Ocalałe [przedpremierowo]

Ocalałe [przedpremierowo]

Quincy, Lisę i Samanthę łączy jedno – to Ocalałe, kobiety, które w wyniku nieszczęśliwego zbiegu okoliczności znalazły się w samym centrum rzezi i przeżyły. Quincy jako jedyna uniknęła śmierci w leśnej chatce w Pine Cottage, gdzie zginęli jej przyjaciele i chłopak. Lisa uratowała się z masakry w żeńskim akademiku. Sam przeżyła, ponieważ zabiła napastnika nim on zabił ją jako ostatnią z ludzi w motelu Nightligh Inn. Tylko one trzy przetrwały, a jednak nigdy się nie spotkały. Czy jednak są naprawdę tym, kim myślą, że są?

Quincy prowadzi spokojne życie – wreszcie ustatkowała się w ramionach przystojnego obrońcy z urzędu, prowadzi swój blog ze słodkościami. Ma to szczęście, że samej masakry w ogóle nie pamięta. Wyparła ją, pozbyła się jako coś, czego będzie bać się do końca życia. Kiedy jednak Lisa popełnia samobójstwo, a przed drzwiami jej domu pojawia się Sam – wszystko wywraca się do góry nogami. Nagle nic, co Quincy zna nie jest takie jakie było. Nawet ona sama.


Stephen King zapewnia, że Ocalałe to najlepszy thriller jaki przeczytam w 2017. Podeszłam do tych słów z rezerwą, bo niestety co do Dziewczyny z pociągu bardzo się pomylił. Tym razem jednak nikt nie zapłacił mu za opinię (chociaż może pieniądze też miały w tym swój udział), bo zaaprobował coś, co naprawdę jest genialne. Dawno nie czytałam czegoś, co sprawiłoby, że nie mogłam się oderwać, że wróciłam przed czwartą nad ranem do domu i nie położyłam się spać, a czytałam.
Autorka książki Riley Sager to pochodząca z Stanów Zjednoczonych powieściopisarka, która publikowała już wcześniej, ale pod tym, przybranym nazwiskiem jako pierwsze wydała właśnie Ocalałe. Trzeba przyznać, że fabuła, którą nam zaserwowała i postaci są naprawdę genialne.


Urzeka w tej książce wszystko – ciekawa, niestandardowa historia z dreszczykiem, mocne wrażenie, że ktoś czai się za drzwiami, niestandardowe, pełne ran bohaterki i przede wszystkim – zakończenie, które zwala z nóg. Przez długi czas ma się wrażenie, że zna się sprawcę, podejrzewa się, zwłaszcza, że wszystkie ślady prowadzą właśnie do niego. Potem jednak autorka zwodzi nas, jesteśmy pewni, że znów wiemy, a na koniec ona kolejny raz nas zwodzi! Nie sądzę, że domyślicie się kto stał za tym wszystkim i gdzie czai się zło.

Mogę spać spokojnie, ponieważ King polecił coś dobrego. Mogę też spać spokojnie, bo polecam Wam coś, co jest naprawdę świetne. Nie mogę jedynie spać spokojnie bo znam prawdę – wielokrotnie budziłam się w nocy mając wrażenie, że ktoś oto wali do moich drzwi. Jeśli lubicie książki z dreszczykiem, zagadką i niestandardową historią to jest książka dla Was.


Premiera została przełożona na luty 2018. Zapiszcie koniecznie w kalendarzu.

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Otwarte.

Tag książkowy 

Tag książkowy 

Niedawno zostałam nominowana do LBA Tagu przez Weronikę z ver.reads, a że bardzo taką formę poznawania blogera lubię, to postanowiłam coś napisać od siebie. Zabawa polega na tym, że trzeba odpowiedzieć na pytania zadane przez osobę nominującą, a następnie wymyślić własne pytania i posłać je w świat. No to zaczynajmy!

1. Gdybyś mogła stać się postacią z książki i przenieść do jej świata, kto by to był?

Chyba najbardziej chciałabym przenieść się do świata Wiedźmina i zostać Ciri. Nieustraszona, chociaż trochę zagubiona, niewiedźminka, ale nosząca miecz przewieszony przez plecy. Zdecydowanie ukradła mi serce, chociaż motyw jej miłości trochę mnie przeraził.

Wiem też w jakim świecie zdecydowanie nie chciałabym się znaleźć. W Grze o tron. A jeśli już to jak najdalej od Muru.

2. Jaki gatunek książek lubisz najbardziej?

Nie mam ulubionego gatunku. Kiedy kochałam tylko fantastykę, teraz czytam wszystko oprócz literatury kobiecej z dolnej półki i science-fiction.

3. Przy której książce wylałaś najwięcej łez?

Chyba przy Stowarzyszeniu Wędrujących Dżinsów lata temu. Jakoś historia czterech przyjaciółek, każdej zupełnie innej bardzo do mnie trafiła i poruszyła moje nastoletnie serce.

4. Które wydawnictwo zajmuje najwięcej miejsca na Twoich półkach?

Wydawnictwo Znak. Tak wyszło, po prostu. Mam duży sentyment.

5. Z jakim autorem chciałabyś spędzić jeden dzień?

Chyba z Jojo Moyes. Mam wrazenie, że to ciepła, bardzo miła i przyjazna osoba.

6. Wybierasz książkę czy ebooka? Dlaczego?

Książkę. Lubię mieć ją w dłoniach, czuć zapach kartek (oprócz zielonej herbaty, benzyny i świeżo skoszonej trawy – na którą jestem o ironio uczulona – to mój ulubiony zapach), czuć jej ciężar w torebce. Jakby nic złego wtedy nie może mnie spotkać.

7. Jaka jest Twoja ulubiona ekranizacja? Dlaczego?

Moja ulubiona ekranizacja to Władca Pierścieni, pewnie dlatego, że dzięki świetnie zrobionym filmom miałam szansę poznać świetną historię, ponieważ książka była dla mnie zbyt ciężka.

8. Dlaczego założyłaś bloga?

Prowadziłam kiedyś mnóstwo blogów, ale na długi czas to porzuciłam. I pewnego dnia, fsrustrowana utratą pracy marzeń założyłam bloga. Początkowo miał nie być tylko książkowy, ale pewne życzliwe osoby chyba bały się, że zacznę tutaj pisać to co się dzieje wokół mnie (kto by to chciał czytać?) i pozostał książkowy. Ale to chyba nawet lepiej.

9. Ulubiona seria książek?

Nie będę oryginalna, Harry Potter. Odrzuciłabym także wspaniały, nastolatkowy Pamiętnik księżniczki, na którym się wychowałam.

10. Najgorsza pozycja którą przeczytałaś?

Miałam napisać, że Lato miłości, ale nie przeczytałam jej ostatecznie. A ta, którą przeczytałam to Zdobywcy oddechu. Rezencję znajdziecie tutaj.

I przyszedł czas na pytania ode mnie.

1. Jaka postać wzbudziła w Tobie silne emocje?

2. W jakim najdziwniejszym miejscu zdarzyło Ci się czytać?

3. Którego autora nie cierpisz i dlaczego?

4. Najbardziej pokręcona historia w książce?

5. Czy kiedyś książka uratowała Ci skórę?

6. Dlaczego czytasz?

7. Własny zakup, czy biblioteka?

8. Jakiego bohatera nie chcesz spotkać w ciemnym zaułku?

9. Książka – klasyk, którą koniecznie chcesz przeczytać (i obiecaj mi, że w te wakacje przeczytasz!)?

10. (Powtórzę pytanie, ale jest dobre) najgorsza książka, którą ostatnio przeczytałeś?

Bardzo jestem ciekawa tych odpowiedzi, więc nominuję:

Rinę z bloga Biały Notes 

Kasię z mybooksharmony 

Prywatne życie Sułtanów

Prywatne życie Sułtanów

Czy zastanawialiście się kiedyś jak żyli sułtani? Czy potrafili kochać, jak wyglądał ich dzień, co jedli, jakim rozrywkom się oddawali, co robili ciekawego? Zawsze moim konikiem na studiach było właśnie życie codzienne, prywatne, to, czego nie znajdziemy w podręcznikach, więc z największą przyjemnością postanowiłam sięgnąć po tę książkę. Jakie są moje odczucia po jej przeczytaniu?

John Freely zdecydowanie zna się na tym, co pisze o średniowiecznym państwie Ottomanów. Z wykształcenia fizyk i specjalista od badań nad wspominaną wyżej epoką. Popełnił na ten temat całkiem sporo książek a ta, którą mam w rękach miała opowiadać o prywatnym życiu Sułtanów. No właśnie. Miała.

Jeśli chcielibyście dowiedzieć się jak żyli Sułtani, to owszem, w tej książce kilka informacji znajdziecie: w XV wieku dekretem Mehmeda nowy sułtan miał prawo, a nawet powinien zabić wszystkich swoich braci, często otaczano się dla rozrywki niemowami, karłami i „trefnisiami”, kobiety w haremie swoją pozycję zawdzięczały tylko widzimię sułtanów i tak dalej. Wchodzimy do alkowy sułtana, ale tylko zaglądamy i szybko wychodzimy. Idąc z nim na wojnę nie jedziemy z nim na jednym koniu, ale podążamy gdzieś z tyłu, mając go tylko majaczącego na horyzoncie. Kiedy choruje, słyszymy tylko plotki z kuchni i pojękiwania zza ściany. Na tyle pozwala nam autor. Pokazuje nam niewielki wycinek prywatnego życia sułtanów skupiając się głównie na tym kto był kim, ile dzieci miał sułtan, gdzie przebywały, jak nazywały się ich matki (o ile były znane historii), kto po kim rządził, kiedy wstępował na tron, czy zabijał braci i ilu, za kogo wydawano księżniczki.


Czułam się trochę tak, jakbym znów czytała podręcznik do średniowiecza i próbowała ogarnąć po kolei wszystkich sułtanów. Spodziewałam się ogromnej dawki ciekawych informacji, potężnej wiedzy, którą kocham, a dostałam egzamin z Państwa Ottomanów. Nie tego oczekiwałam, nie to obiecywał mi wydawca i tytuł. Notka z tyłu książki brzmi obiecująco: zajrzę za Bramę Szczęśliwości, zobaczę jak dwustu kelnerów usługuje do posiłku, mijając klatkę, gdzie zamknięci są bracia sułtana. Obejrzę sobie jak wyglądało prawdziwe życie w haremie. I oczywiście, nie zrozumcie mnie źle – wszystko tam jest, ale notka zdradza zdecydowaną większość ciekawostek, które będziecie mogli przeczytać między drzewem genealogicznym.

Mnie osobiście książka bardzo rozczarowała i przytłoczyła ilością typowo historycznej wiedzy, która do poznania prywatnego życia sułtanów chyba nie jest najważniejsza. Oczywiście bratobójcza walka usankcjonowana prawem, zamknięte bramy haremu i ciągle problemy z wojskiem znacząco wpływały na prywatne życie sułtanów, ale nie tego oczekiwałam.

Jeśli więc oczekujecie ciekawostek i zaglądania do życia sułtanów – mocno się rozczarujecie.

Miasteczko kłamców 

Miasteczko kłamców 

Ponoć każdy z nas ukrywa tajemnice, które prędzej czy później wyjdą na jaw. Ale czy na pewno? Czy w życiu przypadkiem nie jest tak, że na wiele naszych pytań nie dostaniemy odpowiedzi, bo ktoś utrzymuje je w sekrecie? 

Miasteczko kłamców to thriller, który otwiera nową serie Chilii books w Wydawnictwie Znak. Cooley Ridge to małe miasteczko z którego Nicollet Farell wyjechała dziesięć lat temu uciekając przed przeszłością. To właśnie wtedy jej przyjaciółka zaginęła. Kiedy Nico wraca do rodzinnego domu, ale także do wspomnień o przyjaciołach, chłopaku i zaginionej przyjaciółce znika kolejna dziewczyna. Tej zagadki nie rozwiąże się póki ta sprzed lat pozostaje w ukryciu. Kto jest winny zaginięcia Corinne lata temu, a teraz Analeise? Kto czai się w mrocznym lesie k obserwuje? 


Książka nie była aż tak mocna, jak się tego spodziewałam. Nie miałam wrażenia, że ktoś mnie obserwuje, nie bałam się też kiedy Nico wchodziła do lasu i czuła się ścigana. Ciemność w Cooley Ridge łatwo rozproszyło światło w moim pokoju. Wiele rzeczy było jakby niedopowiedzianych, w jednym mowmncie bohaterka była w punkcie A, a za chwilę już w punkcie B bez żadnego wyjaśnienia. 

Na początku jakoś nie mogłam wgryźć się w tę historię, ale mniej więcej tuż przed połową chęć dowiedzenia się prawdy stała się niepohamowana. Bardzo spodobał mi się zabieg, który widziałam po raz pierwszy, a który tutaj sprawdził się idealnie – historię poznajemy od tyłu. Nie dowiadujemy się zbyt wiele na początku, odkrywany w poprzednich dniach wyjaśnienie tylko fragmentu historii. Czułam się trochę tak, jakbym po omacku szła po linie, gdzie każdy następny węzeł wyjaśniał mi dlaczego ten poprzedni był taki a nie inny. 

Przyznam szczerze, że zakończenie całkowicie zbiło mnie z tropu. Osoba, którą typowałam wcale nie okazała się sprawcą, a nawet miałam wrażenie, że sam sprawca był zaskoczony. Całość jest tak skonstruowana, że ciężko domyślić się kto stoi za tajemniczymi zniknieciami. 

Bardzo przyzwoita, ciekawa historia o pozornie zwykłych rzeczach. Bez przesadnie wymyślanych historii, z zaskakującym zakończeniem. Polecam na początku po prostu przysiąść, nie rozpraszać się niczym, a na pewno szybko staniecie się częścią Cooley Ridge. 

Moja ocena: 4/5 gwiazdek. Warto przeczytać, choćby dla samego zakończenia i ciekawego zabiegu cofania się w czasie. 

Miasteczko kłamców miało swoją premierę w środę, więc jeśli jesteście ciekawi tej książki, to pędźcie do księgarni. 

We wspólnym rytmie 

We wspólnym rytmie 

Moja przygoda z Jojo Moyes zaczęła się jeszcze w innym życiu, takie mam wrażenie. Byłam wtedy kimś innym, studiowałam i zaczęłam staż w najlepszym miejscu na świecie. I wtedy właśnie przeczytałam Razem będzie nam lepiej. Kiedy więc udało mi się otrzymać We wspólnym rytmie byłam wniebowzięta, chociaż historie o koniach za bardzo przypominają mi o Heatherland. 

Jojo Moyes swoją popularność w Polsce zdobyła dzięki Zanim się pojawiłeś, które wznowiono ze względu na wchodzący na ekrany kin film (swoją drogą bardzo przyjemny). W Wielkiej Brytanii święci swój sukces od dawna, podbijając listy bestsellerów. 

Tym razem poznajemy dwie kobiety: dojrzałą prawniczkę Natashę, która właśnie przechodzi rozwód z człowiekiem, którego kocha oraz małoletnią Sarah, miłośniczkę koni, która przez swoją bardzo ciężką sytuacje raz po raz wpada w kłopoty. Kiedy przypadkiem drogi tych dwóch się ze sobą splatają nic nie wróży, że życie wywróci się do góry nogami. Przy tym wszystkim jest jeszcze chory dziadek Sarah, jej niesforny, ale utalentowany koń Boo i prawie były mąż. To całkiem sporo jak na jedną historię. 

Moyes już pokazała, że uwielbia szybkie zwroty akcji i to, kiedy dużo się w książce dzieje. Przez ponad 500 stron nie zdołacie się nudzić – ciagle coś się pojawia, ciagle coś wybiega prosto pod koła. Momentami jesteśmy źli na bohaterów, innym razem przejęci ich zachowaniem. Ale nigdy obojętni. 

Każda postać jest dokładnie zarysowana, a co najważniejsze – ma ludzką twarz. To nie są cukierkowe postaci, albo do szpiku kości złe – to ludzie tacy jak my, popełniający błędy i świętujący swoje sukcesy. Mają sporo problemów, mniej lub bardziej przejmują się tym, co dzieje się wokół. 

Bardzo współczułam Sarah – dużo złych rzeczy przytrafiło jej się po wypadku dziadka. Żałowałam też związku Natashy, który możnaby uratować gdyby tylko ona i on byli wobec siebie szczerzy. Kibicowałam im mimo, że od początku było wiadomo, że się nienawidzą. Cóż, kto się czubi ten się lubi. 

Moyes po raz kolejny pokazała, że potrafi trzymać w napięciu i ma pełną głowę wspaniałych pomysłów. Nie mogłam oderwać się od tej książki i czytałam nawet w drodze do sklepu i na przystanek autobusowy (idąc na piechotę i starając się patrzeć od czasu do czasu pod nogi). Teraz już wiem, że Moyes stała się jedną z moich ulubionych pisarek, mimo, że teraźniejsze okładki jakoś nie przypadają mi do gustu. Nie wiem czy widzieliście, ale Razem będzie lepiej miało w poprzedniej wersji śliczną, miętową okładkę. 

Jeśli chcecie spędzić miło czas z literaturą obyczajową z wyższej półki, zabawną i pełną treści to serdecznie zachęcam do tej i w sumie jakiejkolwiek książki Moyes 

Zdobywcy oddechu

Zdobywcy oddechu

Debiut Pana Przemysława Kłosowicza (czy jak on woli, a czego ja nienawidzę Pana Przemysława PIOTRA Kłosowicza) to Zdobywcy oddechu – książka, na którą znalazłam swój własny, całkiem zabawny sposób. 

Początkowo byłam przerażona, gdy zaczęłam to czytać. Krótkie, pourywane zdania, bez większego związku z poprzednimi, zdecydowany przerost formy nad treścią. To ostatnie niestety nie zmieniło się aż do końca, aczkolwiek cała reszta po 50 stronach męczarni poprawiła się na plus. Start jak w Maluchu, nie jak w Porsche, ale nic w tym złego. 

Zdobywcy oddechu to trzech mniej lub bardziej sfrustrowanych mieszkańców Krakowa – porzucony przez chłopaka Piotrek, samotny, z niskim poczuciem własnej wartości Zbigniew i skrzywdzony chorym dzieckiem Wiktor. Wszyscy z problemami, małymi życiowymi porażkami. Piotrek to typowa baba – lamentuje, że jego ukochany odszedł bez słowa, martwi się, że już zawsze zostanie sam. Zbigniew cierpi na samotność, o czym przypomina mu bezustannie jego przeciwieństwo – przyjaciel Kamil, wysoki, z gęstą czupryną i smukłą sylwetką. Wiktor próbuje kochać i opiekować się synem z Zespołem Downa, jednak jego depresja coraz bardziej mu w tym przeszkadza. 

To co napisałam wyżej to można powiedzieć straszliwy spoiler, ponieważ w książce nie dzieje się nic ponadto (powinnam zatem nie pisać zupełnie nic?). Bohaterowie to wybrakowani faceci – placzliwi, użalający się nad sobą, rozlaźli. Nie ma tam silnego bohatera, jest tylko płacz i zgrzytanie zębów. Już chyba zaczynam nabierać trochę maniery autora. 

Wspominałam wcześniej o przeroście formy nad treścią: otóż miałam wrażenie, że autor postanowił umieścić w książce wszystkie powiedzonka, powszechnie znane aforyzmy, znane z memów odzywki, przysłowia i fragmenty piosenek jakie tylko zna. Na przykład: „Z Jolki to jest niezłe ziółko, wręcz ziele.”, „Uśmiech Leny jest promienny, z czego jestem rad, a nawet polon”, „Zmuś lub muśnij… Czuj, czuj, czuwaj.”. To tylko kilka, ale jest tego całe mnóstwo. Na każdej stronie przynajmniej trzy. Sprawia to wrażenie przesytu i pretensjonalności, jakby autor popisywał się. 


I wiecie co? Znalazłam na ten przerost formy nad treścią i niespójność zdań sposób: wpadłam na pomysł, żeby to zacząć rapować! I poczułam się trochę tak, jakby Peja (nie obrażając oczywiście fanów Pei – szanuję, szanuję) zebrał swoje teksty w jedną książkę. W miarę jak uciekały strony wrażenie „raperskości” tekstu trochę mijało, ale przerostu formy nad treścią – w żaden sposób. 

Nie zaczytuję się w literaturze obyczajowej, więc nie mnie oceniać jak wypada na tle innych tego typu książek, ale na tle tych wszystkich, które czytałam w ostatnim czasie niestety nie mogę ocenić jej zbyt wysoko. Łatwo się rozproszyć widząc natłok wszystkiego, co tylko polska popkultura wyprodukowała w ciągu ostatnich trzydziestu lat, ale czyta się to szybko. Nie była to lektura tragiczna, ale drugi raz na pewno po nią nie sięgnę. 

Niestandardowe książki o miłości 

Niestandardowe książki o miłości 

Dzisiaj jest wyjątkowy dzień dla mojego Lubego i z tej okazji chciałabym napisać kilka słów odnośnie niestandardowych książek o miłości. Te klasyczne wszyscy znają – więc je pominę. Nie znajdziecie również w tym poście słodkiej powieści, czy szalonego romansu. Pokażę Wam książki, które są o miłości, ale zupełnie niestandardowej. 

Ildefonso Falcones Ręka Fatimy 

Hernando ma ciężkie życie – jest synem muzułmanki zgwałconej przez katolickiego księdza. Jest przez to traktowany jak wyrzutek, w końcu jednak spotyka piękną i inteligentną, lecz równie skrzywdzoną Fatimę. Los jednak szybko i bardzo brutalnie mu ją odbierze. Czy ciężka praca i uparte dążenie do celu znów połączy zakochanych?

Elizabeth Alende Córka Fortuny 

W połowie XIX wieku Kalifornię ogarnia gorączka złota, do której wyrusza wielu młodych mężczyzn, także Joaquin, miłość życia Elizy Sommers. Dziewczyna w pogoni za nim, przebrana za mężczyznę, na gapę pod pokładem żaglowca wyrusza w ciężką dla niej podróż, która okaże się początkowo daremna, ale pokaże jej, że prawdziwa miłość była cały czas tuż obok. 

Jackie Copleton A Dictionary of Mutual Understanding 

Na progu amerykańskiego domu Amaterasu pojawia się dorosły mężczyzna podający się za jej zmarłego w czasie bombardowania Hiroszimy wnuka. Kobieta będzie musiała przywołać bolesne wspomnienia utraty córki i jej synka i mentalnie znów wybrać się w podróż do rodzinnej Japonii. 

E.E. Schmitt Papugi z placu d’Arezzo 

Mieszkający wokół słynnego placu d’Arezzo otrzymują tajemnicze listy, w których ktoś wyznaje im, że ich kocha. W swoich domysłach zawsze typują osobę, do której sami coś czują, prawda okaże się jednak o wiele bardziej zaskakująca i wywróci ich życie do góry nogami. 

Znacie jakieś inne, zupełnie niestandardowe powieści o miłości? 

PS. Życzę Ci dużo cierpliwości. Na pewno się przyda. 


Zen czyli sztuka obsługi motocykla + KONKURS 

Zen czyli sztuka obsługi motocykla + KONKURS 

Czy mieliście kiedyś tak, że notka z tylu książki zwiodła Was na manowce? Na pewno. A tak, że treść książki była tak wymagająca, że musieliście bardzo się na niej skupiać? Nie wątpię. A mieliście tak, że kiedy dotarliście do końca to wszystko Wam się rozjaśniło i zrobiliście głośne: ahaaa? Też tak miałam przy okazji książki Roberta M. Prisinga. 


To nie jest książka dla wszystkich, od razu ostrzegam. Wymaga od czytelnika nie tylko skupienia i poświęcenia się tylko jej, ale także przemyślenia pewnych prawd w niej zawartych. To filozoficzna autobiografia bardzo ciekawego człowieka. Autor był niezwykle inteligentny, jednak w pewnym momencie doznał załamania nerwowego, miał zdiagnozowaną schizofremię i został potraktowany elektrowstrząsami (teraz surowo zabronionymi). W swojej książce opisuje autentyczne wydarzenia – także te wspominane wyżej, powoli odkrywając przed czytelnikiem prawdę. Podróżuje motocyklem wraz z synem od Minesoty po północną Kalifornię, początkowo mając również za towarzystwo dwójkę swoich przyjaciół. 

Bardzo ciekawy jest kontekst powstania książki. Autor pisał ją cztery lata, wstawał o 2 nad ranem, aby pisać do 6, szykować się, wychodzić do pracy i kłaść spać o 18. Pracował w firmie, która pisała instrukcje do różnych maszyn, na co bardzo w książce narzeka – w każdej instrukcji jest napisane „ściągnij pokrywę odkręcając śrubę”, ale gdy śruba na przykład zardzewieje, instrukcja nie mówi co zrobić lecz uparcie twierdzi, że należy ją odkręcić. Kiedy wreszcie książka powstała i 22 wydawca postanowił się nią zająć podbiła listy bestsellerów lat 70. i sprzedała się w 5 milionach kopii. 

Ciężko powiedzieć w zasadzie o czym, bo jak napisał sam autor nie znajdziecie tam filozofii zen, ale też nie dowiecie się jak naprawić motocykl. Znajdziecie tam opis różnych podejść do maszyny, postępu, ludzkiego życia, mnóstwo filozofii i relacji międzyludzkich. Poznacie Fajdrosa, który początkowo jest kimś złym, obcym i drugoplanowym, by w końcu dowiedzieć się, że tak naprawdę go znacie. Moim zdaniem jednak przeczytacie całkiem sporo informacji odnośnie tego, jak powinniście dbać o swoj motocykl. 


Nie da się lubić Fajdrosa. Nie da się też lubić narratora, który buja w obłokach i nie martwi się o syna. No właśnie – pierwsze co rzuciło mi się w oczy to jego problemy z synem. Nie mogą do siebie dotrzeć, miałam nawet momentami wrażenie, że Chris ojca wcale nie obchodzi, bo ważniejsze jest to „o czym tak cały czas myśli”. A myśli sporo. Jest filozofem, który próbuje porównać dwa podejścia do życia – romantyczne i klasyczne i udowodnić, że tylko ich zespolenie sprawi, ze nasze życie będzie naprawdę dobre. Dużo rozmyśla na temat niedefiniowalnej Jakości – czym jest, jak się ją postrzega. 

Fajdrosa spotkało dużo złych rzeczy – został wyrzucony ze studiów, potem pojawiła się schizofrenia, pobyt w szpitalu, elektrowstrząsy. Zmieniono mu osobowość, która zaczęła odcinać się od tego, co było wcześniej. Podczas wycieczki motocyklem jednak zły Fajdrosa wraca raz po raz, poznajemy coraz więcej faktów o jego życiu, aż w końcu orientujemy się, że autor zatoczył krąg. 

Książka była odpowiedzią na wiele pytań – czym jest świat, dlaczego ludzie są tak sfrustrowani i nieusatysfakcjonowani życząc w latach 80. Odpowiadając na wiele pytań autor zadaje ich jeszcze więcej. Nie da się przejść obojętnie wobec tego, co nam przekazuje – zmusza nas do myślenia, zastanowienia się. Sprawia, że nagle mają znaczenie szczegóły, jak śruba czy moneta. 

To nie jest książka na nudny wieczór, leniwą niedzielę, czy wakacyjny leżak. Będzie zmuszać Was do myślenia, ustosunkowania się, stanięcia po którejś ze stron. Będzie uświadamiać Wam jak blisko obłędu jest człowiek, taki zwykły i szary. Jeśli jednak wymagacie od lektury więcej, chcecie zgłębić tajemnice wielu tysięcy lat filozofii (która zaskakujące, ale jest nadal aktualna!), to koniecznie sięgnijcie po Zen czyli sztuka obsługi motocyklu. Ostrzegam tylko, że zakończenie, którego się nie spodziewacie złamie Wam serce. 

„Jestem szczęśliwy, że tu przyjechałem, a zarazem trochę smutny. Czasami przyjemniej jest podróżować, niż dotrzeć do celu”. 

Mnie złamało.

A teraz specjalnie dla Was konkurs!  


Mam dla Was małą niespodziankę od Wydawnictwa Znak, czyli dwa egzemplarze książki Zen czyli sztuka obsługi motocykla (oczywiście papierowe!). Aby wygrać wystarczy napisać w komentarzu czym dla Was jest Jakość w życiu, a ja wybiorę najciekawsze moim zdaniem odpowiedzi. Macie czas do niedzieli 16.07. do godziny 12. Zwycięzców powiadomię pod tym postem tego samego dnia przed 23. Do dzieła! 

Regulamin dostępny na stronie www.facebook.com/Jakprzezokno.pl

Bosonoga Królowa 

Bosonoga Królowa 

Kiedy kubańska niewolnica Cardidad zostaje uwolniona przez swojego umierającego pana jej świat nagle wywraca się do góry nogami. Porzucona, oszukana i zniechęcona życiem nagle odkrywa swoje przeznaczenie w wiosce cygańskiej. 

Ildefonso Falcones to autor, którego mogę polecić w ciemno każdemu. Każdą swoją książkę osadza w realiach historycznych i pisze z niesamowitą dbałością o szczegóły. Swoją debiutancką książkę pisał aż pięć lat, co sprawiło, że Katedra w Barcelonie nie tylko była świetnie przygotowana, ale i bardzo spodobała się czytelnikom i przez 13 tygodni utrzymywała się na szczycie  bestsellerów. Już we wrześniu poznamy dalsze losy bohaterów – ale o tym kiedy indziej. 

Bosonoga królowa opowiada losy wyzwolonej kubańskiej niewolnicy Cardidad, która błąkając się po nieznanych ulicach Sewilli trafia tylko na złych ludzi, chcących ją wykorzystać. Wreszcie jednak na jej drodze pojawia się Cyganka Milagros, niezwykle żywa i piękna dziewczyna, która oferuje jej bezinteresowną pomoc i zabiera pod swoj skromny dach. Nie wszystkim jednak ta bezinteresowność się spodoba i będą chcieli od Cardidad czegoś więcej. 


Mimo to w cygańskiej społeczności, którą poznajemy od wewnątrz była niewolnica czuje się najlepiej i dziękuje Bosonogiej Królowej za dar nowego życia, wciąż jeszcze tęskniąc do starego głównie przez pozostawionego na Kubie niepełnosprawnego synka. Nie znała ona wcześniej wolności, więc jej brak nigdy jej nie przeszkadzał. 

W książce poznajemy nie tylko losy Cardidad i Milagros, ale także jej dziadka – dumnego, wędrownego Cygana, który nigdzie nie potrafi zagrzać miejsca, a za którym ciągnąć się będą duchy przeszłości. 

Oprócz wspaniałych obrazów nowożytnej Sewilli i Madrytu zobaczymy też kolorową i tak różną od naszej społeczność cygańską z jej obyczajami i problemami. Poznamy wiele osób i tych dobrych i tych złych, które będziemy chwalić i przeklinać. Sama postać Cardidad często denerwuje – przyjmuje z pokorą swój nawet najgorszy los. Milagros, w gorącej wodzie kąpana sama często sprowadza na siebie kłopoty, a szczególnie ten, przez który będzie nieszczęśliwa. 

Jeśli macie ochotę na porządną powieść z mocnym, choć niewybijającym się wątkiem historycznym to serdecznie zachęcam. Jeśli raz przeczytacie coś Falconesa – już nigdy nie przestaniecie czytać jego książek. 

Cieszę się, że tutaj zajrzałeś Czytelniku, będzie mi bardzo miło jeśli pozostawisz po sobie jakiś ślad – nic nie motywuje do dalszego działania tak, jak zaangażowanie Czytelników. 

Top 3 najlepszych okładek 

Top 3 najlepszych okładek 

Każdy z nas ma swoje ulubione okładki, na które mógłby patrzeć bez końca. Miałam ogromny dylemat przy wyborze trzech najlepszych, ale wcale nie dlatego, że było ich tak dużo, ale dlatego, że jestem bardzo wybredna i ciężko mi było wyłowić te, które naprawdę skradły moje serce.
Na podium znalazły się trzy, wyjątkowe pod względem treści, jak i szaty graficznej książki. To, co mnie w nich urzekło sprawiło, że maja wyjątkowe miejsce w moim sercu i na mojej półce.

MIEJSCE TRZECIE

Ildefonso Falcones Bosonoga królowa 


Okładka prosta, z pięknym ornamentem i mój najświeższy nabytek tego autora. Jego książki nie tylko są wspaniałe, ale także wyjątkowo kojące. Zawsze pojawiają się w moim życiu wtedy, kiedy jest mi źle.

Bosonoga królowa
to opowieść o pasji, wierności ideałom, oraz miłości. Caridad to kubańska niewolnica, która nagle zostaje uwolniona przez swojego pana. Nie wiedząc co począć z tym wielkim darem, którego wcale nie pragnęła błąka się po ulicach Madrytu. Na swojej drodze spotyka jednak żywiołową i piękna cygańską dziewczynę Milagros i wtedy jej życie na zawsze się zmienia.
Kto nie czytał tej książki, albo dwóch poprzednich Katedry w Barcelonie i Ręki Fatimy niech się cieszy, bo wspaniałe powieści z podanym w pięknym stylu wątkiem historycznym przed Wami!

MIEJSCE DRUGIE

Cornelia Funke Atramentowa krew 


Książki z serii Atramentowy świat to literatura, którą odkryłam mając bardzo krótko naście lat. Niesamowita historia, która była dla mnie inspirująca i ciekawa, zwłaszcza, że w dzisiejszych czasach odnoszę wrażenie, że już wszystko zostało wymyślone.

Poznajemy przemiłą dziewczynkę Meggie oraz jej ojca Mortinera Folcharta, który został obrażony niezwykłą umiejętnością – potrafił przenosić ludzi w świat czytanej na głos powieści. Niestety, właśnie w taki sposób zaginęła jego żona – trafiła do świata czytanej przez niego książki. Pewnego dnia przychodzi do nich dziwny gość – Smolipaluch, który przybywa właśnie ze świata powieści, gdzie Mortimer nieopatrznie wysłał swoją żonę. Świat nie lubi pustki, więc skoro w jednym wymiarze pojawiła się nowa osoba, to musiała z kimś zamienić się miejscem.

Niesamowita historia, ciekawe zdarzenia, fantastycznie nakreśleni bohaterowie, zwroty akcji i aż trzy przepięknie wydane tomy. Mnie najbardziej urzekła zdecydowanie druga cześć: Atramentowa krew, gdzie w zaroślach rozchylonej okładki możemy zobaczyć przepiękny zamek. Dodatkowo książki stylizowane są na stare, grube tomy, bogato zdobione na rogach i grzbiecie.

Bardzo miło wspominam tę lekturę – przypadek sprawił, że w ogóle na nią wpadłam, ale na pewno tego nie żałuję. Autorka wymyśliła świat, który nie był ani banalny ani już nam znany.

MIEJSCE PIERWSZE 

Donna Tartt Szczygieł


Oryginalna okładka okazała się strzałem w dziesiątkę. Jest zupełnie nietuzinkowa i naprawdę piękna. Z przedartej obwoluty wychyla się nieśmiało obraz tytułowego Szczygła, czyli jeden z eksponatów z Metropolitam Museum of Art, skradziony przez małego chłopca podczas ataku terrorystycznego.

Theodore w tym właśnie ataku stracił matkę, a jedyne co go z nią łączy to właśnie owy obraz, o którym nie odważył się powiedzieć nikomu. Rzucany przez los w różne miejsca i do różnych osób stara się poradzić sobie w brutalnym świecie. Nic jednak nie jest takie proste jak się wydaje, a jego wcześniejsze, sielankowe życie z matką znika bezpowrotnie pozostawiając po sobie tylko pustkę i tęsknotę.

Więcej o Szczygle możecie dowiedzieć się z recenzji tutaj. Generalnie twórczość Donny Tartt warto znać, nie tylko z powodu wielu nagród, ale też dlatego, że jej książki stały się kultowe.
Oto trzy najlepsze okładki według mnie, które zawładnęły moim sercem i na razie nie dają się nikomu pobić. Dzielnie walczą z różnymi nowościami, ale ciagle są bezkonkurencyjne.

A jakie są Wasze ulubione okładki?