Robert Harris – Vaterland

Skusiła mnie fabuła i prosta, ciekawa okładka. I kompletnie przepadłam dla tej hisotiri. Może jestem trochę stronnicza jako historyk, który wie więcej i jako człowiek, który wierzy, że nie wszyscy na tym świecie są tacy sami. Jeśli myślę Niemiec to nie widzę tylko szeregów SS.

Niech żyje nasz wódz.

Niemcy, lata 60-te, przygotowania do kolejnych urodzin Führera. Wygrana wojna, państwo sięgające Uralu, wszechobecne mundury SS i propaganda. W takich czasach przyszło żyć i pracować w policji kryminalnej Xavierowi Marchowi. Pewnego ranka zostają odnalezione zwłoki i kiedy okazuje się, że zamordowanym jest wysoki urzędnik z czasów wojny, a ta śmierć pociąga za sobą kolejną, March mimo odsunięcia od śledźtwa próbuje odryć to, co tuszują inni. Trafia jednak na coś tak oszałamiającego, że sam nie będzie do końca pewien co słusznego powinien uczynić. Z pomocą pięknej Amerykanki próbuje nie tylko odkryć prawdę, ale i przeżyć. Niestety, w państwie policyjnym, gdzie władzę ma jeden, bezwzględny człowiek – nie będzie to takie wcale proste.

Świat jaki widzimy w latach 60-tych jest straszny. Polska, Ukraina, Litwa, Austria, a nawet spora część Rosji po prostu nie istnieją. Zamiast komunizmu jest narodowy socjalizm, który stawia wszystkich, którzy nie są Niemcami na najniższych szczeblach. Polacy, Ukraińcy i inni zostają zdegradowani do służących, ponieważ tylko do tego się nadają według swojego nowego państwa. W Niemczech wszyscy natomiast sławią Hitlera, który jest ich wodzem, za ktorego się modlą i ktoremu składają hołd. Mimo, że Führera w książce nawet nie zobaczymy, to wszędzie podąża za nami jego cień, widać go w każdym opisywanym mundurze.

Jesteśmy zwycięzcami.

Xavier March jest trochę inni niż większość. Nosi mundur SS, bo tak zostało postanowione. W czasie wojny pływał podwodnymi U-Bootami, więc uznawany jest za ogromnego szczęściarza. Sam jednak w tym państwie nie do końca dobrze się czuje. Myślę, że jest przedstawicielem tej gałęzi Niemców, którzy zapewne nie byli ucieszeni ze wszystkich rozwiązań Hitlera. March jest praworządny (może czasem jednak za bardzo), ale mimo to próbuje wpasować się w otaczającą go rzeczywistość. Kiedy zostaje przydzielony do śledztwa w sprawie rzekomego morderstwa, a potem od niego odsunięty postanawia odkryć całą prawdę. Zachęcany przez przełożonego, zniechęcany przez krwawego współpracownika z pomocą butnej dziennikarki lawiruje między swoimi przekonaniami, a tym, co powinien myśleć.

Historia nie jest bardzo skomplikowana – mamy trzech wysoko postawionych urzędników, którzy szmuglują dzieła sztuki i których tajemnica daje początek całej historii. March drąży coraz bardziej w tym wszystkim po kolei odkrywając kolejne elementy układanki. Pollicjant jest trochę jakby zagubiony w rzeczywistości, zbyt brawurowy, nieporadny i butny. Niewiele robi sobie z teczki, jaka zostaje na niego założona przez wzgląd na jego niechęć do obecnego sytemu, ani nawet z donosu od własnego syna. Wdaje się w romans z Amerykanką, który nadaje całości lekką nutę romansu – ale tylko lekką, co podkręca znacznie końcówkę, która rozkłada na łopatki.

Przyznam szczerze, że właśnie końcówka mnie kupiła. Miałam ogromnego kaca po tej książce i długo nie mogłam otrząsnąć się z tego, co się stało. Może nawet dalej nie mogę.

Kwestie moralne.

Gdzieś zobaczyłam opinię, że czytelnik nie wierzy w dobrego SS-mana. A ja powiem tak – wierzę. Wierzę, że w tej całej masie ludzi było sporo tych, którzy nie byli zadowoleni z metod Hitlera, którzy chcieli się przeciwstawić, ale brakło im odwagi, samozaparcia czy nawet trochę szczęścia. Wielu spiskowało przeciwko Führerowi, ale żaden z nich nie zdołał przebić się przez liczny kordon oddanych mu ludzi. Wierzę, że znalazłby się taki SS-man, który robił co mu kazano, ale był tym przytłoczony i wcale tego nie chciał. Owszem, mógł się sprzeciwić, ale musiałby nie być sam. I wierzę, że wielu się sprzeciwiało.

Ktoś musiał stanąć w obronie tych, którzy zostali wrzuceni do jednego worka z mordercami i sadystami. Oczywiście i wcale tego nie potępiam. Jestem jednak zdania, że niektórzy nie mają wyboru, bo są tylko ludźmi i po prostu się boją. Nie mają odwagi się sprzeciwić bojąc się o życie swoje, albo swoich bliskich. I March jest taki sam – niby się sprzeciwia, ale wcale nie tak znowu otwarcie, balansuje na granicy, ale głośno nie mówi co i o kim myśli. Bo się zwyczajnie boi.

Podsumowanie.

Jeśli czasy II wojny światowej, albo historię alternatywną, to na pewno będziecie zadowoleni z lektury Vaterland. Już nie mogę się doczekać, aż przeczytam absolutną nowość autora czyli Monachium, które przeniesie mnie do czasow przedwojennych. Serdecznie polecam Wam tę książkę, jeśli nie jesteście zbyt negatywnie nastawieni do tego tematu i jeśli macie mocne nerwy.

Autor: Robert Harris
Tytuł: Vaterland
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 450.

Za egzemplarz książki dziękuję Wydawnictwu.