Kategoria: Recenzja

Zabić. Mordy polityczne PRL 

Zabić. Mordy polityczne PRL 

W jaki sposób został zamordowany Stanisław Pyjas, student krakowskiej uczelni, przeciwnik ówczesnej komunistycznej wladzy? Jak zabito księdza Jerzego Popiełuszkę? Jak zginęło wiele innych osób, które w niewyjaśnionych okolicznościach straciły życie? Dlaczego wydarzenia związane z ich śmiercią są dziwne? Jak człowiek popełniający samobójstwo wyskakując z okna potrafi je za sobą zamknąć od środka? Patryk Pleskot dzięki wnikliwej analizie zebranych informacji stara się wyjaśnić kto, co i dlaczego, chociaż większość jego pytań pozostaje bez odpowiedzi. 
Niezwykle ciekawą pozycją, którą miałam okazję przeczytać w tym roku (chociaż zakupiłam ją o wiele wcześniej) była książka Patryka Pleskota Zabić. Mordy polityczne PRL. 

Autor to historyk Instytutu Pamięci Narodowej, zajmujący się szeroko rozumianą tematyką PRL-u. Popełnił na ten temat wiele książek, a swoją wiedzę czerpie nie tylko z własnych badań, ale także z bogatej bibliografii, którą dołączył również do książki, która miałam okazję przeczytać. 


Zabić. Mordy polityczne RPL to tytuł mniej dosadny, niż początkowo zakładano, ale mimo to daje do myślenia. Autor już na początku sugeruje, że wszystkie opisy śmierci, które zamieścił w książce są morderstwami, a nie, jak to ma miejsce w oficjalnych aktach – wypadkami, czy niewyjaśnionymi sprawami. 

Całość podzielona jest na opisy śmierci osób przyporządkowanych do odpowiednich kategorii: mamy więc młodych gniewnych, uczonych, księży i tych, którzy zginęli aby utrzeć nosa ich bliskim. Do każdej grupy przypisanych jest trzy, cztery ofiary, a autor dokładnie opisuje kim byli, dlaczego podpadli władzy, jakie były znane znam okoliczności śmierci i jak ostatecznie skończyło się śledztwo. Pozwala sobie także na spekulacje – co mogło się wydarzyć poza dowodami, kto mógł chcieć i dlaczego śmierci danych osób. Jasno jednak zaznacza, że są to tylko domysły, a prawdy pewnie nie dowiemy się nigdy. 

Poznajemy zatem takie osoby jak: Emil Barański, uczeń warszawskiego liceum, który pomógł oblać biało-czerwoną farbą pomnik Dzierzynskiego, Stanisław Pyjas, student krakowskiej uczelni, otwarty przeciwnik władz komunistycznych, Piotr Bartoszcze, rolnik działający prężnie w Solidarności, ks. Sylwester Zych, który nieopatrznie przyjął pod swoj dach dwóch chłopców, którzy zabili poplecznika władz, Bogdan Piasecki, syn znanej działaczki opozycyjnej, pobity na śmierć. Tak naprawdę wspominając na lekcji historii o mordach w czasach PRL wspomina się dwie osoby: Pyjasa i księdza Jerzego Popiełuszkę (których również poznamy w tej książce), ale Pleskot opowiada o wiele więcej historii. Daje nam do zrozumienia, że to nie były wyjątki, tylko częste sytuacje, że ten smutny i niesprawiedliwy los spotkał wielu ludzi, którzy po prostu głośno wyrażali dezaprobatę dla tego, co działo się w Polsce. Autor zwraca uwagę na ważne, a przeoczone w śledztwie (czy to specjalnie, czy przez nieuwagę, czy nieprzekładanie się do obowiązków) fakty i poszlaki, które ewidentnie wskazywały na obecność osób trzecich podczas „wypadków” i czynów „samobójczych”. 


W tej książce znajdziecie mnóstwo faktów, ale podanych w sposób lekkostrawny (o ile temat morderst może taki być). Na końcu znajdziecie potężną bibliografię z której korzystał autor i do której możecie łatwo sięgnąć. Dowiecie się wiele ciekawostek i przyrzekam, że na pewno nie będziecie się nudzić. To nie jest raport, to dobry kryminał, tyle, że bez dialogów i napisany przez samo życie. 

Przyznam szczerze, że moją uwagę do tej książki przykuła przepiękna okładka. Pałac Kultury, broń wymierzona prosto w czytelnika, stary papier. Gratka dla tych, których cieszą dopracowane szczegóły i peerelowskie stylizacje. 

Jeśli lubicie kryminały, albo tematykę PRL, na pewno będziecie zadowoleni z lektury. Literatura  faktu na wysokim poziomie, dobrze przygotowane badania i baza wiedzy pod książkę. Po prostu spróbujcie, a nie zawiedziecie się. 

Cieszę się, że tutaj zajrzałeś Czytelniku, będzie mi bardzo miło jeśli pozostawisz po sobie jakiś ślad – nic nie motywuje do dalszego działania tak, jak zaangażowanie Czytelników. 

Jak zostać gwiazdą Instagrama, gdy jest się Beduinką?

Jak zostać gwiazdą Instagrama, gdy jest się Beduinką?

Zjednoczone Emiraty Arabskie pozostają poza zasięgiem większości z nas. Jest to kraj arabski, z zupełnie odmienną kulturą od naszej, niezwykle bogaty, gdzie benzyna jest za grosze. Z drugiej strony wciąż żyją tutaj tradycyjne, beduińskie rodziny, niezbyt zamożne, próbujące żyć na pustyni. W tym wszystkim ciagle są młodzi ludzie, spragnieni kontaktów z rówieśnikami i światem, chcący nawiązać zakazane relacje (polegające często nawet na zwykłej rozmowie, czy flircie) z płcią przeciwną. Jak więc żyć pełną piersią w europejskim rozumieniu, a nadal pozostać skromnym beduińskim człowiekiem? Przekonałam się o tym wszystkim po lekturze książki Beduinki na Instagramie.

Media społecznościowe w tym momencie to potęga, z której mocy nawet często nie zdajemy sobie sprawy. To nie tylko nasz klucz do świata, ale także często narzędzie pracy i nauki. W ZEA to miejsce spotkań obu płci, i to dosłownie. Podobnie jak galerie handlowe do których niekoniecznie zagląda się z powodu zakupów. Młode Emiratki i emiraccy książęta przyjeżdzają tam, aby spotkać się (oczywiście nie oficjalnie) z płcią przeciwną, nawiązać niezobowiązujący flirt, pokazać się. Tam mężczyźni nie szukają żon – te mają takich miejsc nie odwiedzać. 


Pod czarnymi kandurami panie ukrywają najdroższe ubrania od projektantów, pięknie wypielęgnowane paznokcie i perfekcyjny makijaż i fryzurę. Na widok publiczny pokazują jedynie torebkę, chociaż czasem, niby przypadkiem spod burki wysunie się kosmyk czy dwa z nowym odcieniem, prosto od fryzjera. 

Miejscem, gdzie kobieta może pokazać się w całej okazałości (oprócz sypialni męża rzecz jasna) to wesela, na których wszyscy bawią się osobno oraz wydzielona dla kobiet przestrzeń w domu. Otoczone potężnym murem ogrody chronią je przed niechcianymi spojrzeniami i pozwalają czuć się swobodnie. To tam wszystkie kobiety spotykają się, plotkują i szukają żon dla swoich synów – ponieważ oni przed ślubem zobaczyć kobiety nie mogą. 

Każdy Emiratczyk jest utrzymywany przez Państwo – nie musi wcale chodzić do pracy, a jeśli już, to nikt go nie nadzoruje. Za swoje obywatelstwo dostaje całkiem sporo pieniędzy. Dlatego prawie niemożliwym jest uzyskanie legalnego pobytu stałego – żona z obcego państwa nigdy nie dostanie przywilejów męża, jej dzieci także (mimo, że ojciec będzie rodowitym Emiratczykiem). Mimo to w ZEA mnóstwo jest imigrantów z sąsiednich, biednych państw, którzy wypełniają rynek pracy, w zasadzie pracując na Emiratczyków, często za niewielkie pieniądze. 

Wyjątkowo o Autorce opowiem kilka słów dopiero teraz. Aleksandra Chrobak początkowo pracowała jako stewardessa w liniach lotniczych latających między innymi w ZEA, a następnie zamieszkała w Abu Zabi, aby tam pracować w biurze i obserwować niezwykle życie Emiratczyków. Poznała tę kulturę od podszewki i postanowiła wszystko opisać w swojej książce. 


Takich smaczków o których nie miałam zielonego pojęcia jest o wiele więcej. Z każdą stroną dziwiłam się coraz bardziej, zastanawiając, czy autorka tego wszystkiego nie wymyśliła – tak czasem nieprawdopodobnie to brzmiało. Ona jednak w sposób prosty i autentyczny odkrywa przed nami tamto miejsce i jego mieszkańców, pokazując to co ciekawe, inne, zaskakujące i powszechne dla ZEA. Nie ukrywa niczego, stara się też nie opiniować – ona po prostu przekazuje nam wiedzę, jakiej potrzebujemy do zrozumienia (albo próby) tamtej kultury. 

Czyta się to łatwo, lekko i przyjemnie, a ciekawe informacja pochłania się w moment. Autorka przedstawia nam poszczególne osoby, które stanęły na jej drodze i uchyla rąbka tajemnicy. Prezentuje nam osoby za równo bajecznie bogate, jak i zupełnie pozbawione środków do życia. Rodowitych Emiratczyków, oraz tych, którzy z tej społeczności zostali wykluczeni: ubodzy Beduini mieszkający na pustyni i imigranci, chcący dorobić się.

Spodziewałam się trochę czegoś innego  po tytule, choć sama nie wiem czego. Gwiazd Instagrama? Elektrotechnicznych zagadnień? Po prostu po enigmatycznym i trochę zabijającym z tropu tytule odkryłam prostą, ciekawą książkę, która dała mi bardzo wiele radości.

Z czystym sumieniem mogę polecić tę książkę. Jest ciekawie napisana, na modny ostatnio temat krajów arabskich i pokazuje autentyczny, chociaż dla nas pewnie nieprawdopodobny świat. Przeczytałam ją praktycznie jednym tchem mimo, że książki z tego kręgu kulturowego niekoniecznie do mnie przemawiają. Ta jednak bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. 

 Cieszę się, że tutaj zajrzałeś Czytelniku, będzie mi bardzo miło jeśli pozostawisz po sobie jakiś ślad – nic nie motywuje do dalszego działania tak, jak zaangażowanie Czytelników. 

Złe Matki są najlepsze 

Złe Matki są najlepsze 

O Segricie coś tam słyszałam, chociaż nigdy nie śledziłam jej bloga. Z tego, co pisze wydawca to kobieta, która nie boi się kontrowersji. I ta książka też miała ją chyba wywołać. Czy wywołuje? 

Matylda Kozakiewicz to matka i blogerka z dziesięcioletnim stażem. Pisze o szeroko pojętym lifestylu: o relacjach damsko-męskich, o prowadzeniu domu, o kontrowersyjnych tematach, które spędzają sen z powiek wielu Polakom, którzy mają ochotę o coś się pokłócić. Nie wgłębiałam się w treść, ale po chwili byłam już w stanie stwierdzić, że chyba bym tego bloga polubiła. 


Złe matki są najlepsze. Poradnik szczęśliwej mamy to książka, w której autorka pokazuje duży dystans do siebie i otaczającego ją świata. Opowiada o swoich doświadczeniach w byciu mamą – przeprowadza czytelnika przez ciąże, poród i połóg (na szczęście oszczędzając drastyczniejsze szczegóły). Nie boi się powiedzieć, że jest Złą Matką, bo karmi dziecko wtedy, kiedy ono tego potrzebuje, w miejscach publicznych jeśli jest taka konieczność, że tuli swoje dziecko kiedy chce i kiedy syn tego się domaga. Ma twarde stanowisko w każdej sprawie dotyczącej życia swojej rodziny: to jak żyje i jak wychowuje dziecko jest tylko i wyłącznie jej prywatną sprawą. Dba o swojego Kociopełka jak najlepiej, nie słucha tych wszystkich przewrażliwionych matek, ale przede wszystkim słucha swojego dziecka i odpowiada na jego potrzeby. 

Książka podzielona jest na rozdziały, każdy dotyczy trochę innego zagadnienia okołodzieciowego: mity związane z ciążą i wychowaniem dzieci, niepotrzebnymi rzeczami, w które młode matki się zaopatrują, a które wcale nie są niezbędne, jak właściwie karmić piersią i inne. Wiele ciekawych porad (mnie, która nie czuje żadnego instynktu macierzyńskiego czasem trochę przerażały), które młodym matkom, przewrażliwionym na temat tego „co ludzie powiedzą” nie tylko dodadzą odwagi, ale także pomogą jak najlepiej zajmować się dzieckiem. 

Chcesz być szczęśliwą matką szczęśliwego dziecka? Bądź Złą Matką! Rób to, co podpowiada Ci natura, oraz to, czego oczekuje od Ciebie dziecko. Jest głodne? Daj mu jeść. Chce się przytulać? Przytul go! Nie chcesz karmić piersią, chcesz, będziesz robić to długo – Twoja sprawa! Masz prawo wybrać i Segrita właśnie to mówi. Wręcz poleca zostać Złą Matką, która zbuntuje się przeciwko wszystkim bzdurom, które ciagle  wpaja się młodym matkom. 

Książka dodatkowo opatrzona jest ciekawymi przerywnikami z życia wziętymi: autentyczne rozmowy autorki z partnerem/koleżanką/lekarzem. Bardzo zabawne i takie prawdziwe. Wiele też znajdziecie ciekawych obrazków, prezentujących wizualnie to, co pisze Segrita. Trochę nie w moim stylu, ale podobały mi się bardzo te, które nawiązywały do znanych dzieł sztuki, jak na przykład do Szału uniesień Władysława Podkowińskiego. 


Zdjecie z książki.

Nie jestem matką, nie mam też takich planów. Ale słyszę co się wokół mnie dzieje i czasem naprawdę nie mogę uwierzyć, że kobiety ciagle muszą walczyć, żeby rodzić po ludzku, a kobiety kobietom gotują straszny los złych matek. Idealna sytuacja to taka, kiedy każdy zajmuje się sobą i swoim życiem, a reaguje tylko w momencie, kiedy pojawia się coś niepokojącego. Dla mnie ta książka na pewno była ciekawym doświadczeniem, ale nie mogę go wykorzystać w praktyce. Wiem jednak, że kilka moich koleżanek, obecnie spodziewających się dzieci chętnie po nią sięgnie. No i oczywiście ci, którzy lubią humor Segrity.

Jeśli więc interesuje Was okolodzieciowy temat, albo po prostu chcecie poczytać o tym co prawdziwego i śmiesznego – polecam serdecznie! 

 Cieszę się, że tutaj zajrzałeś Czytelniku, będzie mi bardzo miło jeśli pozostawisz po sobie jakiś ślad – nic nie motywuje do dalszego działania tak, jak zaangażowanie Czytelników. 

Zapisane w wodzie

Zapisane w wodzie

Debiut Pauli Hawkins nie zachwycił mnie – spodziewałam się o wiele więcej po książce, która dosłownie wychodziła z lodówki i którą czytali wszyscy. Moją opinię możecie przeczytać tutaj

Mimo mojego rozczarowania postanowiłam dać drugą szansę tej autorce i przeczytać także Zapisane w wodzie. Przede wszystkim  chciałam sama wyrobić sobie zdanie na temat jej kryminałów, które zbierają tak skrajne recenzje, że niesposób nie spróbować samemu się do tego ustosunkować. 


Zapisane w wodzie to druga książka pochodzącej z Zimbabwe, a wychowującej się w Londynie autorki. Przenosimy się wraz z nią do nieistniejącego miasteczka Beckford położonego nad rzeką zwaną Topieliskiem. To tam swoj żywot kończyły kobiety wyklęte, doświadczone przez los, niewygodne. Same kończyły ze swoim życiem, albo po prostu zostałaby wepchnięte pod wodę przez społeczny ostracyzm. W dawnych czasach to właśnie tutaj pławiono kobiety posądzane o czary. 

W książce budowane jest napięcie, ale miałam wrazenie, że wszystkie karty zostały odkryte praktycznie jednocześnie na samym końcu. Przez długi czas autorka w taki sposób prowadzi czytelnika, by ten nie był niczego pewny. Czasem miałam takie poczucie, że zbyt dużo jest niedopowiedzeń, jakby autorka myślała, że czytelnik wie o wiele więcej niż sama mu zdradziła. 

Postaci są nakreślone w sposób, który nie pozwala jednoznacznie je ocenić – Ci, którzy są dobrymi ludźmi często skrywają mroczne tajemnice, a Ci źli nie są aż tak straszni, jakby chcieli być widziani. Odnalazłam kilka podobieństw do bohaterów Dziewczyny z pociągu, jakby autorka tych dobrze wykreowanych chciała znów ożywić. Czasem miałam wrazenie, że Jules przypomina mi Rachel. 


Nie odpowiada mi styl autorki – bawi się z czytelnikiem i trochę za długo buduje napięcie. Nim dowiedziałam się czegokolwiek zdążyłam już się znudzić ciągłymi niedopowiedzeniami. Kiedy już fabuła się rozkręciła domyslilam się też kim może być morderca – miałam dwa typy, z czego jeden trafiony. 

Przyznam szczerze, że Zapisane w wodzie było o niebo lepsze niż Dziewczyna z pociągu, może nawet mogłabym pozbyć się uprzedzeń do Pauli Hawkins i przyznać jej status dobrego autora. Ale tylko dobrego, ponieważ jej opieszały styl nadal mnie nie przekonał. Jeśli jednak macie ochotę na poprawną, znaną ostatnio książkę, to Zapisane w wodzie spełni oba te warunki. 

Cieszę się, że tutaj zajrzałeś Czytelniku, będzie mi bardzo miło jeśli pozostawisz po sobie jakiś ślad – nic nie motywuje do dalszego działania tak, jak zaangażowanie Czytelników. 

Podsumowanie maja

Podsumowanie maja

Maj niestety nie przyniósł nam ani słońca, ani ocieplenia w zbyt dużej dawce, ale dzięki długiej zimie i suplementom poziom witaminy D w moim organizmie nawet przekracza normę, więc nie mogę narzekać. Mimo złej pogody maj nie był moim książkowym sprzymierzeńcem i niestety czerwiec też taki nie będzie. Zwłaszcza, że planuję urlop, który będzie bardzo aktywny i na pewno nie uda mi się usiąść i poczytać. 

Co jednak mimo wszystko przeczytałam: 

  • Dokończyłam Cmętarz zwieżąt, który tak mnie wystraszył, że nie mogłam go dokończyć w kwietniu – musiałam czytać tylko w dzień lub w obecności osób trzecich (na przykład w autobusie). 
  • Skusiłam się na powrót do uniwersum Harrego Pottera, co okazało się kompletnym niewypałem. Przeklęte dziecko ani nie skradło mojego serca, ani nawet nie poruszyło mojej wyobraźni. 
  • Przeczytałam Historię pszczół, która długo leżała na mojej półce i chociaż bardzo chciałam się za nią zabrać to ciagle miałam coś ważniejszego. Ale wreszcie się udało i jestem z tego ogromnie zadowolona. 
  • Zrecenzowałam moją pierwszą książkę pochodzącą ze współpracy z Wydawnictwem, która okazała się bardzo ciekawą i pozytywną lekturą – uważam zatem naszą kooperację za udaną. Ogród małych kroków był przyjemną książką, pełną humoru i ogrodniczych porad, dzięki której zapragnęłam urządzić własny balkon z kwiatami. 

Zrecenzowałam też kilka książek, które czytałam już wcześniej, ale moim zdaniem zasługiwały na miejsce na tym blogu:

  • Światło między Oceanami chciałam przeczytać i kiedy do tego doszło to bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Wycisnęła trochę łez, zburzyła moją granicę moralną i nakazała zadać kilka bardzo ważnych pytań: co jesteśmy zrobić złego innym ludziom, nawet nieświadomie i niechcący w imię własnego szczęścia? 
  • Książki Jürgena Thorwarda są dla mnie nie tylko bardzo interesujące, ale również zaspokajają moje niespełnione marzenia o byciu wielkim chirurgiem. Mnóstwo ciekawych informacji, wspaniale napisana opowieść na podstawie dzienników jego dziadka. 
  • Dziewczyna z pociągu to zdecydowany niewypał jak dla nie – mdła historia, niekoniecznie przemyślana, niedopracowana. Styl autorki też zupełnie mnie nie przekonał, a szum, jaki powstał wokół niej podsycił mój apetyt, który niestety nie został nawet w połowie zaspokojony. Dałam drugą, ale ostatnią szansę tej autorce, a już niedługo będziecie mogli się przekonać, czy uratowała swój honor bestsellerowej autorki. 
  • Szczygieł zachwycił mnie do tego stopnia, że rozpływam się nad nim za każdym razem, kiedy ktoś o nim wspomina. Prawdziwa gratka dla fanów literatury pięknej, śliczna okłada i grube tomiszcze. 

Udało mi się też obejrzeć po jednym (i jedynym jak narazie) sezonie dwóch seriali: 

  • Ania, nie Anna na podstawie książki Astrid Lindgren Ania z Zielonego Wzgórza, której, wstyd przyznać, nigdy nie czytałam, ale stary film bardzo lubiłam, więc po ten serial sięgnęłam z radością i dzięki poleceniu przez Wielkiego Buka. Świetnie zrobiony, niecukierkowy i autentyczny. 
  • 13 powodów zawładnęło mną strasznie, zwłaszcza, że postać Claya bardzo mnie rozczuliła i skradła moje serce. Mimo, że znamy finał opowieści, to ogląda się ją z zapartym tchem, chociaż prawda jest trochę straszna. Udało mi się też wygrać tę książkę u Mozaiki Literackiej i już nie mogę doczekać się lektury, aby skonfrontować swoje wrażenia po serialu z literacką wersją. 

Czerwiec to miesiąc dla mnie bardzo krótki, który chcę poświecić w większości na aktywny odpoczynek oraz na inne moje pasje. Zaczęłam haftować koszulę dla Niego, mam też zamiar uporządkować kilka rzeczy i zmienić mieszkanie (z nadzieją na swoj własny kącik i balkon, na którym będę mogła jakoś się urządzić). Nie będę więc mieć zbyt dużo czasu na czytanie książek, ale na razie w planach mam trzy najpilniejsze: 

  • Zapisane w wodzie, druga szansa dla autorki. Przeczytałam już całkiem sporo, ale nie zdradzę Wam nic poza tym, że ta książka jest bardziej udana 
  • Przemyślny ból zaczęłam czytać już dawno, ale ciagle coś mnie od niego odciąga – tym razem mam nadzieję, że się uda. 
  • Tysiąc pięter to moja kolejna pozycja na liście do przeczytania, o której słyszałam bardzo dużo skrajnych opinii i chciałabym wyrobić sobie wreszcie swoją. 
  • Chciałabym też koniecznie dostać Lokatorkę, ale chyba nieprędko się to wydarzy, ponieważ w momencie premiery i chwilę przed nią będę w Bośni i Hercegowinie (na świetniej wycieczce z moim Zespołem, na której na pewno nie będę się nudzić).

 Zbliżają się wakacje, mam więc nadzieję, że znajdę trochę więcej czasu, aby nadrobić książkowe zaległości. 

Cieszę się, że tutaj zajrzałeś Czytelniku, będzie mi bardzo miło jeśli pozostawisz po sobie jakiś ślad – nic nie motywuje do dalszego działania tak, jak zaangażowanie Czytelników.  

Światło między oceanami

Światło między oceanami

Książki, które ktoś zechciał zekranizować dostają nowe życie. Ci, którzy ich jeszcze nie odkryli nagle dostają olśnienia. Albo sytuacja odwrotna – nagle cała rzesza ludzi zdaje sobie sprawę jak bardzo zła książka ujrzała światło dzienne. W tym pozytywnym aspekcie było również z ekranizacją Światło między oceanami. Niedawno  wróciła z nową, filmową okładką, tak nawiasem bardzo ładną.

M.L. Stedman pochodzi z Autralii, ale obecnie mieszka w Londynie. Te szczątkowe informacje pochodzą ze strony jej angielskiego wydawcy. Książka Światło między Oceanami jest debiutancką powieścią tej autorki.
Zebrała bardzo dobre recenzje, wspominające niezmiennie o jej poruszającej historii i potężnej grze na emocjach. Przez wiele tygodni utrzymywała się na liście bestselerów New York Timesa. Mimo to odnoszę wrażenie, że swój sukces w Polsce zawdzięcza dopiero ekranizacji, która odświeżyła okładkę na wydanie filmowe i przypomniała czytelnikom o tym niezwykłym melodramacie. W 2016 roku na ekrany polskich film wszedł film o takim samym tytule i nie tylko przyciągnął do kin wiele osób, ale i zaprowadził wiele osób do księgarni.

Historia jest niezwykła: ona i on, kochają się, zakładają rodzinę z dała od cywilizacji na wyspie z latarnią morską. Jednak los szybko zabiera im szczęście i Isabel traci kolejne dzieci. Owym światłem między oceanami ma być wyrzucona na brzeg łódka z małą dziewczynką w środku, którą para przygarnia jak swoją. Jednak ich radość nie trwa długo i jest zapowiedzią końca wszystkiego.

Trudno kochać lub nienawidzić bohaterów. W pewnym momencie nie wiemy już co jest moralnie w porządku, a co nie, ponieważ zawsze ktoś cierpi. Niektóre kłamstwa i błędy da się łatwo wytłumaczyć tym, że ktoś po prosty chciał ukoić ból, być szczęśliwym. Wyrzuty sumienia są zagłuszane dobrem innych. Zdajemy sobie jednak po jakimś czasie sprawę, że radość głównych bohaterów jest tragedią kogoś innego.

Bohaterowie są wyraziści, dokonują bardzo różnych wyborów. Dają nam się polubić do tego stopnia, że w pewnym momencie sam czytelnik daje im przyzwolenie na zawłaszczenie czyjegoś dziecka. Odsuwa się wtedy od siebie myśl, tak samo jak zrobiła to główna bohaterka, że gdzieś czeka prawdziwa matka na swoją zaginioną córeczkę.

Nie przepadam za literaturą tego typu, a jednak piękna okładka i (o zgrozo) trailer filmu skusiły mnie do sięgnięcia po książkę. I całe szczęście, ponieważ całość przypadła mi do gustu i momentami naprawdę rozczuliła. Jest napisana ładnym, prostym językiem, szybko się ją czyta i naprawdę gra na emocjach.

W leniwy dzień, kiedy słońce praży nam prosto w twarz można spokojnie wybrać tę właśnie książkę. 

 

Ogród małych kroków

Ogród małych kroków

Są takie książki, po przeczytaniu których chcemy robić dokładnie to, co bohaterowie: zaczynając od Harrego Pottera i niezmordowanego oczekiwania na list z Hogwartu, aż po wspaniałą wyprawę rodem z Władcy Pierścieni. Z książką Ogród małych kroków miałam podobnie: zapragnęłam mieć własny ogródek, albo chociaż uroczy balkon, na którym posadziłabym cudowne kwiaty, zielnik, ustawiła dwa krzesełka z poduszkami w pastelowych kolorach i przepiękny, biały stół z wielkiej szpuli budowlanej. Chociaż marzenie nie zostanie niestety w najbliższym czasie na pewno zrealizowane, to warto na początek poczytać jak komuś się udało i jak się w ogóle za to zabrać.

Abbi Waxman to Angielka, obecnie mieszkająca z mężem, trójką dzieci i całą masą zwierzaków w Los Angeles. Wywodzi się ze środowiska redaktorów: jej rodzice pracowali w tej branży. Po zaginięciu ojca jej matka zajęła się z powodzeniem pisaniem kryminałów. Sama autorka zajmowała się przed długi czas redagowaniem treści, a następnie została głównym dyrektorem kreatywnym w różnych agencjach w Londynie i Los Angeles. Obecnie skupia się jednak tylko na pisaniu. Ogród małych kroków to jest pierwsza jak dotąd powieść (oryginalny tytuł: The Garden of Small Beginnings). 


Pierwsze co zobaczyłam, to okładka, a że jestem estetką, która uwielbia piękne okładki – od razu się nią zainteresowałam. Notka od Wydawcy, dotycząca treści książki zachęciła mnie jeszcze bardziej. Nieczęsto sięgam po literaturę obyczajową, ale jeśli już to robię to wymagam od niej więcej. I tutaj się nie zawiodłam.

Mąż Lilian, Dan zginął w wypadku samochodowym trzy lata wcześniej, a ona pozostała zupełnie sama z dwójką małych córeczek: Anabel i Clare, która była jeszcze zbyt mała, by w ogóle ojca pamiętać. Pracuje jako ilustratorka dla wydawnictwa tworzącego podręczniki dla dzieci, nie ma zbyt dobrego kontaktu z matką, za to świetnie dogaduje się ze swoją przebojową siostrą Rachel, która prowadzi szczęśliwe życie singielki. Wszystko jednak zmienia się, kiedy do wydawnictwa przychodzi nowe zlecenie: zilustrowanie książki dotyczącej uprawy roślin w ogrodzie. Warunek jest tylko jeden – autorka musi się na tym choć trochę znać, otrzymuje więc w pakiecie kurs ogrodnictwa w każdą sobotę przez sześć tygodni.

Szybko okazuje się, że ta rozrywka zmieni na zawsze życie Lilian, jej córek, a nawet kilku innych osób: nie tylko dowiedzą się sporo o pielęgnacji ogrodu, ale także poznają wspaniałych ludzi, z którymi będzie łączyć ich przyjaźń. I jest oczywiście on, tylko, że Lilian nadal kocha swojego zmarłego męża i przeżywając żałobę gdzieś w głębi duszy boi się znów zakochać.


Ta książka ma bardzo wiele twarzy: jest tam miłość matki do córek i zmarłego męża, cała masa odcieni przeżywania żałoby, przyjaźń między siostrami i obcymi ludźmi, zauroczenie, pasja, a wreszcie cała masa ogrodnictwa i dobrego humoru. Książka utrzymana jest raczej w tonie humorystycznym, który czasem tylko przeradza się w lekko złośliwą ironię głównej bohaterki. Znalazłam tam naprawdę całą masę poprawiających humor sytuacji, w których wielokrotnie wybuchałam śmiechem. Temat poważny, który jednak został potraktowany bardzo po ludzku – zwłaszcza, że od śmierci męża Lilian minęły już trzy lata.

Bardzo ucieszyły mnie również porady dotyczące najróżniejszych warzyw: jak przygotować glebę, posadzić, nawadniać, chronić, dodawać im to, czego potrzebują, by dać dobre owoce. Dla mnie, początkującego ogrodnika (przynajmniej na razie w teorii) są to cenne informacje, chociaż trochę może zbyt szczegółowe jak na zupełnego laika. Każdy rozdział jest poprzedzony właśnie takimi poradami, które dodatkowo opatrzone zostały przepięknymi szkicami. Pomyślałam, że to po prostu majstersztyk kiedy zobaczyłam kolbę kukurydzy – z narysowanymi i wycieniowanymi (sic!) ziarnami!

Okładka jest po prostu urzekająca: twarz naprawdę pięknej kobiety wśród kwiatów i roślin: coś co zupełnie do mnie przemawia. Zerknęłam jak zwykle na okładkę wydania angielskiego i cóż… cieszę się, że Wydawnictwo postanowiło jednak zrobić coś zupełnie nowego.

Książka za granią zebrała bardzo dużo pozytywnych recenzji, nie tylko wśród innych autorów, także tych bestsellerowych, ale także wśród wielu krytyków. Również czytelnicy nie szczędzili dla niej wielu ciepłych słów. Dołączam się do nich z czystym sumieniem i mogę polecić Wam tę książkę, szczególnie teraz, kiedy wszystko rozkwita na naszych oczach: na pewno choć trochę zarazicie się pasją do ogrodnictwa. Niektóre wątki zostały pociągnięte zbyt szybko, albo trochę naciągnięte, jak sprawa z ogrodem Lilian, ale nie było tego zbyt dużo, więc po prostu przeszłam nad tym do porządku dziennego.

Jeślli chcecie podarować komuś lekką, przyjemną książę z morałem, albo sami macie ochotę po coś takiego sięgnąć: nie wahajcie się ani chwili. To, co napisała Abbi Waxman jest dobrą literaturą obyczajową opowiadającą historię Lilian na kilku, bardzo poważnych płaszczyznach, okraszoną humorem i ogrodniczymi poradami.

Za możliwość przeczytania książki przedpremierowo dziękuję Wydawnictwu Otwarte. 


Pozostaw po sobie komentarz – będzie mi niezmiernie miło, ponieważ nic tak nie motywuje do dalszej pracy jak zaangażowanie drugiej strony. 

Historia pszczół na dzień matki

Historia pszczół na dzień matki

Dlaczego zdecydowałam się na recenzję tej książki właśnie tego wyjątkowego dnia? Ponieważ akurat w Historii pszczół dużo się mówi o rodzicielstwie, oraz o matce, która jest gotowa poświecić wszystko dla ukochanego dziecka. Jeśli więc szukacie ciekawej lektury dla swoich mam – serdecznie polecam tę książkę.

Maja Lunde to norweska pisarka, znana głównie z książek dla dzieci. Historia pszczół to pierwsza powieść, którą napisała dla dorosłych i okazała się ogromnym sukcesem nie tylko w jej ojczyźnie. Jeszcze przed premierą 15 krajów zakupiło prawa do jej wydania. Niedługo potem otrzymała prestiżową Nagrodę Księgarzy Norweskich, co wyniosło ją na szczyt listy bestsellerów, gdzie pozostaje aż do teraz. 


Historia pszczół opowiada o niedocenianych, pożytecznych owadach, ale też o ludziach silnie z nimi związanych. To przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, która ukazuje nam autorka po wymarciu wszystkich pszczół. Pierwszym chronologicznie bohaterem jest William, który w końcu XIX wieku próbuje znaleźć sens życia i udoskonala ul. Jest jednak skazany niestety na niepowodzenie. Kolejny, George z dziada pradziada zajmuje się hodowlą pszczół i na początku XXI wieku pada ofiarą Colony Collapse Disorder, który skutkuje nagłym i niewytłumaczalnym zaginięciem wszystkich jego pszczół. Ostatnia bohaterka, Thao w końcu XXI wieku musi wraz z większością ludzkości ręcznie zapylać kwiaty. 

Maja Lunde na przykładzie Thao mówi nam jak będzie wyglądał świat, kiedy wszystkie pszczoły wyginą. Ludzie będą głodować, ponieważ nie dla wszystkich wystarczy jedzenia, a nawet Ci, którzy będą jeść otrzymają pokarm w zbyt małych ilościach. Miasta zaczną wymierać, nikt nie będzie dbał o nic, co nie będzie związane z rolnictwem: upadnie szkolnictwo, rozwój medycyny oraz technologii. Nie będzie telefonów komórkowych i internetu. Świat powróci do pierwotnych starań: priorytetem stanie się zdobycie pokarmu. 


Cała książka podzielona jest na trzy opowieści, każda osoba opowiada historię swojego życia: William badacza, George pszczelarza i Thao rolnika. Ich zadania są skoncentrowane na życiu pszczół i tego co robią dla ludzkości. Autorka płynnie przeprowadza nas przez wszystkie sytuacje, na końcu łącząc te trzy wątki w jedną całość. Zakończenie zaskoczyło mnie, chociaż w pewnym momencie zaczęłam się go domyślać. Bohaterowie zostali wyraźnie nakreśleni, mieli własne, często nieprzejednane zdanie. Ich życie podporządkowane zostało pszczołom. 

O samych pszczołach jest niewiele: podstawowe informacje, kilka cennych uwag o samej ich hodowli, czy budowie uli, a także o zjawisku, które obecnie trwa – Colony Collapse Disorder, które polega na tym, że poprzez wiele czynników pszczoły nagle znikają bez śladu lub umierają. Często po prostu w jednej chwili całe stado gubi drogę do ula, skazując siebie, larwy i królową pozostawione we wnętrzu ula na pewną śmierć. Jeśli chcecie więcej się o tym dowiedzieć polecam serdecznie angielski materiał. Miałam nadzieję, że ciekawych informacji o pszczołach będzie więcej, ale może faktycznie za dużo bym chciała od powieści. 


Bardzo wyraźnie zaznaczony został w książce wątek rodzicielstwa: nieporadnego ojca, niebędącego przykładem dla swoich dzieci, ojca, który czuje, że swoją prostolinijnością traci swojego bardzo inteligentnego syna i matki, która dla swojego małego synka zrobi wszystko: poświęci wolny czas na jego edukację, a nawet wyruszy w niebezpieczną podróż, aby go odnaleźć. Poświęcenie cierpiącej matki, która traci dziecko, ale najgorsze, że nie ma pojęcia dlaczego – milczący lekarze wcale nie pomagają jej zrozumieć. 


Fabuła ciekawie płynie, jest prosta, ale ma w sobie to coś. Nie jest to skomplikowana historia, ale opowieść o życiu całkiem zwykłych ludzi. Czyta się to bardzo szybko, może też ze względu na dosyć dużą czciocnkę, którą książkę obdarzyło wydawnictwo. Nie miałam też momentów, w których bym się nudziła. 

Jeśli chcecie przeczytać ciekawą, porządną powieść obyczajową i dowiedzieć się kilku ciekawych informacji na temat pszczół, to sięgnijcie po Historię pszczół, a nie zawiedziecie się – dostaniecie właśnie to, na co liczyliście. 

Od znieczulenia do operacji mózgu, czyli historia chirurgii według Jurgena Thorwalda

Od znieczulenia do operacji mózgu, czyli historia chirurgii według Jurgena Thorwalda

Jestem ogromną entuzjastką wszystkiego, co ma związek z chirurgią – czytam artykuły o dokonaniach lekarzy, oglądam seriale i czytam książki. Kiedy więc wpadłam dzięki mojej współlokatorce na trop książek Jürgena Torwalda to nie mogłam sobie ich odpuścić.

Historia chirurgii to trzy, pasjonujące książki: Stulecie chirurgów opowiadające o początkach chirurgii ogólnej, Triumf chirurgów o ciężkich próbach operacji mózgu, tarczycy i serca oraz najnowsza Ginekolodzy o odkrywaniu kobiecego ciała i tajemnic płodu. Thornwald przedstawia tam historie, które na kartach dziennika uwiecznił jego dziadek, słynny lekarz H.S. Hartmann, historyk chirurgii, który podążał śladami nowych odkryć.

Thorwald to niemiecki dziennikarz, pisarz i historyk, szczególnie zajmujący się tematyką medycyny sądowej i II wojny światowej.

Wszystkie trzy książki napisane są fantastycznym językiem, który wprowadza nas w klimat XIX wieku, kiedy to lekarze przeprowadzający operacje nie znieczulali swoich pacjentów i nie myli rąk. Przyglądamy się więc jak pewien dentysta odkrył uśmierzające ból działanie gazu rozweselającego, a następnie jego upadek po nieudanym eksperymencie. Nie możemy nadziwić się oporowi, jaki budzi się w znanych chirurgach, gdy jeden z nich przypadkiem odkrywa, że niemycie rąk powoduje wiele śmiertelnych chorób. Obserwujemy wielu lekarzy, którzy są pionierami w wielu dziedzinach, dzisiaj mocno rozwiniętych, którzy w swoim czasach doczekali się tylko opuszczenia i wyzwisk.

To, co przeraża w tej książce to fakt, że najprostsze rozwiązania takie jak mycie rąk  były najtrudniej przyswajane. Opór przed tym był ogromny. Wielu lekarzy musiało też zmagać się ze społecznym linczem, ponieważ odważyli się otworzyć brzuch człowieka.
Szczególnie utkwiła mi w głowie opowieść o pięknej dziewczynie, cierpiącej na wola tarczycy, wysoko rozwiniętego, którego musiała ukrywać pod ogromnymi kołnierzami i który wręcz ją dusił. Hartmann tak bardzo chciał jej pomóc, że poprosił o konsultację najlepszego lekarza obecnie zajmującego się z powodzeniem wycinaniem tarczycy. Na miejscu jednak okazuje się, że eksperyment przyniósł nieoczekiwane skutki – usunięcie w całości tarczycy powoduje zidiocenie.

Sam bohater stanął przed ogromną próbą. Jego żona cierpiała na raka przełyku, który powoli ją zabijał. W tym czasie jednak badania tej choroby posuwały się nieznacznie do przodu i były niewystarczające, aby kogokolwiek uratować. Jego bezsilność sprawia, że serce nam się kraje, zwłaszcza, że on tak dużo wie o medycynie, zna tylu wybitnych lekarzy i to wszystko na nic.

Czyta się te książki z zapartym tchem. Znajdziecie tam wiele naprawdę ciekawych informacji, ludzkie dramaty i beznadziejne próby podjęcia zmiany mentalności społecznej. W niektórych momentach wprost nie można uwierzyć jak ktokolwiek mógł wpaść na rozwiązanie tego czy innego problemu medycznego bez sprzętu, który posiadamy teraz. 

Jeśli więc chcecie spędzić czas przy pasjonującej i ciekawej lekturze – nie zastanawiajcie się ani chwili, a nie będziecie żałować.

Harry Potter i Przeklęte Dziecko

Kiedy emocje po kolejnej części i ponoć fenomenalnym spektaklu opadły przyszedł czas, aby przeczytać Harrego Pottera i Przeklęte Dziecko. Byłam sceptycznie nastawiona, zwłaszcza, że nie lubię, kiedy autor na siłę przedłuża serię (nawet mimo, że jest genialna), a już na pewno nie jestem zachwycona, kiedy robi z tego dramat. W tym przypadku dosłownie.


J.K. Rowling chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. Autorka słynnej serii o Chłopcu, Który Przeżył, magicznym świecie czarodziejów i złym Voldemorcie. Można lubić, albo nie, ale znać wypada. Wielu ludzi te właśnie książki zachęciły do czytania (jestem tą częścią ludzkości, która swojej przygody czytelniczej wcale nie zaczęła od Pottera).

Przeklęte Dziecko to dalsze losy trójki nieustraszonych przyjaciół, oraz ich dzieci, szczególnie niepodobnego do ojca, rozczarowywujacego Albusa Pottera, który zaprzyjaźnia się z Scorpiusem Malfoy. Para idealna. Wszyscy w szkole śmieją się z nich, wytykają palcami. W żaden sposób ci dwaj chłopcy nie przypominają swoich ojców, bądź co bądź popularnych.

W końcu wpadają na genialny pomysł, aby spróbować naprawić świat, który dzielny Harry Potter kiedyś zmienił dla pewnych osób na gorsze. W tym celu przenoszą się w czasie powodując ogromne zamieszanie. Do tego stopnia, że zmieniają bieg historii, a nawet doprowadzają do tego, że niektóry wcale nie przyjdą na świat.

Pomysł na książkę był naprawdę dobry, chociaż moim zdaniem nieco przesadzony: zły syn Harrego, który niedogaduje się z ojcem, nie potrafi czarować, ani latać na miotle. Jakby zupełnie nie był synem swojego ojca. Jednak to, jak w toku opowieści dowiadujemy się kto jest tym Przeklętym Dzieckiem sprawia, że znów czujemy kunszt Rowling, która nigdy nie odkrywała przed czytelnikiem wszystkich kart od razu.

Jednak mimo wszystko to nie to samo. Miałam wrażenie, że dialogi były nieco naciągane, przesadzone, wręcz dziecinne. Nie potrafiłam się odnaleźć, zwłaszcza, że trójka głównych bohaterów i Draco nie zachowywali się tak, jak ich zapamiętałam z ostatniej części (a dorośli ludzie aż tak nie zmieniają swojego charakteru). Jedynie Ron  w miarę przypominał samego siebie.
Akcja długo się rozkręca, przeskakuje z roku na rok w Hogwarcie. Dzieci mówią zbyt dorośle, dorośli zbyt dziecinnie. Momentami odnosilam wrażenie, że ktoś na siłę chciał, żeby oni stali się fajni. Nie podobało mi się to.

Pierwszy tekst jaki sprawił, że przez chwilę poczułam się jak w dawnym Harrym Potterze to słowa Malfoya: Jesteś przekleństwem mojej rodziny, Harry Potterze! I to by było w zasadzie na tyle. Kolejne odkrywanie zagadek, dedukowanie co z czego wynika i jak rozwiać problem nie odpowiadało temu, co widzieliśmy przez siedem części. Jakieś to wszystko sztuczne i naciągane.

Na dodatek książka jest dramatem, przystosowanym do wymogów nowoczesnej sceny, więc nie wszystkie didaskalia do mnie przemówiły (i do mojej wyobraźni). Gdyby Rowling pokusiła się na zwykła książkę, pewnie byłabym bardziej zadowolona, jednak co kto lubi.

Mnie nowy Harry Potter nie powalił na kolana. Nie przekonała mnie całkiem dobrze wymyślona historia, starzy ani nowi bohaterowie, marka. Myślałam, że to będzie podróż do mojego ukochanego, magicznego świata, a miałam wrażenie, że to niecalkiem udana imitacja. Wierzę, że komuś przypadła do gustu, ale mnie – zdecydowanie nie.