, prosty i szczery. Mimo dużej objętości przeczytałam książkę bardzo szybko i czułam się usatysfakcjonowana tym, co pokazała mi Tie Ning.

Podsumowanie.

Jeśli więc chcecie spędzić czas w towarzystwie dobrej literatury pięknej w chińskim wydaniu – Kobiety w kąpieli na pewno przypadną Wam do gustu.

Bajki na leśnych ścieżkach 

Bajki na leśnych ścieżkach 

Kiedy zobaczyłam książkę Bajki na leśnych ścieżkach od Wydawnictwa Dygresje to postanowiłam spróbować swoich sił w bajkach. Od razu pomyślałam o pewnej wspaniałej osobie, które spodziewa się synka, wiedziałam więc, że książka się nie zmarnuje.

O czym są Bajki na leśnych ścieżkach? 

Raptem 50 stron to rymowanki podzielone na kilka bajek dotyczących życia w lesie. Spotkamy więc tam chorą żabkę szukającą doktora i a potem wracającej na wesele innych żab. Poznamy też misia, który na obiad postanowił zjeść rybkę i znanego dobrze Puszka, Reksia i koziołka w nowym wydaniu. Całość jest rymowana, przejrzysta i opatrzona wieloma pięknymi rysunkami. To właśnie one sprawiły, że lektura była bardzo przyjemna i pomogła zwizualizować sobie wszystkie opowiadania.

Każda bajka niesie ze sobą puentę, która mówi dzieciom jakie wartości powinny wyznawać.  Przedstawiają też krótką historię mającą uczyć cierpliwości i uwagi. Wszystkie opowieści niosą ze sobą delikatnie rozbudowaną fabułę, przez co rodzic też nie będzie się nudził. Bardzo spodobał mi się także kwadratowy i lekki format książki, naprawdę bardzo ładnie wydana książka. Myślę, że dzięki temu będzie zdecydowanie dobrym pomysłem na prezent.

Rymowane opowieści. 

Jedyne do czego mogę się przyczepić i co utrudniało mi czytanie to rymy, które nie zawsze były takie same. W większości przypadków słowa rymowały się między połową a końcówką wersu, ale czasem zdarzały się dwie linijki kiedy ostatnie słowa się ze sobą rymowały, tak zwane rymy AA, czasem ABBA, a w niektórych przypadkach rymu w ogóle nie było. Wybijało to trochę z rytmu czytania, który był ładny i śpiewający – póki nie natrafiło się na kamień.

Podsumowanie. 

Cieszę się, że ta wartościowa bajka trafiła do osoby, która zrobi z niej fantastyczny użytek. Jeśli chcecie podarować jakiemuś dziecku ciekawe i ładne bajki – Bajki na leśnych ścieżkach będą idealnym wyborem.

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Dygresje.

Dygresje-Logo-białe-e1466071874693

Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie 

Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie 

Przypomniałam sobie o tej książce czytając Ocalałe, które strasznie mnie pochłonęły. Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie może nie jest tak fenomenalna, ale mnie bardzo się spodobała swojego czasu. Myslę, że warto ją tutaj przypomnieć ze względu chociażby na podobną tematykę i konkurs, jaki rozgrywa się na moim Instagramie z okazji 500 obserwatorów.


Domestic noir w nowym wydaniu. 

To debiutancka powieść Jessiki Knoll, zakwalifikowana do zupełnie nowego nurtu jakim jest domestic noir. Jest to kryminał mocno połączony z przemocą w najbliższym otoczeniu. Książka szybko znalazła się na szczycie listy bestsellerów i wielokrotnie była porównywana do Zaginionej dziewczyny. Bardziej skłaniałabym się do Mrocznego zakątka. Ekranizacją powieści Jessiki Knoll ponoć już od roku zajmuje się Reese Witherspoon.

Kim jest Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie? To TifAni Faneli, która jest wziętą dziennikarką w jednym z nowojorskich kobiecych pism, zaręczoną z dobrze prosperującym i bogatym prawnikiem Lukiem. Jej życie jest po prostu idealne, chociaż ukryte pod całą masą pozorów i gier. Wszystko zmienia się, kiedy pewien reżyser postanawia nakręcić film dokumentalny o dawnej szkole TifAni, w której doszło do masakry.


Dziewczyna nie jest jedyną, która przeżyła – ale widziała smierć swoich kolegów ze szkoły i wiedziała, że też może zginąć. Swoją historię opowiada dwutorowo – o tym co dzieje się obecnie w jej życiu, ale także o tym, jak doszło do tragicznych wydarzeń w szkole, kto do tego doprowadził i najważniejsze – dlaczego to ona mówiąc prawdę najwiecej straci w życiu.

Kim naprawdę jest TifAni Faneli?

TifAni wzbudza ciekawość, ale nie sympatię. Jest zadufana w sobie, nadmiernie łaknie zrozumienia rówieśników nie zważając na konsekwencje. W dorosłym życiu ukrywa się pod maską pozorów i nie pozwala, aby jej idealne życie choćby na moment wyrywało się spod kontroli.

Podsumowanie.

Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie wzbudziła we mnie dużo emocji. Historia, którą przeżyła była okropna, aż dziwiłam się, że TifAni tak łatwo zmieniła swoje życie i zapomniała o tym, co się działo. Jeśli więc lubicie książki z dreszczykiem i nie przeszkadzają wam niuanse związane z torebkami Chanel i butami od Miu-Miu, to na pewno z przyjemnością przeczytacie tę książkę.

Upadek nadziei

Upadek nadziei

Kiedy przeczytałam opis Upadku nadziei pomyślałam, że książka nie tylko ma potencjał, ale i może okazać się naprawdę ciekawą. Jakie było moje rozczarowanie, kiedy otrzymałam maleńką książeczkę na jeden wieczór.


Tero jest młodocianym złodziejaszkiem, zamieszkującym Beznadzieję, natomiast Rita to przybrana córka jednego z bogatych handlarzy wodą i zarabia uczciwie sprzedając owoce. Miasto, w którym żyją nosi nazwę Nadziei i znajduje się na pustyni – stąd handlowanie wodą stało się bardzo dochodowym zajęciem. W wyniku zbiegu okoliczności i pecha obojga dzieci ich los splata się nierozerwanie i odtąd będą mogli polegać tylko na sobie. A czeka ich nie tylko walka o przetrwanie, ale także i o cale miasto.

Kiedy dziecko silniejsze jest od bandziora.

No właśnie, walka o przetrwanie. Rita, mieszkająca skromnie, acz wygodnie, nie musząca martwić się o swój byt zostaje zesłana do Beznadziei – najbiedniejszej części miasta. Nie ma wcale tak znowu ciężko – skądś ma cały czas pieniądze, dostaje lokum z trzeba pokojami (szkoda, że mnie nikt na taką banicję nie chce wysłać w Krakowie) i codziennie gotuje Teremu jedzenie. Kiedy wpada na pomysł sprzedaży kwiatów o dziwo najbiedniejsi chętnie wydają ostatnie grosze, aby ich balkony wyglądały pięknie. Z tyłu książki znajdujemy też wzmiankę o dżinie, który w całej książce zajmuje miejsce może dwóch stron. Kiedy dochodzi wreszcie do walki okazuje się, że dzieci znacznie lepiej walczą od zaprawionych w bojach zbirów (nawet kupcząca całe życie Rita). Nie ma też w tej książce żadnego złego charakteru, a jeśli już jest – szybko znika pokonany przez dzieciaki, albo okazuje się jednak słodkim bobasem.

W ogóle cała historia ma silne nawiązania do bajki o Alladynie: dżin, latający dywan, Szeheryzadę i nawet samego Alladyna. Zbieżność nazw, nazwisk i motywów wcale nie jest przypadkowa, a mnie wydała się nie tylko zbędna, albo i niepasująca do całej fabuły. W ogóle historia płynie bardzo prędko, niczym górki potok, a na niecałych dwustu stronach, z marginesami na pół kartki i wielkimi literami zmieszczono kilka lat. Duży potencjał, który moim zdaniem został zmarnowany, niewykorzystany i dopchany dobrze znanymi motywami. Jakby autor nie miał pomysłu na dobrą powieść fantasy, więc skorzystał perfidnie z tego, co znał.

Pomylona kategoria.

Po przeczytaniu książki miałam nadzieję, że może jest przeznaczona dla młodzieży – piękne wartości, nieskomplikowana historia, brak czarnych charakterów, nieścisłości (wspomnienie, że przestało padać, by w następnej scenie wspomnieć, że jednak pasa) i naiwność całej historii. Ale niestety nie. Ktoś zakwalifikował tę książkę do fantastyki, w jednej linii z Sapkowskim i Martinem. O zgrozo!

Autor książki Kacper Rybiński to świeżo upieczony maturzysta, który zdawał polską maturę w Szwajcarii. Czytając notkę o autorze miałam wrażenie, że czytam dziecięcy opis, co od razu dało mi do myślenia. Upadek nadziei to jego debiut. Jeśli chodzi o warsztat i pomysł to całkiem udany, niestety wykonanie zbyt naciągane, naiwne i odgapione od innych.

Podsumowanie.

Polecam serdecznie młodzieży (takiej zdecydowanie młodszej), która może wynieść z tej książki dużo dobrych wzorców i poprawny warsztat literacki. Niestety, dla dojrzałego czytelnika (za jakiego nieskromnie się uważam zważywszy na mój wiek) będzie to lektura nieco naiwna i nieoryginalna.

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję Wydawnictwu Dygresje.

Wydawnictwo ze słownikiem 

Wydawnictwo ze słownikiem 

Wielokrotnie zdarzało mi się czytać książki w języku angielskim. Niestety, ma to do siebie, że nie jesteśmy w stanie w stu procentach zrozumieć treści (chyba, że jesteśmy na poziomie naitive speaker). Mimo, że ogólny sens zawsze rozumiałam, to czasem musiał sięgać do słownika, aby poznać znaczenie poszczególnych słów. Ponieważ czytam dużo na telefonie i czytniku, więc wystarczył klik, a aplikacja przenosiła mnie do słownika. Tłumaczył on jednak po angielsku i zawsze istniało niebezpieczeństwo, że jednak czegoś nie zrozumię.

Czytanie po angielsku jest proste! 

Właśnie dlatego uważam, że pomysł, na jaki wpadło Wydawnictwo [ze slownikeim] jest po prostu fantastyczny. Chciałeś przeczytać Anię z Zielonego Wzgórza w oryginale, ale bałeś się, że Twój angielski nie jest odpowiedni? Teraz będziesz musiał wymyślić inną wymówkę, ponieważ na polskim rynku właśnie pojawiły się książki ze słownikiem.

Na czym to polega? Mamy oczywiście oryginalny tekst książki, a przed lekturą listę przydatnych słów. W trakcie czytania trafiamy na wytłuszczone słowa, które znajdziemy w słowniczku na marginesach. Na końcu zaś odnajdziemy spis wszystkich słow użytych w książce. Jeśli więc ktoś podjął decyzję, że to a to słowo nie wymaga wyjaśnienia, a ty mimo to go nie znasz – możesz tam zerknąć.

Nie pozostaje więc nic innego, jak wybrać poziom języka, który nas interesuje (każdy znajdzie coś dla siebie – i ta osoba, która dopiero zaczyna przygodę z językiem i ta, która właśnie zdała egzamin na poziomie C1). Lektura będzie zaskakująco prosta i miła, ponieważ wszystkie przeciwności językowe pomoże nam przezwyciężyć Wydawnictwo.

Plusy i minus – ale maleńki i subiektywny. 

Bardzo podoba mi się ta idea i uważam, że na lekcjach angielskiego uczniowie powinny zmierzyć się chociaż z fragmentami oryginalnych tekstów. Wtedy też Wydawnictwo [ze slownikiem] mogłoby pięknie wspomóc polską edukację. To ważne, aby wiedzieć, znać i rozumieć.


Wersja, którą proponuje Wydawnictwo jest rozwiązaniem dla leniwych, ale nie tylko. Teraz już nie można wymówić się słabym poziomem języka, czy uciążliwym sprawdzaniem nieznanych słow w słowniku. Prosta okładka i proste wykonanie sprawiają, że człowiek skupia się na wnętrzu, a nie na tym, co widzi.

Maleńki minus, który w sumie może przeszkadzać tylko mnie to alfabetyczne ułożenie słow na marginesach. Kiedy chciałam sprawdzić jakieś słowo łapałam się na tym, że patrzę centralnie w bok, szukając zaraz przy nieznanym wyrazie jego wyjaśnienia, natomiast ono ułożone było wyżej, albo niżej – alfabetycznie. To momentami mnie rozpraszało i wybijało z rytmu. I to właściwie tyle co bym zmieniła.

Dla małych i dużych – idealne na prezent. 

Jeśli szukacie ciekawego, pożytecznego prezentu – to będzie moim zdaniem strzał w dziesiątkę. Świetnie się sprawdzi szczególnie dla moli książkowych, albo dla tych, którzy od książek nie stronią, a chcieliby podciągnąć swoj angielski. Najlepiej podobno (oprócz spotkania na żywo z językiem) doskonałą metodą jest właśnie czytanie dzieł oryginalnych.


Mam cichą nadzieję, że Wydawnictwo [ze słownikiem] rozwinie skrzydła i do swojej oferty dołoży również inne języki. Nie ukrywam, że chętnie sięgnęłabym po coś z literatury niemieckiej, a Mojemu Lubemu chętnie kupiłabym coś z portugalskim akcentem (na razie potrafi tylko zamówić piwo).

Reasumując. 

Jeśli chcecie miło spędzić czas przy lekturze klasyki literatury angielskiej i podszkolić swoj język, a w towarzystwie pochwalić się angielskim dziełem – bierzcie te książki w ciemno. Jestem zachwycona pomysłem i cieszę się, że ktoś chce pomagać ludziom. I jak tylko skończę Frankensteina to nieomieszkam  zaopatrzyć się w Dumę i uprzedzenie na poziomie C1/C2 (duma!).

Ah, i nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o pięknie zapakowanych książkach – błękitny papier i naklejka. Niby prosto i z klasą, a pięknie i oryginalnie. Brawo, brawo, brawo!

Za egzemplarze recenzenckie najserdeczniej dziękuję Wydawnictwu [ze słownikiem].