Kilka słów o bookstagramie 

Konto na Instagramie założyłam dawno temu. Było oczywiście prywatne i pokazywałam tam ważne dla mnie chwile. Kiedy jednak założyłam bloga postanowiłam na Instagramie nie dzielić się tak radośnie życiem prywatnym, a książkowym. Patryknęłam parę fotek, wymieszałam z innymi i… efektu nie było. Aż pewnego razu coś zaskoczyło.

Początki zawsze są trudne – mówili. 

Pamietam to jak dziś. Dostałam od kochanej Edytki Życie pasterza, na które zachorowałam na długo zanim książka w ogóle powstała. Była w fazie planów, a ja już wiedziałam, że to będzie to. Dawno temu (mam wrażenie, że to było w poprzednim życiu) miałam jechać do Australii paść baranki. Nigdy do tego rzecz jasna nie doszło, ale miłość do owiec pozostała na zawsze. Kiedy więc dostałam Życie pasterza bez wahania zabrałam książkę w plener i zrobiłam moją pierwszą Instagramową fotkę. A potem kolejną, która… zdobyła naprawdę dużo serduszek! Wtedy zorientowałam się, że to chyba jest to. Zaskoczyłam.

Moje zdjęcia ewoluowały, a mnie przybyło nowych obserwatorów. Nie zaczynałam od zera, ponieważ przerobiłam prywatne konto (z trochę ponad setką znajomych) na publiczne. Ci znajomi, którzy nie chcieli tego widzieć wypisali się, ale sporo wspiera mnie i cieszy się razem ze mną. Kiedy pęknie pierwszy tysiąc planuję niespodziankę! Wracając jednak do rzeczy: nie zaczynałam od zera, ale z każdego „nieznajomego”, który zostawał cieszyłam się potrójnie.

Kiedy do bałaganu wkrada się chaos. 

I tak pewnego dnia zauważyłam, że moje zdjęcia to misz-masz. Pomalowałam więc stare deski białą farbą i na ich tle robiłam zdjęcia. Były niewielkich rozmiarów, dlatego spokojnie mieściły się w moim bagażniku i raz nawet zabrałam je na wyjazd z przyjaciółmi do Mucharza.

Na tym pamiętnym wyjeździe mój bookstagram przeżył prawdziwe Katarsis. Narzeczony mojej koleżanki wiedziony moją desperacką prośbą na Facebooku o kawałek drewna przywiózł mi… wspaniałe deski. Możecie je teraz cały czas zobaczyć na moich zdjęciach i przyznajcie, że są świetne. Byłam i jestem nimi zachwycona, a ich rozmiar sprawia, że mam dwa zestawy – w Krakowie i w domu i pełną swobodę w pracy.

Usłyszałam kiedyś, że wkrada się do mnie monotonia, więc postanowiłam w kontrolowany sposób ją przełamać – dodać czasem coś na trawie i tle chmur. Jednak do każdej książki staram się tak dopasować przedmioty, które dodaje, aby oddawały jej treść. Niestety, niewiele u mnie znajdziecie zwierząt czy ludzi. Mam zamiar wprowadzić cykl z książkami „na ludowo”, gdzie pojawi się trochę innych i mnie, ale póki co zobaczycie tylko przepiękną Martę.

Z kolei moje zwierzęta to wyjątkowo niefotogeniczne stworzenia. Tutka czasem daje się ładnie sfotografować, ale bez książki, chociaż z książka też nie jest źle. Pusia w ogóle jest niezainteresowana aparatem, a August to czarny, puchaty kot, który nienawidzi głaskania i na zdjęciach jest czarną plamą z oczami.

Czemu tak kocham to miejsce w sieci?

Bookstagram w obecnym stanie daje mi ogromnie dużo radości. Poznałam wielu ciekawych ludzi dzięki niemu i doświadczyłam jak to jest być człowiekiem, do którego wydawnictwa same piszą z propozycją książki do recenzji. Ale przede wszystkim kiedy mam zły dzień i wszystko idzie nie tak – ci ludzie tam są, pomagają, pytają, pocieszają. Są czasem bardziej empatyczni niż ci, którzy widzą na żywo worki pod oczami czy smutek.

Wkładam wiele pracy w to, co robię i staram się, aby wszystko było dopięte na ostatni guzik. Przygotowuję przedmioty, ustawiam, kombinuję, a bardzo często nawet parzę kawę mimo, że jej nie piję. Czego się jednak nie robi. Buszując po sklepach wypatruję przedmiotów, które mogą ładnie wyglądać na zdjęciach i hoduję nawet kwiaty!

Oto krótka historia mojego bookstagrama. Jeśli chodzi o techniczne nowinki, to chętnie podzielę się z Wami tym, co wiem (chociaż nie jest tego zbyt wiele, bo wciąż sama się uczę).

A jaka jest Wasza historia? Macie swoje miejsce w sieci do którego wracacie najchętniej?