Recenzja

Islandia po angielsku

Ostatnio coraz więcej mówi się o czytaniu książek w oryginale, co moim zdaniem jest fantastyczną sprawą. Wielokrotnie miałam już do czynienia z lekturami w języku angielskim, jedne były trudniejsze, inne banalnie łatwe, ale zawsze byłam w stanie pojąć sens fabuły i wynieść z lektury kilka fajnych rzeczy.


Ostatnio bardzo popularne stają się wydawnictwa ze słownikiem – kiedy to książka na marginesach ma wypisane trudniejsze lub przydatne w lekturze słówka, albo na nieparzystych stronach mamy tekst w oryginale, a na parzystych w języku polskim. Uważam, że to świetne rozwiązanie, chociaż trochę dla leniwych. Więcej możecie poczytać o tym tutaj.

Wielokrotnie czytając książki po angielsku sięgałam do słownika. Ba! Czasem nawet trudniejsze zwroty, a nawet całe zdania tłumaczyłam z pomocą nieodłącznego Google. I wiecie co? To uczy, słówek, rozumienia tekstu i samodzielności. Bo o ile czytanie samo w sobie jest wspaniałe, a czytanie w innych językach godne podziwu, to ja nie lubię iść na łatwiznę. Większość książek czytam na iPhonie, który dzięki aplikacji iBooks znacznie ułatwia lekturę – słowa, których nie znamy możemy zaznaczyć i sięgnąć do wbudowanego słownika, który dodatkowo tłumaczy nam to słowo po angielsku, co również znacznie nas rozwija.

Telefon. Czytnik. Komputer.

Takim oto sposobem trafiłam na naprawdę świetną książkę, która urzekła mnie i sprawiła, że zakochałam się do szaleństwa w Islandii. To książka Island. Defrosted Edwarda Hancoxa, który opisuje nie tylko turystyczne atrakcje tego kraju, ale także jego faunę i florę, mentalność ludzi oraz ciekawostki, których na pewno nie wiecie o Islandii. Swoją podróż prezentuje etapami, pokazując nam za równo oddalone od wielkich miast domostwa położone na lodowcu, jak i zatłoczony i głośny Rejkiavik.

Czy wiedzieliście, że Islandia ma największy odsetek obywateli, którzy czytają? Niemalże wszyscy są statystycznymi książkoholikami! Nawet mogą pochwalić się własnymi produkcjami, ponieważ prawie każdy coś swojego wydał, co jest dla mnie absolutnie fantastyczne. Dodatkowo książka ma szczególne znaczenie i bardzo często pojawia się jako prezent dla drugiej osoby – zresztą niesamowicie wyszukany i w dobrym guście.

Islandia, jak wiadomo jest wyspą sąsiadującą z zimną Grenlandią, sama składa się w 11% z lodowca. Praktycznie 2/3 całej populacji zamieszkuje Rejkiavik i jego okolice – reszta rozsiana jest po dalszych częściach państwa. Stolica jednak jest miejscem niezwykle żywym, co szczególnie można zobaczyć w weekend. Islandczycy wychodzą na ulicę dopiero po 23, wcześniej można spotkać tylko nieobytych z tamtejszymi tradycjami turystów. Islandczycy uwielbiają się bawić – dużo tańczą, a nad ranem koniecznie idą na hot-doga przed powrotem do domu. A jest w czym wybierać, ponieważ właśnie tam można zjeść tego fast-fooda z cebulą i całą paletą najróżniejszych sosów.

Zakochałam się w tym miejscu tylko po przeczytaniu książki. Tak bardzo chciałam tam pojechać, teraz, zaraz, natychmiast, że zaczęłam nawet rozglądać się za jak najszybszym lotem do Rejkiaviku, ale niestety, obowiązki wciąż trzymają mnie w Krakowie.

Mieliście taką książkę, która przekonała was do czegoś, o czym nawet nie mieliście pojęcia?