Zdobywcy oddechu

Debiut Pana Przemysława Kłosowicza (czy jak on woli, a czego ja nienawidzę Pana Przemysława PIOTRA Kłosowicza) to Zdobywcy oddechu – książka, na którą znalazłam swój własny, całkiem zabawny sposób. 

Początkowo byłam przerażona, gdy zaczęłam to czytać. Krótkie, pourywane zdania, bez większego związku z poprzednimi, zdecydowany przerost formy nad treścią. To ostatnie niestety nie zmieniło się aż do końca, aczkolwiek cała reszta po 50 stronach męczarni poprawiła się na plus. Start jak w Maluchu, nie jak w Porsche, ale nic w tym złego. 

Zdobywcy oddechu to trzech mniej lub bardziej sfrustrowanych mieszkańców Krakowa – porzucony przez chłopaka Piotrek, samotny, z niskim poczuciem własnej wartości Zbigniew i skrzywdzony chorym dzieckiem Wiktor. Wszyscy z problemami, małymi życiowymi porażkami. Piotrek to typowa baba – lamentuje, że jego ukochany odszedł bez słowa, martwi się, że już zawsze zostanie sam. Zbigniew cierpi na samotność, o czym przypomina mu bezustannie jego przeciwieństwo – przyjaciel Kamil, wysoki, z gęstą czupryną i smukłą sylwetką. Wiktor próbuje kochać i opiekować się synem z Zespołem Downa, jednak jego depresja coraz bardziej mu w tym przeszkadza. 

To co napisałam wyżej to można powiedzieć straszliwy spoiler, ponieważ w książce nie dzieje się nic ponadto (powinnam zatem nie pisać zupełnie nic?). Bohaterowie to wybrakowani faceci – placzliwi, użalający się nad sobą, rozlaźli. Nie ma tam silnego bohatera, jest tylko płacz i zgrzytanie zębów. Już chyba zaczynam nabierać trochę maniery autora. 

Wspominałam wcześniej o przeroście formy nad treścią: otóż miałam wrażenie, że autor postanowił umieścić w książce wszystkie powiedzonka, powszechnie znane aforyzmy, znane z memów odzywki, przysłowia i fragmenty piosenek jakie tylko zna. Na przykład: „Z Jolki to jest niezłe ziółko, wręcz ziele.”, „Uśmiech Leny jest promienny, z czego jestem rad, a nawet polon”, „Zmuś lub muśnij… Czuj, czuj, czuwaj.”. To tylko kilka, ale jest tego całe mnóstwo. Na każdej stronie przynajmniej trzy. Sprawia to wrażenie przesytu i pretensjonalności, jakby autor popisywał się. 


I wiecie co? Znalazłam na ten przerost formy nad treścią i niespójność zdań sposób: wpadłam na pomysł, żeby to zacząć rapować! I poczułam się trochę tak, jakby Peja (nie obrażając oczywiście fanów Pei – szanuję, szanuję) zebrał swoje teksty w jedną książkę. W miarę jak uciekały strony wrażenie „raperskości” tekstu trochę mijało, ale przerostu formy nad treścią – w żaden sposób. 

Nie zaczytuję się w literaturze obyczajowej, więc nie mnie oceniać jak wypada na tle innych tego typu książek, ale na tle tych wszystkich, które czytałam w ostatnim czasie niestety nie mogę ocenić jej zbyt wysoko. Łatwo się rozproszyć widząc natłok wszystkiego, co tylko polska popkultura wyprodukowała w ciągu ostatnich trzydziestu lat, ale czyta się to szybko. Nie była to lektura tragiczna, ale drugi raz na pewno po nią nie sięgnę.