Uniesienie – Stephen King

Moja ocena: 3,5/5

Ależ się nie mogłam zebrać do napisania opinii o tej książce! Ta cieniutka lektura zabiera nas po raz kolejny do Castle Rock, tym razem do domu Scotta. Byłam podekscytowana możliwością przeczytania jej, zwłaszcza, że banery krzyczą z każdej strony, że muszę.

Codziennie mniej.

Scott Carey odkrywa dziwną przypadłość – nie zmieniając swojego wyglądu ciągle traci na wadze. Codziennie pół kilko, potem znacznie więcej. W swoją niecodzienną przypadłość wtajemnicza swojego przyjaciela, który jest również jego lekarzem. Scott nie ma zamiaru jednak ani przejmować się dziwną utratą wagi ani poddawać się jakimkolwiek testom. Ze stoickim spokojnem przyjmuje to, że znajduje się w jakimś stanie nieważkości i nawet jeśli coś podniesie – jego waga wciąż się nie zmienia. Process jednak przyspiesza i Scott wie, że godzina zero może wybić znacznie szybciej niż mu się na pczątku wydawało.

Miasteczko Castle Rock.

Scott jest rozwodnikiem i zajmuje się projektowaniem mebli. Dostaje cudowne zlecenie, które dodaje mu skrzydeł. Trochę przejmuje się utratą wagi, ale nie na tyle, aby miało to wpływ na jego doskonały humor. Jego dom sąsiaduje z nowoprzybyłymi kobietami, które pozostają w związku małżeństkim, mają dwa psy i otworzyły restaurację. Małe miesteczko jednak nie akceptuje ich, więc restauracja świeci pustkami, a kobiety są unikane. Scott jednak uprzedzony nie jest, ale wszelkie próby kontaktu z sąsiadkami zwykle kończą się fiaskiem. Informacją o swojej przypadłości Scott dzieli się ze swoim przyjacielem, który jest jednocześnie jego lekarzem i kategorycznie odmawia udziału we wszelakich badaniach.

Dziwna przypadłość Scotta nabiera tempa. Mężczyzna sukcesywnie traci na wadze, ale jego lekko puszysta postura wcale się nie zmienia. Przeciwnie, jest w lepszej kondycji niż wcześniej, dużo więcej je. Cieszy się życiem i nie dba o ograniczenia. Wie jednak, że godzina zero musi wybić i kiedyś na wadze będzie zero.

Książka jest bardzo cienka, może nawet rozdmuchana, bo ma niecałe 200 stron, ale tekstu na każdej z nich jest niewiele. Duża czcionka znacznie przyspiesza czytanie. Połkęłam ją w jeden wieczór, zwłaszcza, że uwielbiam Kinga i chciałam jak najszybciej się dowiedzieć co skrywa ta opowieść. Przygotowałam się na dobrą historię, z dreszczykiem, a dostałam umoralniającą opowiastkę o niewielkiej objętości. Ani się nie bałam, ani jakoś specjalnie nie byłam przejęta. Owszem, to co się działo w książce – przypadłość Scotta, próba uratowania restauracji, opory mieszkańców miasta przed nowością i innością – było bardzo ciekawe, ale nic ponad to. Chociaż przebija z kart książki duch starego, dobrego Kinga, to jednak nie jest to ten sam gość, który przeraził mnie w Pod kopułą albo Cmętażu zwieżąt, czy Carrie. To nie jest ten sam człowiek, który skradł mojeg serce Misery i Skazanymi na Shawshank. Brakowało mi w Uniesieniu Kinga.

Nie zozumcie mnie źle – ta książka jest dobra. Ciekawa, z zagadką, problemami społecznymi, przyjemna w odbiorze, napisana stylem, który lubię i która szybko się czyta. Jednak mogła to by być książka każdego przeciętnego autora, który napisał coś fajnego. Od Kinga oczekuję więcej. Myślę, że ta historia byłaby idealna w zbiorze innych – gdyby autor napisał więcej historyjek i wydano je wszystkie w jednej książce. A tak… no rozczarowałam się, chociaż nie żałuję lektury.

Podsumowanie.

Mało Kinga w Kingu. Książka ciekawa, lekka i przyjemna, poruszająca kilka ważnych tematów, z ciekawą przypałością (która nie została w ogóle wyjaśniona), ale nic poza tym. Jestem rozczarowana, że King tak bardzo nie przypomina samego siebie, nie przeraził mnie, nie dał mi mocnej opowieści, a jedynie dobrą opowiastkę na jeden wieczór. Ciężko stwierdzić, czy polecam ją czy nie – to jest dobra książka, ale spokojnie możecie ją przeczytać kiedyś, przy okazji. Nie trzeba rzucać wszystkiego żeby się za nią zabrać.

Autor: Stephen King
Tytuł: Uniesienie
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 176.

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu.