Upadek nadziei

Kiedy przeczytałam opis Upadku nadziei pomyślałam, że książka nie tylko ma potencjał, ale i może okazać się naprawdę ciekawą. Jakie było moje rozczarowanie, kiedy otrzymałam maleńką książeczkę na jeden wieczór.


Tero jest młodocianym złodziejaszkiem, zamieszkującym Beznadzieję, natomiast Rita to przybrana córka jednego z bogatych handlarzy wodą i zarabia uczciwie sprzedając owoce. Miasto, w którym żyją nosi nazwę Nadziei i znajduje się na pustyni – stąd handlowanie wodą stało się bardzo dochodowym zajęciem. W wyniku zbiegu okoliczności i pecha obojga dzieci ich los splata się nierozerwanie i odtąd będą mogli polegać tylko na sobie. A czeka ich nie tylko walka o przetrwanie, ale także i o cale miasto.

Kiedy dziecko silniejsze jest od bandziora.

No właśnie, walka o przetrwanie. Rita, mieszkająca skromnie, acz wygodnie, nie musząca martwić się o swój byt zostaje zesłana do Beznadziei – najbiedniejszej części miasta. Nie ma wcale tak znowu ciężko – skądś ma cały czas pieniądze, dostaje lokum z trzeba pokojami (szkoda, że mnie nikt na taką banicję nie chce wysłać w Krakowie) i codziennie gotuje Teremu jedzenie. Kiedy wpada na pomysł sprzedaży kwiatów o dziwo najbiedniejsi chętnie wydają ostatnie grosze, aby ich balkony wyglądały pięknie. Z tyłu książki znajdujemy też wzmiankę o dżinie, który w całej książce zajmuje miejsce może dwóch stron. Kiedy dochodzi wreszcie do walki okazuje się, że dzieci znacznie lepiej walczą od zaprawionych w bojach zbirów (nawet kupcząca całe życie Rita). Nie ma też w tej książce żadnego złego charakteru, a jeśli już jest – szybko znika pokonany przez dzieciaki, albo okazuje się jednak słodkim bobasem.

W ogóle cała historia ma silne nawiązania do bajki o Alladynie: dżin, latający dywan, Szeheryzadę i nawet samego Alladyna. Zbieżność nazw, nazwisk i motywów wcale nie jest przypadkowa, a mnie wydała się nie tylko zbędna, albo i niepasująca do całej fabuły. W ogóle historia płynie bardzo prędko, niczym górki potok, a na niecałych dwustu stronach, z marginesami na pół kartki i wielkimi literami zmieszczono kilka lat. Duży potencjał, który moim zdaniem został zmarnowany, niewykorzystany i dopchany dobrze znanymi motywami. Jakby autor nie miał pomysłu na dobrą powieść fantasy, więc skorzystał perfidnie z tego, co znał.

Pomylona kategoria.

Po przeczytaniu książki miałam nadzieję, że może jest przeznaczona dla młodzieży – piękne wartości, nieskomplikowana historia, brak czarnych charakterów, nieścisłości (wspomnienie, że przestało padać, by w następnej scenie wspomnieć, że jednak pasa) i naiwność całej historii. Ale niestety nie. Ktoś zakwalifikował tę książkę do fantastyki, w jednej linii z Sapkowskim i Martinem. O zgrozo!

Autor książki Kacper Rybiński to świeżo upieczony maturzysta, który zdawał polską maturę w Szwajcarii. Czytając notkę o autorze miałam wrażenie, że czytam dziecięcy opis, co od razu dało mi do myślenia. Upadek nadziei to jego debiut. Jeśli chodzi o warsztat i pomysł to całkiem udany, niestety wykonanie zbyt naciągane, naiwne i odgapione od innych.

Podsumowanie.

Polecam serdecznie młodzieży (takiej zdecydowanie młodszej), która może wynieść z tej książki dużo dobrych wzorców i poprawny warsztat literacki. Niestety, dla dojrzałego czytelnika (za jakiego nieskromnie się uważam zważywszy na mój wiek) będzie to lektura nieco naiwna i nieoryginalna.

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję Wydawnictwu Dygresje.