Aplikacje książkoholika

Aplikacje książkoholika

Dzisiaj w dobie komputerów i smartphonów mnóstwo książkoholików używa bardzo wielu aplikacji, które pomagają czytać, notować swoje postępy i ilość przeczytanych książek, obserwować innych czytelników, a nawet publikować swoje własne recenzje. Nie inaczej jest ze mną. Mnóstwo czasu spędzam poza domem, więc z komputera korzystam stosunkowo rzadko (nie wiem tylko po co kupiłam niedawno nowy). Telefon stał się więc chcąc niechcąc moim narzędziem pracy i radości. Pokaże Wam dzisiaj z czego korzystam aby moje książkoholicze życie było o wiele łatwiejsze. 

1. Popularne aplikacje społecznościowe.

Mam tutaj na myśli Facebooka, Snapchata, ale przede wszystkim Instagrama, z którego korzystam zdecydowanie najczęściej. To tam wrzucam zdjęcia, komentuję i podglądam innych – co wstawiają na tablicę i na story, co aktualnie czytają, co właśnie przyszło do nich do domu. Uwielbiam tę aplikację i chociaż ostatnio obraca się bardzo wokół pieniędzy to nadal chętnie tam zaglądam. 

2. Aplikacja do czytania ebooków. 

iPhone ma cudowną aplikację, nazywającą się bardzo odkrywczo iBooks, na której czytam wszystkie ebooki. Ciekawie dzieli pdfy, odtwarza wszystkie rozszerzenia oprócz .mobi (dziwne, że Apple i Kindle jeszcze ze sobą nie współpracują), ściemnia i rozjaśnia automatycznie ekran dostosowując się do oświetlenia. Znakomicie też przewija strony i zapamiętuje gdzie skończyliśmy. Brakuje mi tylko całkiem przydatnej funkcji – ile procentowo zostało nam książki i ile szacunkowo będziemy ją jeszcze czytać. Taką funkcję ma mój Kindle i jestem nią zachwycona (mała rzecz a cieszy). 


3. Aplikacje do obsługi blogów. 

Aby napisać tę notkę weszłam w aplikację WordPress, którą zainstalowałam już na początku blogerskiej kariery. Mam tutaj wszystko pod ręką – kokpit i blogi, które obserwuje. Ta aplikacja jednak nie aktualizuje mojego czytnika innych blogerów tak często jakbym chciała i wiele mi umykało, więc przerzuciłam się na coś innego. I tutaj polecam serdecznię aplikację Bloglovin, gdzie mam zbiór wszystkich ciekawiących mnie blogów. Dostaję powiadomienia o każdym nowym poście, więc jestem na bieżąco.

 

4. Aplikacje graficzne. 

Mój konik. Po prostu kocham te aplikacje, które dają mi mnóstwo radości. Mam oczywiście Pinteresta i Zszywkę. Korzystam też bardzo dużo z Canvy, Titlepic, Repost i Layout. Swoje logo stworzyłam w prostej aplikacji Sketches – polecam pobawić się nią, jest naprawdę bardzo ciekawa. Do obróbki zdjęć używam też mało popularnego, ale bardzo dobrego programu Snapseed. Dzięki Polly z bloga pollyflorence.co.uk zainstalowałam również pierwszą płatną aplikację Afterlight, która okazała się wprost genialna! A kosztowała tylko 5 zł.



5. Aplikacje wspomagające. 

Oczywiście nie obyłoby się bez kilku dodatkowych rzeczy, które wspomagają mnie przy pracy i zabawie. Używam InsFollowers do śledzenia wszystkich podczas konkursów (dużo osób przychodzi tylko po to, żeby wygrać książkę, a potem blokuje mnie). Dodatkowo pomagam sobie Spotify, Goodreads i Issuu, gdzie czytam czasopismo dla blogerów. 

Co kryje Twój telefon? 

Odkryłam, że to potężne narzędzie, które nie tylko służy do dzwonienia. Tutaj mam wszystko w jednym miejscu – mogę przejrzeć wiadomości, skontaktować się z bliskimi, zrobić ciekawe zdjęcia, zabić czas na przystanku, posłuchać muzyki, przejrzeć pocztę i umówić się do lekarza. Szybko zorientowałam się, że dobry telefon plus nielimitowany internet sprawią, że wszystkie moje blogerskie sprawy załatwię na przykład podczas przemieszczania się – praca, Krakus, dom. To ważne, ponieważ czasu u mnie jak na lekarstwo, a z wiekiem coraz gorzej sobie radzę z jego organizacją. 

Macie jeszcze coś ważnego, co powinnam mieć  – a nie mam? Mam nadzieję, że Wy również w tym zbiorze znajdziecie coś ciekawego dla siebie. 

Katedra w Barcelonie

Katedra w Barcelonie

Nie schodziła z listy bestsellerów przez 13 tygodni. Sprzedała się w ponad 6 milionach egzemplarzy. Była debiutem Ildefonso Falconesa, który tworzył ją aż 5 lat, studiując wtedy wnikliwie historię Katalonii. To dobry moment, aby przeczytać fascynującą Katedrę w Barcelonie, zwłaszcza, że dzisiaj swoją premierę ma druga część Dziedzice ziemi od Wydawnictwa Albatros.

Falcones – geniusz powieści historycznych.

O Falconesie i jego innej książce Bosonoga Królowa możecie poczytać tutaj. Dla mnie wszystkie jego książki są naprawdę świetne, ponieważ kreuje niestandardowych bohaterów, realnie komplikuje ich życie, chociaż każdemu daje się zrehabilitować, a tło, na jakim przedstawia akcję jest dopracowane do najmniejszego szczegółu i co najlepsze – historyczne.


Katedra w Barcelonie kręci się wokół prawdziwego wydarzenia, jakim była budowa kościoła Santa María del Mar w Barcelonie przez ubogi lud dzielnicy Ribiera. Arnau Estanyol, główny bohater w wyniku złego zbiegu okoliczności jest zmuszony nająć się jako tragarz, a po pracy pomaga przy budowie kościoła nosząc na plecach najpierw lżejsze kamienie, a potem te najcięższe. Porzucony przez matkę, wychowany przez ojca, który uciekł do Barcelony przed feudalizmem, w towarzystwie przyrodniego brata Joana czuje się samotny i zagubiony.

Jego historia jest okropna. Bernat Estanyol w dniu swojego ślubu musi oddać prawo pierwszej nocy swojemu panu feudalnemu. Ku jego największemu zadowoleniu piękna żona wkrótce rodzi syna, który ma takie samo znamię jak Bernat. Nie ochroni to jednak maleńkiego Arnau przed odrzuceniem skrzywdzonej kobiety, mającej żal do męża. Została gwałcona przez pana feudalnego i to położy się cieniem na jej życiu. Już wkrótce porzuci ich obu, a oni wyjadą do Barcelony szukać szczęścia poza feudalnymi okowami. Nic jednak nie jest takie proste i Bernat ginie w czasie zamieszek pozostawiając wystraszonego syna na łaskę obcej kobiety i przybranego brata.

Kim jest Arnau?

Chłopiec dorasta wśród biednych ludzi z miasta, swoje całe życie poświęca na ciężką pracę oraz pomoc przy budowie kościoła. Nie jest tak zdolny jak przyrodni brat, który wyjeżdża w końcu na zagraniczne studia i postanawia zostać księdzem. To prosty, poczciwy chłopak, któremu los nie zawsze sprzyja. Wszystko co osiąga (a osiąga bardzo dużo) dostaje dzięki swojej ciężkiej pracy. Niczego nie kradnie, wykorzystuje tylko swój spryt i inteligencję. Jest przedsiębiorczy i empatyczny, przez co lubiany przez tych mniejszych, a tłamszony przez zazdrość tych większych.

W książce poznamy wiele innych osób, każda ze swoją historią. Przez to odnosimy wrażenie jakbyśmy byli w samym sercu powieści i żyli w niej poznając wszystkich dokoła nas. To zwykli ludzie – ulegający swoim namiętnością i próbujący być szczęśliwymi. Liczne zwroty akcji, polityka, społeczne niepokoje oraz religia sprawią, że staną przed wieloma wyborami i nie raz zaskoczy nas to, co się wydarzy.

Podsumowanie.

Bardzo serdecznie polecam tę książkę – wspaniała powieść historyczna, dopracowana w najdrobniejszym szczególe. A jednak czytając ją w ogóle nie zorientujecie się jak potężną dawkę wiedzy otrzymaliście. Świetne pióro autora przeprowadzi Was przez fabułę tak, że nawet nie zauważycie, że już ją kończycie. 

Dzisiaj swoją premierę ma kontynuacja Katedry w Barcelonie, za którą serdecznie dziękuję Wydanwictwu Albatros! To była wspaniała niespodzianka! 


Dżentelmen w Moskwie

Dżentelmen w Moskwie

Hrabia Aleksander Ilijcz Rostow to prawdziwy dżentelmen – chodzi do teatru i opery, co tydzień strzyże się i goli, zjada obiady i kolacje w najlepszych restauracjach popijając je najlepszym winem. Oczywiście ściśle dopasowanym do spożywanej potrawy. Jest dżentelmentem w każdym calu, jednak jeden wiersz wszystkiego go pozbawił. Pozornie. Hrabia zostaje skazany przez bolszewickie władze na areszt domowy w niewielkich rozmiarów pokoju w hotelu Metropol.

Kim jest autor?

Amor Towles to amerykański pisarz znany ze swojej bestsellerowej powieści Dobre wychowanie. Wielokrotnie nagradzane dzieło, przetłumaczone na bardzo wiele języków przyniosło mu sławę i rozgłos. To prawdziwa gratka dla tych, którzy kochają Śniadanie u Tiffaniego i Wielkiego Gatsbiego. Kolejna książka Dżentelmen w Moskwie to bestseller, który trafił na sam szczyt najlepszych powieści według New York Timesa. Czy słusznie?

Hrabia Rostow prowadzi życie prawdziwego arystokraty i dżentelmena. Dodatkowo każdy jego ruch i wypowiedź świadczą o jego doskonałym wychowaniu. Zna się na winie, teatrze i kobietach. Nigdy nie traci też rezonu oraz spokoju ducha – nawet w momencie kiedy ktoś zupełnie bez przyczyny obcina mu jedną część okazałych wąsów. Za sprawą jednego wiersza trafia jednak do aresztu domowego i musi do końca życia pozostać w ciasnym pokoju w hotelu Metropol. Pozbawiony wielu cennych przedmiotów, możliwości wyjścia i spotkania z przyjaciółmi chce wciąż pozostać sobą i przede wszystkim dżentelmenem. Przystosowuje więc hotel do swoich potrzeb i odnajduje tam nawet więcej niż na wolności.

To tam powiększa swój pokój, znajduje wymarzoną pracę, przyjaciół oraz małą Ninę, która uczy go jak poruszać się po hotelu. To za jej sprawą wkrótce całe jego życie wywróci się do góry nogami, a on pozna prawdziwy sens życia.

Książka – geniusz!

Kiedy zaczęłam czytać tę książkę wiedziałam, że to będzie coś naprawdę świetnego. Hrabia był pełen spokoju ducha, zawsze reagował bardzo dyplomatycznie i właściwie – nawet w trudnych sytuacjach. Potrafił nawet niezbyt łaskawy los tak obrócić, aby wyjść z całej sytuacji zwycięsko. Przystosował hotel do własnych potrzeb i uczynił z niego miejsce, które odpowiada jego wymaganiom. Dzięki temu mógł dalej robić to, co definiowało go jako dżentelmena.

Byłam pełna podziwu jak hrabia ze spokojem przyjmuje wszystkie ciosy. Nie złościł się i irytował, zawsze pomagał ludziom dbając jednocześnie także o własne interesy. Tak umiejętnie lawirował, że zjednywał sobie nawet tych, którzy początkowo bardzo go nie lubili. A fabuła? Pełna ciekawych zwrotów akcji, chociaż przecież prawie wszystko odbywa się w jednym hotelu. Ciągle jednak towarzyszymy hrabiemu w różnorodnych rozrywkach, poznajemy nowe osoby i czytamy o przysznościach jakie serwowano w restauracji.

Dlaczego warto?

To świetna powieść z górnej półki, przedstawiająca pierwszą połowę XX wieku w Moskwie, podczas ogromnych zawirowań politycznych i drugiej wojny światowej. To jednak wszystko schodzi mocno na drugi plan – bowiem zamknięty w hotelu hrabia nie do końca przejmuje się tym, co na zewnątrz. Znajdziemy w tej książce mnóstwo ciepła, radości z życia i dowodów, że prawdziwe bogactwo jest w nas samych i nie potrzebujemy całej tej otoczki. Jeśli lubicie klasykę literatury – to coś idealnego dla Was. 

Nie przeczytacie tego w jeden wieczór. I dobrze, bo za szybko skończona lektura może stać się powodem frustracji. Rozłóżcie sobie dobrze tę książkę, a będziecie delektować się tym uroczym i świetnym dziełem przez wiele dni.

Premiera książki: 27 września.

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova.

Czaromarownik

Czaromarownik

Wiele z nas chętnie używa wszelakiego rodzaju kalendarzy – ściennych, w formie notatnika, postawionego na biurku, a nawet takiego w telefonie. Ale czy ktokolwiek z Was dba przy okazji o to, aby wynieść z kalendarza jeszcze więcej? 

Magiczna moc Czaromarownika.

Czaromarownik nie jest zwykłym kalendarzem. Znajdziecie tam ciekawe cytaty, horoskop, wiele porad (nie tylko tych magicznych) i oczywiście standardowe rzeczy typu imieniny czy święta. Na początku możecie przeczytać krótki horoskop na 2018 rok (matko to już tyle lat?!). Oczywiście, jak to z horoskopami bywa ten również jest dosyć tendencyjny, ale mnie usatysfakcjonował – kolejny rok ma być dla mnie wyjątkowo pozytywny. 


Znajdziecie tam również wiele porad – jakie kamienie szlachetne do Was pasują, co można zrobić z pestką awokado, niezbędne ubrania w szafie i tak dalej. Cała masa tego, co w zasadzie już znamy z innych poradników w jednym miejscu. Zmartwiła mnie tylko jedna rzecz: dokładna instrukcja pisania tradycyjnych listów. Czy w dzisiejszych czasach trzeba kogoś tego uczyć? Naprawdę? To straszliwie smutne. 

Jak wyglada ten kalendarz? 

Moim zdaniem jak na Czaromarownik jest bardzo surowy – wykrój czcionki i projekt stron przypominają mi najzwyklejszy, biurowy kalendarz. Spodziewałam się, że z każdej strony spadnie na mnie faktycznie magia, ale niestety. Rozczarowałam się tym mocno, ale mam nadzieję, że wynagrodzi mi to przyzwoite wydanie papierowe. 


Mnóstwo tekstów oczywiście dotyczy spraw magicznych – magia kolorów, kamieni, zapachów, znaków zodiaków. Wiele dotyka również spraw bardziej przyziemnych – co zrobić aby lepiej się czuć, triki do wykorzystania w domu i kuchni. Ciekawe, ale nieodkrywcze jak dla mnie, chociaż komuś mogą się rzeczywiście przydać. 

Podsumowanie.

Przepiękna okładka no i kalendarz, który możecie dowolnie dostosować do siebie. Jest dużo miejsca na własne notatki i przemyślenia, ciekawych informacji okołomagicznych. Niestety, liczyłam na więcej i miałam nadzieję, że grafika środka zwali mnie z nóg. Tak się nie stało, dostałam biurowy kalendarz z garścią ciekawych informacji. 

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję Grupie Wydawniczej Illuminanto. 

Finalnej wersji jeszcze nie posiadam, dlatego zdjęcia w mojej aranżacji zobaczycie trochę później. 

Po linii prostej 

Po linii prostej 

Seria książek kryminalnych o komisarzu Dixonie rozpoczyna się tytułem Po linii prostej. Autor, Damien Boyd wykorzystuje w niej swoją prawniczą wiedzę i częstuje czytelnika doskonałą, ponoć bardzo poczytną literaturą. Ale czy aby na pewno?

Kim jesteś komisarzu Dixonie? 

Komisarz Dixon przenosi się z Londynu, porzuca dobrze prosperujące stanowisko dla niższego w rodzinnym mieście. Jest bardzo inteligenty, szybko wpada na kolejne tropy, a jego pomysły zawsze są trafione. Kiedy więc jego były partner wspinaczkowy ginie w tragicznym wypadku za równo komisarz jak i rodzice zmarłego wiedzą, że ktoś przyłożył do tego rękę. Komisarz przygląda się więc śledztwu, poucza żółtodziobów, którzy w zasadzie nic nie robią, aby sprawę rozwiązać. Równocześnie prowadzi własną, dużą sprawę włamywaczy.

Miasteczko do którego wraca komisarz jest niewielkie, jednak na tyle duże, aby nie wszyscy się znali. Nie widzimy też na horyzoncie w zasadzie nikogo znajomego komisarza oprócz rodziny zmarłego i jego samego. To trochę dziwne biorąc pod uwagę, że to rodzinne miasto Dixona.

Komisarz ma też psa, Montiego, którego niemalże przez 80% akcji w książce trzyma w samochodzie. Często zostawia tam psa nie bardzo się nim martwiąc (chociaż nigdy nie zostawił samochodu w słońcu, to fakt). Odnosilam jednak przez to wrażenie, że pies jest trochę na siłę i w zasadzie autor sam nie wie co ma właściwie z nim zrobić.

Lekka, przyjemna i bez szału. 

Książkę skończyłam czytać w jeden dzień. Zagadka, którą trzeba było rozwiązać była dosyć prosta i niezbyt pogmatwana. Szybko można było się odnaleźć w tej historii i przejrzeć niektóre fakty. Podejrzewałam też kto jest mordercą. Jednak ostateczne rozwiązanie sprawy trochę mnie zawiodło – odkrycie prawdy zajęło pięć stron, a komisarz stał jak słup soli i patrzył na rozwój wypadków zamiast działać.

Odnosiłam też wrażenie, że wszystko mu się udaje i wszystko wie. Naraził niewinnych ludzi na ogromne niebezpieczeństwo bez zmrużenia okiem. Nie wydaje mi się, że ktokolwiek podjałby taką decyzję bez zastanowienia.

Podsumowanie. 

Żadnego szału, chociaż czytało się naprawdę przyjemnie. Trochę za mało komplikacji jak dla mnie w życiu tego człowieka – też tak chcę. Uważam też, że książka mogłaby być trzy razy grubsza – wtedy wszystkie wątki zostałyby ładnie rozwinięte, a nie ledwie liźnięte.

Recenzję tej książki możecie również przeczytać u Weroniki.

Za udostępnienie egzemplarza z ciekawą okładką dziękuję Wydawnictwu Editio Black.

Domowy survival

Domowy survival

Domowy survival to kanał na YouTube, ale także książka, która ukazała się nakładem Flow Books. Chociaż Krzysztofa Lisa i Artura Kwiatkowskiego, czyli autorów jednego i drugiego nigdy nie słuchałam/czytałam, to jednak pomyślałam, że ta książka może być dla mnie. Jak radzić sobie z kryzysem w domu. Taki poradnik dla małej złotej rączki. Niestety, dosyć mocno się pomyliłam, najpewniej przez to, że czytając opis z tyłu książki z podekscytowania założyłam coś zupełnie innego.

Zawsze radziłam sobie jakoś sama. Odkąd mam Lubego, który w pracach typowo męskich w domu jest mistrzem – nie muszę się trudzić i kminić. Kiedyś jednak byłam zdana sama na siebie i metodą prób i błędów zawsze sobie radziłam. Pomyślałam więc, że jeśli przekonam się co powinnam robić kiedy wysiądzie mi prąd, albo jak przygotować się na kryzys będzie mi o wiele łatwiej.

Jak przetrwać atak zombie?

Co zrobić kiedy w mieszkaniu, całym bloku, albo całym mieście nagle zamknięty zostanie dopływ wody. Na jeden dzień – w porządku, jakoś sobie każdy poradzi, ale jeśli stan ten utrzyma się to wkrótce zniknie cały zapas ze sklepów. Pomysłowy Dobromir jednak skorzysta wtedy z rezerw, które zachomikował pod łóżkiem i z tego, co zostało mu jeszcze w spłuczce (zresztą tam też może przechowywać pieniądze). Na kryzys też dobrze przygotować się magazynując jedzenie, a najlepiej zakopując je w ogródku. Można też hodować kury i zrobić sobie ogródek na balkonie.

Wszystkie rady na pewno są bardzo przydatne, ale moim zdaniem  mocno przesadzone. Autorzy książki podchodzą do tego wszystkiego jakby jutro miało nigdy nie nadejść. Jakby kataklizm był nie tylko realny (o czym każdy zwykły człowiek bardziej lub mniej zdaje sobie sprawę), ale przede wszystkim gwarantowany w najbliższej przyszłości. Powinnam zatem wynająć większe mieszkanie (a najlepiej je kupić, i to za swoje, nie za kredyt, no bo kataklizm), tam magazynować wodę, kuchenkę turystyczną, paliwo, opał, koce, jedzenie, rośliny i zwierzęta. Chociaż to i tak może na nic się zdać, bo szabrownicy.

Niepokój, wszędzie niepokój!

Przyznam szczerze, że czytając tę książkę popadłam w lekką paranoję. Miałam wrażenie, jakby za oknem czaili się szabrownicy, czekający na kryzys, który zaraz ogłoszą w telewizji aby wynieść z mojego mieszkania nieliczny dobytek jaki mam. Czułam się cały czas jak taki beztroski człowiek, który nie magazynując wody pod łóżkiem i nie wożąc w samochodzie siekiery (jakby drzewo zwaliło się na drogę żebym miała czym je wyciupać), albo nie posiadała dwóch kart kredytowych w dwóch różnych bankach naraża siebie na rychłą zgubę. Jakby autorzy wiedzieli więcej niż ja. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że często zdarzają się kataklizmy, które niszczą ludzkie życie i ich dobytek i to, że mnie to omija to nie znaczy, że zawsze tak będzie, no ale bez przesady. Nie dajmy się zwariować i żyjmy, cieszmy się tym w granicach rozsądku. Nie można przygotować się na wszystko.

Denerwujące było również to, że dużo rzeczy zawartej w tej książce wymagało odrobiny wiedzy technicznej i opowiadano od tej strony o wielu urządzeniach i rozwiązaniach. Zdecydowanie nie była to lektura dla kobiety, której humanistyczny umysł był odporny na wszystkie napięcia i przetworzenia prądu stałego w zmienny, pojemności akumulatorów i tym podobne. Rozdział o rodzajach kuchenek turystycznych był dla mnie wyjątkowo nużący.

Dla kogo ta książka?

Na pewno dla ludzi, którzy lubią być gotowi na każdą ewentualność, albo lubią biwakować i chętnie coś takiego przeczytają. Myślę też, że w Ameryce, w dobie budowania własnych schronów mogłaby sprzedać się w niebotycznych ilościach. Nie jestem pewna czy w Polsce osiągnęliśmy ten stan, kiedy boimy się kataklizmu i najazdu UFO. Jeśli jest inaczej – bardzo Was proszę, oświećcie mnie! W zamian mogę wymienić się wiedzą jakie rośliny możemy jeść i gdzie i na co najlepiej polować jeśli jedzenie będziemy musieli zdobywać w lesie.

Zdecydowanie nie polecam tym, których techniczne możliwości niektórych urządzeń nie interesują. Jeśli jednak wolisz dmuchać na zimne, mieszkasz w dużym domu, najlepiej z ogrodem i wiedzie Ci się nie najgorzej – cóż, powinieneś zapoznać się z Domowym survivalem i przygotować się na ciężkie czasy.

26 faktów o mnie 

26 faktów o mnie 

Dzisiaj postarzałam się o kolejny rok. Chociaż wcale tego nie czuję, to jednak pnę się ku dorosłości. Na jednym z blogów zobaczyłam kiedyś posta, który mówił o autorce tyle faktów, ile właśnie wybiło jej lat. Aż wstyd się przyznać, że ja ma ich już tyle, a bloga założyłam pół roku temu. Tyle zmarnowanych lat!

Poczytajcie zatem o 26 faktach o mnie, o których na pewno nie mieliście pojęcia.

  1. Ciagle pytają mnie o dowód. Niezmiennie od kilku lat ciagle słyszę, że dowodu to ja raczej nie posiadam. Jest to z jednej strony słodkie i miłe, a z drugiej upierdliwe i czasem przykre, kiedy zrzędliwa Pani uparcie twierdzi, że nie mam prawa kupić piwa.
  2. Nienawidzę pociągania nosem. Serio, nie przeszkadza to ludziom, że ich nos wypełnia spływająca zgodnie z prawami grawitacji wydzielina? Dźwięk jest straszny. Zwłaszcza, kiedy piękna, wypachniona Pani ma pieniążki na kosmetyczkę, ale na chusteczki już nie i ostentacyjnie pociąga nosem. Chyba po to, żeby ktoś jej pożyczył.
  3. Strasznie szybko się denerwuję. Najlepiej  wiedzą o tym moi najbliźsi. Zadasz mi o trzy pytania za dużo jak przeglądam fejsa? Złość. Nie słuchasz mnie gdy do Ciebie mówię? Złość. Cokolwiek. I niestety, nie za bardzo nad tym panuję, chociaż bardzo się staram. Może to już jakaś choroba?
  4. Uwielbiam wszystkie prace manualne. W szkole kochałam plastykę i tak mi zostało – zawsze coś skropię, lubię coś malować, lepić z plasteliny, dłubać.
  5. Studiowałam historię i przez pierwszy rok po studiach pracowałam nie tylko w zawodzie, ale i w pracy marzeń. Pewny niefortunny zbieg okoliczności sprawił, że musiałam podjąć najtrudniejszą decyzję w życiu (której niestety nie żałuję) i zostać księgową.
  6. Jestem księgową, a nienawidziłam matematyki i nie potrafię liczyć (chociaż z matury podstawowej zgarnęłam ponad 70%!). Nawet moja mama, kiedy dowiedziała się, że będę księgową wykrzyknęła: „ależ ty nie umiesz liczyć Myszko!”.
  7. Nie lubię dzieci. Na palcach jednej ręki mogłabym policzyć te, które są fajne, i to pewnie dlatego, że nie są moje.
  8. Boję się kur. Chociaż wychowałam się na wsi te stworzenia mnie trochę przerażają (w końcu to potomkowie dinozaurów!).
  9. Nie lubię książki Władca Pierścieni. Nie trafiła w moje gusta, które nakazują mi kochać fantastykę miłością bezgarniczną, ale słyszałam kiedyś opinię, że jeśli chodzi o klasyki, to często nie spełniają oczekiwań wiernych fanów gatunku.
  10. Nie czytam książek w łóżku. Jeśli chcę poczytać coś przed snem to jak najbardziej, ale na dłuższe czytanie nigdy do łóżka nie wchodzę, bo… zaraz zasypiam.
  11. Jeżdżę Peugeotem 206. Mój ukochany samochód, który przeżył już ze mną niejedno, który jest mega wygodnym do spania i przyprawia o zdziwienie gości w wypasionych furach kiedy mijam ich na autostradzie.
  12. Nie cierpię wszystkich Zmierzchów, Greyów i innych „hitów”. Nie oceniam tych, którzy to lubią, ale są to książki, których nie lubię (ale nie krytykuję) mimo, że ich nie czytałam.
  13. Zawsze dowiaduję się o wszystkim ostatnia. Dosłownie.
  14. Nie mam podzielnej uwagi. Kiedy przeglądam Facebooka albo Instagrama trzeba zwrócić moją uwagę żebym się oderwała. Inaczej nie usłyszę ani jednego słowa.
  15. Jestem jak słoń w składzie porcelany. Tam coś strącę, tu się czymś obleje. Najgorzej jest na rowerze – czuję się wtedy taka niezdarna.
  16. Jestem straszliwie zapominalska. I już nie raz przez to cierpiałam, najczęściej na ból nóg i stracony czas.
  17. Od kilku lat mam nawrót choroby lokomocyjnej i nie mogę w autobusie nawet przeglądać telefonu.
  18. Nie piję kawy. Ani mi nie smakuje, ani nie działa, boli mnie po niej tylko głowa, a czasem brzuch.
  19. Cierpię na zespół pieśni i tańca. Śpiewam i tańczę w zespole ludowym, który kocham ponad wszystko i dzięki któremu odbyłam najdalszą podróż w moim dotychczasowym życiu.
  20. Na lewej siatkówce mam pęknięcie – pamiątka po nieleczonym zapaleniu spojówek od zatarcia oczu balsamem. Nie pytajcie.
  21. Boję się burzy. Jak koty i psy.
  22. Jestem gadżeciarą. Lubię ładne telefony, komputery, aparaty i inne.
  23. W liceum pisałam książki. Oczywiście do szuflady, głównie fantasy, zawsze bardzo długaśne (kto by to czytał!). Skończyłam ich pięć. Nie, nie ujrzą światła dziennego.
  24. Nie lubię swoich urodzin. Nie dlatego, że się starzeję, tylko jakoś tak zawsze mam wtedy zły dzień.
  25. Nie maluję paznokci. W ogole oprócz obcinania nie robię przy nich nic. Kiedyś miałam z nimi straszne problemy i dlatego zabiegi pielęgnacyjne nie są dla mnie.
  26. Moja najdalsza podróż odbyła się w tamtym roku i była wycieczką do Chin.

Czego bym sobie życzyła na te 26 urodziny? Prywatnie trochę więcej opanowania i spokoju, a zawodowo? Przesyłki. Takiej prawdziwej przesyłki kreatywnej, przeznaczonej dla blogerów, z książką i czymś, co ma mnie zachęcić do jej przeczytania. Ale do tego jeszcze długa droga.

Kilka słów o bookstagramie 

Kilka słów o bookstagramie 

Konto na Instagramie założyłam dawno temu. Było oczywiście prywatne i pokazywałam tam ważne dla mnie chwile. Kiedy jednak założyłam bloga postanowiłam na Instagramie nie dzielić się tak radośnie życiem prywatnym, a książkowym. Patryknęłam parę fotek, wymieszałam z innymi i… efektu nie było. Aż pewnego razu coś zaskoczyło.

Początki zawsze są trudne – mówili. 

Pamietam to jak dziś. Dostałam od kochanej Edytki Życie pasterza, na które zachorowałam na długo zanim książka w ogóle powstała. Była w fazie planów, a ja już wiedziałam, że to będzie to. Dawno temu (mam wrażenie, że to było w poprzednim życiu) miałam jechać do Australii paść baranki. Nigdy do tego rzecz jasna nie doszło, ale miłość do owiec pozostała na zawsze. Kiedy więc dostałam Życie pasterza bez wahania zabrałam książkę w plener i zrobiłam moją pierwszą Instagramową fotkę. A potem kolejną, która… zdobyła naprawdę dużo serduszek! Wtedy zorientowałam się, że to chyba jest to. Zaskoczyłam.

Moje zdjęcia ewoluowały, a mnie przybyło nowych obserwatorów. Nie zaczynałam od zera, ponieważ przerobiłam prywatne konto (z trochę ponad setką znajomych) na publiczne. Ci znajomi, którzy nie chcieli tego widzieć wypisali się, ale sporo wspiera mnie i cieszy się razem ze mną. Kiedy pęknie pierwszy tysiąc planuję niespodziankę! Wracając jednak do rzeczy: nie zaczynałam od zera, ale z każdego „nieznajomego”, który zostawał cieszyłam się potrójnie.

Kiedy do bałaganu wkrada się chaos. 

I tak pewnego dnia zauważyłam, że moje zdjęcia to misz-masz. Pomalowałam więc stare deski białą farbą i na ich tle robiłam zdjęcia. Były niewielkich rozmiarów, dlatego spokojnie mieściły się w moim bagażniku i raz nawet zabrałam je na wyjazd z przyjaciółmi do Mucharza.

Na tym pamiętnym wyjeździe mój bookstagram przeżył prawdziwe Katarsis. Narzeczony mojej koleżanki wiedziony moją desperacką prośbą na Facebooku o kawałek drewna przywiózł mi… wspaniałe deski. Możecie je teraz cały czas zobaczyć na moich zdjęciach i przyznajcie, że są świetne. Byłam i jestem nimi zachwycona, a ich rozmiar sprawia, że mam dwa zestawy – w Krakowie i w domu i pełną swobodę w pracy.

Usłyszałam kiedyś, że wkrada się do mnie monotonia, więc postanowiłam w kontrolowany sposób ją przełamać – dodać czasem coś na trawie i tle chmur. Jednak do każdej książki staram się tak dopasować przedmioty, które dodaje, aby oddawały jej treść. Niestety, niewiele u mnie znajdziecie zwierząt czy ludzi. Mam zamiar wprowadzić cykl z książkami „na ludowo”, gdzie pojawi się trochę innych i mnie, ale póki co zobaczycie tylko przepiękną Martę.

Z kolei moje zwierzęta to wyjątkowo niefotogeniczne stworzenia. Tutka czasem daje się ładnie sfotografować, ale bez książki, chociaż z książka też nie jest źle. Pusia w ogóle jest niezainteresowana aparatem, a August to czarny, puchaty kot, który nienawidzi głaskania i na zdjęciach jest czarną plamą z oczami.

Czemu tak kocham to miejsce w sieci?

Bookstagram w obecnym stanie daje mi ogromnie dużo radości. Poznałam wielu ciekawych ludzi dzięki niemu i doświadczyłam jak to jest być człowiekiem, do którego wydawnictwa same piszą z propozycją książki do recenzji. Ale przede wszystkim kiedy mam zły dzień i wszystko idzie nie tak – ci ludzie tam są, pomagają, pytają, pocieszają. Są czasem bardziej empatyczni niż ci, którzy widzą na żywo worki pod oczami czy smutek.

Wkładam wiele pracy w to, co robię i staram się, aby wszystko było dopięte na ostatni guzik. Przygotowuję przedmioty, ustawiam, kombinuję, a bardzo często nawet parzę kawę mimo, że jej nie piję. Czego się jednak nie robi. Buszując po sklepach wypatruję przedmiotów, które mogą ładnie wyglądać na zdjęciach i hoduję nawet kwiaty!

Oto krótka historia mojego bookstagrama. Jeśli chodzi o techniczne nowinki, to chętnie podzielę się z Wami tym, co wiem (chociaż nie jest tego zbyt wiele, bo wciąż sama się uczę).

A jaka jest Wasza historia? Macie swoje miejsce w sieci do którego wracacie najchętniej?

Tajemnica wyspy Flatey

Tajemnica wyspy Flatey

Kiedy na małej, bezludnej wysepce zostają odnalezione zwłoki człowieka, który zmarł z wycieńczenia policja rozpoczyna śledztwo. Dla małej społeczności pobliskiej wysypu Flatey w Islandii to prawdziwy szok, zwłaszcza, że to jej mieszkańcy są podejrzani.

Islandzki kryminał. 

Viktor Arnar Ingólfsson to ponoć jeden z bardziej poczytnych autorów kryminałów w Islandii. Niestety, ja usłyszałam o nim dopiero po raz pierwszy, ale nie było to wcale spotkanie pełne rozczarowań. Wcale nie dziwi mnie jednak fakt, że autor jest mało znany. Czytałam kiedyś książkę o Isnadii i dowiedziałam się z niej, że zdecydowana większość Islandczyków pisze z powodzeniem książki.

Społeczność wyspy Flatey to zaledwie kilkadziesiąt osób, ścisłe ze sobą związanych. Każdy z nich ma swoje tajemnice i bolączki. Kiedy na pobliskiej bezludnej wyspie zostają znalezione szczątki człowieka przedstawiciel prefekta Krajtan rozpoczyna śledztwo. Szybko okazuje się, że człowiek, który zmarł z wycieńczenia nie trafił tam przez przypadek. Tropy prowadzą do jednego z naukowców oraz do starej kroniki Flateyjarbók. Ponoć rozwiązania starej zagadki podjął się właśnie zmarły, a klucz schowany przez niego w kieszeni sprowadził nieszczęście. Krajtan mimo niechęci do prowadzenia tego typu spraw próbuje rozwikłać tajemnicę.

Mroczna historia w malowniczej oprawie. 

Islandia stała się dla mnie miejscem, do którego chcę pojechać, dlatego z przyjemnością sięgnęłam po książkę. Nie zawiodłam się, ponieważ zobaczyłam nie tylko ciekawe krajobrazy, ale także mentalność tamtejszych ludzi. Poznamy przywiązanych do prymitywnego życia mieszkańców Domu na Skraju, młodą lekarkę Johannę, ciekawskiego wójta i zabobonnego kościelnego. Spotkamy też całą masę pobocznych postaci, dowiemy się co nieco o nieboszczyku, czy poznamy kulisy pracy policji.


Zagadka, do odgadnięcia której wszyscy dążą jest wplątana na koniec każdego rozdziału. Czytelnik może zatem zapoznać się z nią i próbować ją rozwiązać razem z bohaterami. Usłyszymy też coś niecoś o tym ciekawym zbiorze sag i legend islandzkich. Dowiemy się też sporo ciekawostek z nimi związanych, które powtarzają bohaterowie.

Zagadka śmierci profesora, a potem kolejnej nie jest jakaś bardzo skomplikowana, ale też niezupełnie oczywista. Przez długi czas nie domyslalam się kto jest mordercą, dlatego z przyjemnością brnęłam w książkę. Gdzieś mniej więcej w połowie trochę znudziło mnie, że nadal szukają jakichkolwiek poszlak o pierwszym trupie, ale kiedy wszystko nabrało tempa czytało mi się już dobrze.

Podsumowanie. 

Ciekawa lektura, przedstawiona na tle malowniczej wyspy i isnaldzkiej mentalności ludzkiej. Przyjemna, na nudny wieczór, niezobowiązująca i niewymagająca wielkich przemyśleń i dociekań. Czytało mi się to bardzo lekko i uważam ten czas za jak najbardziej udany.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Editio Black.

Kobiety w kąpieli

Kobiety w kąpieli

Książki o Chinach nigdy nie były dla mnie czymś niesamowitym, ale na półce już bardzo długo kurzyły się Kobiety w kąpieli, więc w końcu postanowiłam po nie sięgnąć. Bardziej z przymusu, niż z ochoty, chociaż byłam bardzo ciekawa co Tie Ning ma mi do powiedzenia.

Książka została mocno doceniona w Chinach i nominowano ją do azjatyckiego Bookera w 2012 roku. Specyficzny tytuł nawiązuje do intymnych chwil  w których człowiek jest całkowicie sobą i nie ukrywa niedoskonałości pod ubraniem. W tej książce właśnie tak oglądamy kobiety – w niewygodnych, intymnych i niezwykle trudnych sytuacjach.

Kim są kobiety w kąpieli?

Główną bohaterką jest Tiao, dziewczynka zbyt szybko wystawiona na próbę, musząca zajmować się młodszą siostrą Fan. Ich rodzice w tym czasie musieli przymusowo pracować na plantacji Trzcinowa Rzeka. Próbując opiekować się Fan, a potem także „chorą” matką szybko dorosła, chociaż ciągle starała się pozostać trochę dzieckiem. Spędzając czas z siostrą i dwiema przyjaciółkami wkracza w dorosłe życie pełne namiętności i zranionych serc.

Tiao ma ogromny żal do matki za zdradę rodziny, nie potrafi uporać się z tym przez bardzo długi czas. Nie potrafi też dogadać się ze swoją niezwykle rozpieszczoną siostrą, która po wyjeździe do Stanów Zjednoczonych stara się być we wszystkim lepsza. Chwali się swoim życiem, próbuje wymusić na Tiao by oddała jej wszystkie swoje najlepsze rzeczy. Dzwoni nawet do niej tylko po to, żeby powiedzieć, że właśnie miała romans z mężczyzną, którego Tiao kiedyś kochała.

Za co polubiłam Tiao?

Tiao jest zwykłym człowiekiem – ulega swoim słabościom i złości, ale stara się też z pokorą znosić złośliwości siostry, ponieważ ją kocha. Jest też do bólu szczera, co nie zawsze wszystkim się podoba. Jej relacje z Fan są straszne – praktycznie usługuje i ustępuje młodszej siostrze we wszystkim, a ta w ogóle tego nie docenia. Jeśli nie dostaje od Tiao tego, czego chce, nawet jeśli jest to najbardziej absurdalne albo niemożliwe, to złości się i obwinia ją za wszystko. Fan była postacią którą polubiłam zdecydowanie najmniej.

Książka, choć nie zawiera mnóstwa wątków i niesamowitych zwrotów akcji jest bardzo ciekawa, choć momentami infantylna – ale odniosłam wrażenie, że to jest właśnie taki chiński styl – nieco dziecinny, prosty i szczery. Mimo dużej objętości przeczytałam książkę bardzo szybko i czułam się usatysfakcjonowana tym, co pokazała mi Tie Ning.

Podsumowanie.

Jeśli więc chcecie spędzić czas w towarzystwie dobrej literatury pięknej w chińskim wydaniu – Kobiety w kąpieli na pewno przypadną Wam do gustu.