Kategoria: Recenzja

Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie 

Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie 

Przypomniałam sobie o tej książce czytając Ocalałe, które strasznie mnie pochłonęły. Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie może nie jest tak fenomenalna, ale mnie bardzo się spodobała swojego czasu. Myslę, że warto ją tutaj przypomnieć ze względu chociażby na podobną tematykę i konkurs, jaki rozgrywa się na moim Instagramie z okazji 500 obserwatorów.


Domestic noir w nowym wydaniu. 

To debiutancka powieść Jessiki Knoll, zakwalifikowana do zupełnie nowego nurtu jakim jest domestic noir. Jest to kryminał mocno połączony z przemocą w najbliższym otoczeniu. Książka szybko znalazła się na szczycie listy bestsellerów i wielokrotnie była porównywana do Zaginionej dziewczyny. Bardziej skłaniałabym się do Mrocznego zakątka. Ekranizacją powieści Jessiki Knoll ponoć już od roku zajmuje się Reese Witherspoon.

Kim jest Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie? To TifAni Faneli, która jest wziętą dziennikarką w jednym z nowojorskich kobiecych pism, zaręczoną z dobrze prosperującym i bogatym prawnikiem Lukiem. Jej życie jest po prostu idealne, chociaż ukryte pod całą masą pozorów i gier. Wszystko zmienia się, kiedy pewien reżyser postanawia nakręcić film dokumentalny o dawnej szkole TifAni, w której doszło do masakry.


Dziewczyna nie jest jedyną, która przeżyła – ale widziała smierć swoich kolegów ze szkoły i wiedziała, że też może zginąć. Swoją historię opowiada dwutorowo – o tym co dzieje się obecnie w jej życiu, ale także o tym, jak doszło do tragicznych wydarzeń w szkole, kto do tego doprowadził i najważniejsze – dlaczego to ona mówiąc prawdę najwiecej straci w życiu.

Kim naprawdę jest TifAni Faneli?

TifAni wzbudza ciekawość, ale nie sympatię. Jest zadufana w sobie, nadmiernie łaknie zrozumienia rówieśników nie zważając na konsekwencje. W dorosłym życiu ukrywa się pod maską pozorów i nie pozwala, aby jej idealne życie choćby na moment wyrywało się spod kontroli.

Podsumowanie.

Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie wzbudziła we mnie dużo emocji. Historia, którą przeżyła była okropna, aż dziwiłam się, że TifAni tak łatwo zmieniła swoje życie i zapomniała o tym, co się działo. Jeśli więc lubicie książki z dreszczykiem i nie przeszkadzają wam niuanse związane z torebkami Chanel i butami od Miu-Miu, to na pewno z przyjemnością przeczytacie tę książkę.

Upadek nadziei

Upadek nadziei

Kiedy przeczytałam opis Upadku nadziei pomyślałam, że książka nie tylko ma potencjał, ale i może okazać się naprawdę ciekawą. Jakie było moje rozczarowanie, kiedy otrzymałam maleńką książeczkę na jeden wieczór.


Tero jest młodocianym złodziejaszkiem, zamieszkującym Beznadzieję, natomiast Rita to przybrana córka jednego z bogatych handlarzy wodą i zarabia uczciwie sprzedając owoce. Miasto, w którym żyją nosi nazwę Nadziei i znajduje się na pustyni – stąd handlowanie wodą stało się bardzo dochodowym zajęciem. W wyniku zbiegu okoliczności i pecha obojga dzieci ich los splata się nierozerwanie i odtąd będą mogli polegać tylko na sobie. A czeka ich nie tylko walka o przetrwanie, ale także i o cale miasto.

Kiedy dziecko silniejsze jest od bandziora.

No właśnie, walka o przetrwanie. Rita, mieszkająca skromnie, acz wygodnie, nie musząca martwić się o swój byt zostaje zesłana do Beznadziei – najbiedniejszej części miasta. Nie ma wcale tak znowu ciężko – skądś ma cały czas pieniądze, dostaje lokum z trzeba pokojami (szkoda, że mnie nikt na taką banicję nie chce wysłać w Krakowie) i codziennie gotuje Teremu jedzenie. Kiedy wpada na pomysł sprzedaży kwiatów o dziwo najbiedniejsi chętnie wydają ostatnie grosze, aby ich balkony wyglądały pięknie. Z tyłu książki znajdujemy też wzmiankę o dżinie, który w całej książce zajmuje miejsce może dwóch stron. Kiedy dochodzi wreszcie do walki okazuje się, że dzieci znacznie lepiej walczą od zaprawionych w bojach zbirów (nawet kupcząca całe życie Rita). Nie ma też w tej książce żadnego złego charakteru, a jeśli już jest – szybko znika pokonany przez dzieciaki, albo okazuje się jednak słodkim bobasem.

W ogóle cała historia ma silne nawiązania do bajki o Alladynie: dżin, latający dywan, Szeheryzadę i nawet samego Alladyna. Zbieżność nazw, nazwisk i motywów wcale nie jest przypadkowa, a mnie wydała się nie tylko zbędna, albo i niepasująca do całej fabuły. W ogóle historia płynie bardzo prędko, niczym górki potok, a na niecałych dwustu stronach, z marginesami na pół kartki i wielkimi literami zmieszczono kilka lat. Duży potencjał, który moim zdaniem został zmarnowany, niewykorzystany i dopchany dobrze znanymi motywami. Jakby autor nie miał pomysłu na dobrą powieść fantasy, więc skorzystał perfidnie z tego, co znał.

Pomylona kategoria.

Po przeczytaniu książki miałam nadzieję, że może jest przeznaczona dla młodzieży – piękne wartości, nieskomplikowana historia, brak czarnych charakterów, nieścisłości (wspomnienie, że przestało padać, by w następnej scenie wspomnieć, że jednak pasa) i naiwność całej historii. Ale niestety nie. Ktoś zakwalifikował tę książkę do fantastyki, w jednej linii z Sapkowskim i Martinem. O zgrozo!

Autor książki Kacper Rybiński to świeżo upieczony maturzysta, który zdawał polską maturę w Szwajcarii. Czytając notkę o autorze miałam wrażenie, że czytam dziecięcy opis, co od razu dało mi do myślenia. Upadek nadziei to jego debiut. Jeśli chodzi o warsztat i pomysł to całkiem udany, niestety wykonanie zbyt naciągane, naiwne i odgapione od innych.

Podsumowanie.

Polecam serdecznie młodzieży (takiej zdecydowanie młodszej), która może wynieść z tej książki dużo dobrych wzorców i poprawny warsztat literacki. Niestety, dla dojrzałego czytelnika (za jakiego nieskromnie się uważam zważywszy na mój wiek) będzie to lektura nieco naiwna i nieoryginalna.

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję Wydawnictwu Dygresje.

Wydawnictwo ze słownikiem 

Wydawnictwo ze słownikiem 

Wielokrotnie zdarzało mi się czytać książki w języku angielskim. Niestety, ma to do siebie, że nie jesteśmy w stanie w stu procentach zrozumieć treści (chyba, że jesteśmy na poziomie naitive speaker). Mimo, że ogólny sens zawsze rozumiałam, to czasem musiał sięgać do słownika, aby poznać znaczenie poszczególnych słów. Ponieważ czytam dużo na telefonie i czytniku, więc wystarczył klik, a aplikacja przenosiła mnie do słownika. Tłumaczył on jednak po angielsku i zawsze istniało niebezpieczeństwo, że jednak czegoś nie zrozumię.

Czytanie po angielsku jest proste! 

Właśnie dlatego uważam, że pomysł, na jaki wpadło Wydawnictwo [ze slownikeim] jest po prostu fantastyczny. Chciałeś przeczytać Anię z Zielonego Wzgórza w oryginale, ale bałeś się, że Twój angielski nie jest odpowiedni? Teraz będziesz musiał wymyślić inną wymówkę, ponieważ na polskim rynku właśnie pojawiły się książki ze słownikiem.

Na czym to polega? Mamy oczywiście oryginalny tekst książki, a przed lekturą listę przydatnych słów. W trakcie czytania trafiamy na wytłuszczone słowa, które znajdziemy w słowniczku na marginesach. Na końcu zaś odnajdziemy spis wszystkich słow użytych w książce. Jeśli więc ktoś podjął decyzję, że to a to słowo nie wymaga wyjaśnienia, a ty mimo to go nie znasz – możesz tam zerknąć.

Nie pozostaje więc nic innego, jak wybrać poziom języka, który nas interesuje (każdy znajdzie coś dla siebie – i ta osoba, która dopiero zaczyna przygodę z językiem i ta, która właśnie zdała egzamin na poziomie C1). Lektura będzie zaskakująco prosta i miła, ponieważ wszystkie przeciwności językowe pomoże nam przezwyciężyć Wydawnictwo.

Plusy i minus – ale maleńki i subiektywny. 

Bardzo podoba mi się ta idea i uważam, że na lekcjach angielskiego uczniowie powinny zmierzyć się chociaż z fragmentami oryginalnych tekstów. Wtedy też Wydawnictwo [ze slownikiem] mogłoby pięknie wspomóc polską edukację. To ważne, aby wiedzieć, znać i rozumieć.


Wersja, którą proponuje Wydawnictwo jest rozwiązaniem dla leniwych, ale nie tylko. Teraz już nie można wymówić się słabym poziomem języka, czy uciążliwym sprawdzaniem nieznanych słow w słowniku. Prosta okładka i proste wykonanie sprawiają, że człowiek skupia się na wnętrzu, a nie na tym, co widzi.

Maleńki minus, który w sumie może przeszkadzać tylko mnie to alfabetyczne ułożenie słow na marginesach. Kiedy chciałam sprawdzić jakieś słowo łapałam się na tym, że patrzę centralnie w bok, szukając zaraz przy nieznanym wyrazie jego wyjaśnienia, natomiast ono ułożone było wyżej, albo niżej – alfabetycznie. To momentami mnie rozpraszało i wybijało z rytmu. I to właściwie tyle co bym zmieniła.

Dla małych i dużych – idealne na prezent. 

Jeśli szukacie ciekawego, pożytecznego prezentu – to będzie moim zdaniem strzał w dziesiątkę. Świetnie się sprawdzi szczególnie dla moli książkowych, albo dla tych, którzy od książek nie stronią, a chcieliby podciągnąć swoj angielski. Najlepiej podobno (oprócz spotkania na żywo z językiem) doskonałą metodą jest właśnie czytanie dzieł oryginalnych.


Mam cichą nadzieję, że Wydawnictwo [ze słownikiem] rozwinie skrzydła i do swojej oferty dołoży również inne języki. Nie ukrywam, że chętnie sięgnęłabym po coś z literatury niemieckiej, a Mojemu Lubemu chętnie kupiłabym coś z portugalskim akcentem (na razie potrafi tylko zamówić piwo).

Reasumując. 

Jeśli chcecie miło spędzić czas przy lekturze klasyki literatury angielskiej i podszkolić swoj język, a w towarzystwie pochwalić się angielskim dziełem – bierzcie te książki w ciemno. Jestem zachwycona pomysłem i cieszę się, że ktoś chce pomagać ludziom. I jak tylko skończę Frankensteina to nieomieszkam  zaopatrzyć się w Dumę i uprzedzenie na poziomie C1/C2 (duma!).

Ah, i nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o pięknie zapakowanych książkach – błękitny papier i naklejka. Niby prosto i z klasą, a pięknie i oryginalnie. Brawo, brawo, brawo!

Za egzemplarze recenzenckie najserdeczniej dziękuję Wydawnictwu [ze słownikiem].

Dzikie łabędzie

Dzikie łabędzie

Dzikie łabędzie  są pierwszą, osobistą książką Jung Chang, która w Polsce zrobiła furorę biografią Cesarzowej Wdowy Cixi. Tej książki nie przeczyta ponad miliard ludzi, a już na pewno nie bliscy autorki. Posłuchajcie jak Chang opowiada historię trzech córek Chin – swojej babki, matki i swoją.

Jung Chang opowiada o swoim życiu

Chang urodziła się w latach 50. w Yibinie w Chinach pod rządami Mao Tse-tunga. Jej rodzice byli wysoko postawionymi urzędnikami państwowymi w ChRL, przez co Jung wychowywała się w kulcie komnistycznej partii, pod kloszem. Ona i jej rodzina zmienili swoje nastawienie do władzy kiedy ojciec dziewczyny popadł w niełaskę i trafił wraz z matką do obozu pracy. Jung w latach 70. wyjechała z Chin do Wielkiej Brytanii, tam kształciła się i ostatecznie została. Jej książki uważane są za skrajnie emocjonalne.

Skrajne emocje

No właśnie, ale czy da się inaczej pisać o trudach swojej rodziny inaczej niż emocjonalnie? To, co opowiada Jung daje wiele do myślenia. Jej babka, piękna dziewczyna wydana za generała jako konkubina, miała krępowane stopy przez co nigdy nie mogła swobodnie chodzić. Matka była zapaloną komunistką, która wreszcie po wielu absurdalnych pomówieniach zaczęła wątpić w cudowny system. Autorka doświadczyła trudów podróży, głodu i niewygód związanych z potępieniem.

To, co działo się za drzwiami Chińskiej Republiki Ludowej przyprawia o trwogę. Wszędzie węszono podstęp przeciwników komunistów i Mao, prawicowość i odchylenia. Żona, będąca niższa stopniem od swojego męża nie mogła myć się w ciepłej wodzie, bo została posądzona o burżuazyjność. Kiedy matka Chang była w pierwszej ciąży musiała znosić trudy podróży, a kiedy poroniła mąż nie chciał odwieźć jej do domu samochodem, żeby nie traktować jej inaczej niż wszystkich.

Kiedy pod koniec lat 50. przez złą politykę ekonomiczną zaczęło brakować jedzenia w całych Chinach zmarło z głodu wiele milionów ludzi. Autorka przytacza nawet historię, kiedy w jej mieście pojawiło się małżeństwo, które łapało dzieci, zabijało je, wędziło i sprzedawało jako mięso z królika po niebotycznych cenach. Kiedy sprawa się wydała zostali skazani na śmierć.

Chiny jakich nie zobaczysz w telewizji

Chang opowiada o swojej młodości i rodzinie w sposób prosty i szczery – tak, jak miało to miejsce, jak zostało jej przekazane. Nie podaje nam subiektywnej wiedzy, ale to, co odczuwali jej najbliźsi i ona sama. Dzięki temu możemy dowiedzieć się jak żyli zwykli ludzie, z dala od wielkich wydarzeń, a jednak mocno w nie wmieszane – polityka, historia i wojny przeplatają się z codziennym życiem. Kiedy już wgryziecie się w treść i polubicie wszystkie trzy córki Chin to zobaczycie, że historia pięknie płynie, czyta się ją szybko i bardzo przyjemnie mimo obrazów, które wcale takie przyjemne nie są. Wiele z nich jest drastycznych, wręcz nieludzkich, wprawiających w gniew przeciwko niesprawiedliwości. Abstraktyjne myślenie komunistów, obsesja na każdym polu i zmuszanie ludzi by nie myśleli przyprawią Was o mdłości. Ale poznacie prawdziwy obraz Chin

Podsumowanie

Piękna, chociaż bolesna historia trzech kobiet, wychowanych w trzech różnych okresach Chin, od cesarstwa i tradycyjnego krępowania stóp do lżejszej formy komunizmu. Poznacie co to strach, ból, niezrozumienie, małe radości i zawierzenie idei. Będziecie mogli sami ocenić czy to, co widziała i czuła autorka jest zgodne z tym co wiecie o Chinach.

Bardzo serdecznie polecam wszystkim tym, którzy lubią dobrze napisaną literaturę faktu, autobiografię, z ogromną dawką emocji.

Premiera: 2 sierpnia.

Za przepięknie wydany egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova.

Podsumowanie lipca

Podsumowanie lipca

Lipiec okazał się dla mnie dosyć gorącym miesiącem w pracy, ale mimo to, dla odprężenia wracając do domu dużo czytałam i chyba pobiłam jakiś swój rekord, bo przeczytałam siedem książek (ósmą do połowy). Zapraszam teraz na moje podsumowanie lipca!

Siedem książek to wyzwanie!

Udało mi się przeczytać siedem książek, co przy moim dosyć napiętym grafiku stanowi nie lada wyczyn. W sierpniu mam zamiar utrzymać dobry wynik, a nawet go przebić.

1. Robert M. Prising „Zen i sztuka obsługi motocyklu”

Moja pierwsza filozoficzna książka, która zmusiła mnie do przemyślenia paru spraw. Była to też pierwsza konkursowa książka jaką rozstałam.

zen i sztuka obsługi motocykla
zen i sztuka obsługi motocykla

2. Przemysław Piotr Kłosowicz „Zdobywcy oddechu”

Nie czytałam zbyt wielu książek, ale tę zdecydowanie mogę to tej grupy zaliczyć. Przerost formy nad treścią, przesadne żonglowanie wszystkimi możliwymi przyśpiewkami, tekstami i innymi. Nie polecam.

3.  Andrew Miller „Przemyślny ból”

Dobra literatura piękna, chociaż spodziewałam się czegoś troszkę innego. Lekarz, który nie czuje bólu zostaje pionierem w dziedzinie chirurgii i przez swoją bezlitość dąży do celu.

4. Jojo Moyes „We wspólnym rytmie”

Bardzo ciekawa i wciągająca książka, chociaż z trochę cukierkowym zakończeniem. Natasha spotyka Sarah, nastolatkę, buntowniczkę i miłośniczkę koni. Takim oto sposobem nagle zostaje mamą i opiekunką niesfornego konia Boo.

5.  Megan Miranda „Miasteczko kłamców”

Bardzo dobry thriller, chociaż długo rozkręcający się. Ciekawy zabieg opowiadania fabuły od tylu. Nico wraca po dziesięciu latach do swojej rodzinnej miejscowości i wtedy ginie kolejna dziewczyna. Tak jak dziesięć lat wcześniej jej przyjaciółka. Czy te sprawy są ze sobą powiązane

6. Riley Sager „Ocalałe”

Najlepszy thriller jaki przeczytam w 2017. Rok jeszcze się nie skończył, a ja jestem przekonana, że King się nie pomylił. Quincy jest jedną z Ocalałych – przetrwała ciężką rzeź, w której zngineli jej przyjaciele. Gdy jednak jedna z Ocalałych popełnia samobójstwo, a druga pojawia się na progu Quincy – wszystko staje na głowie.

ocalałe
ocalałe

7. Tie Ning „Kobiety w kąpieli”

Świetna chińska literatura piękna. Tiao mimo ciężkiej przeszłości wyszła na ludzi. Jest też zawsze szczera i oddana swojej rozpieszczonej siostrze. Czy jednak będzie w stanie poświecić dla niej nawet własne szczęście? Czy wybaczy matce wszystkie krzywdy?

Nowy styl na bookstagramie.

Postanowiłam też w lipcu nieco zmienić mój styl na bookstagramie. Dostałam od narzeczonego koleżanki wspaniałe deski, które tworzą przepiękne tło. Oczywiście mam zamiar przełamywać monotonię od czasu do czasu, ale główny motyw został już wybrany.

Nowe propozycje recenzenckie.

Udało mi się też poczuć się jak prawdziwa blogerka i spłynęły do mnie pierwsze propozycje recenzenckie o które nie prosiłam. To ważne dla mnie, ponieważ oznacza, że mój blog i mój bookstagram zostały przez kogoś docenione. To nie tylko niezwykle cieszy, ale i dodaje skrzydeł do dalszego działania. Nic tylko czytać, recenzować i robić zdjęcia.

Ahoj przygodo! czyli dlaczego nie lubię sierpnia.

W sierpniu zawsze jestem trochę rozdarta i mam niezwykle mało czasu na czytanie i inne sprawy. Mam też w tym miesiącu urodziny, których szczerze nie lubię i to wcale nie dlatego, że się starzeję. Jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności w urodziny zawsze otrzymuję same złe wiadomości i chyba tylko w tamtym roku nic takiego się nie wydarzyło.

Cieszy mnie niezmiernie każdy komentarz, który tutaj się pojawia i każda duszyczka która mnie odwiedza. Nawet nie wiecie jak Wam wszystkim i każdemu z osobna za to dziękuję! Motywacja to coś, co napędza mnie do działania, daje mocnego kopa i pozwala skupić się na tym, co naprawdę ważne. Może nagły zwrot w kierunku czegoś, czego jeszcze nie próbowałam w życiu pomoże mi przezwyciężyć wszystkie przeciwności. Ale na razie o tym nic nie powiem – póki nie stanie się prawdą.

Ocalałe [przedpremierowo]

Ocalałe [przedpremierowo]

Quincy, Lisę i Samanthę łączy jedno – to Ocalałe, kobiety, które w wyniku nieszczęśliwego zbiegu okoliczności znalazły się w samym centrum rzezi i przeżyły. Quincy jako jedyna uniknęła śmierci w leśnej chatce w Pine Cottage, gdzie zginęli jej przyjaciele i chłopak. Lisa uratowała się z masakry w żeńskim akademiku. Sam przeżyła, ponieważ zabiła napastnika nim on zabił ją jako ostatnią z ludzi w motelu Nightligh Inn. Tylko one trzy przetrwały, a jednak nigdy się nie spotkały. Czy jednak są naprawdę tym, kim myślą, że są?

Quincy prowadzi spokojne życie – wreszcie ustatkowała się w ramionach przystojnego obrońcy z urzędu, prowadzi swój blog ze słodkościami. Ma to szczęście, że samej masakry w ogóle nie pamięta. Wyparła ją, pozbyła się jako coś, czego będzie bać się do końca życia. Kiedy jednak Lisa popełnia samobójstwo, a przed drzwiami jej domu pojawia się Sam – wszystko wywraca się do góry nogami. Nagle nic, co Quincy zna nie jest takie jakie było. Nawet ona sama.


Stephen King zapewnia, że Ocalałe to najlepszy thriller jaki przeczytam w 2017. Podeszłam do tych słów z rezerwą, bo niestety co do Dziewczyny z pociągu bardzo się pomylił. Tym razem jednak nikt nie zapłacił mu za opinię (chociaż może pieniądze też miały w tym swój udział), bo zaaprobował coś, co naprawdę jest genialne. Dawno nie czytałam czegoś, co sprawiłoby, że nie mogłam się oderwać, że wróciłam przed czwartą nad ranem do domu i nie położyłam się spać, a czytałam.
Autorka książki Riley Sager to pochodząca z Stanów Zjednoczonych powieściopisarka, która publikowała już wcześniej, ale pod tym, przybranym nazwiskiem jako pierwsze wydała właśnie Ocalałe. Trzeba przyznać, że fabuła, którą nam zaserwowała i postaci są naprawdę genialne.


Urzeka w tej książce wszystko – ciekawa, niestandardowa historia z dreszczykiem, mocne wrażenie, że ktoś czai się za drzwiami, niestandardowe, pełne ran bohaterki i przede wszystkim – zakończenie, które zwala z nóg. Przez długi czas ma się wrażenie, że zna się sprawcę, podejrzewa się, zwłaszcza, że wszystkie ślady prowadzą właśnie do niego. Potem jednak autorka zwodzi nas, jesteśmy pewni, że znów wiemy, a na koniec ona kolejny raz nas zwodzi! Nie sądzę, że domyślicie się kto stał za tym wszystkim i gdzie czai się zło.

Mogę spać spokojnie, ponieważ King polecił coś dobrego. Mogę też spać spokojnie, bo polecam Wam coś, co jest naprawdę świetne. Nie mogę jedynie spać spokojnie bo znam prawdę – wielokrotnie budziłam się w nocy mając wrażenie, że ktoś oto wali do moich drzwi. Jeśli lubicie książki z dreszczykiem, zagadką i niestandardową historią to jest książka dla Was.


Premiera została przełożona na luty 2018. Zapiszcie koniecznie w kalendarzu.

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Otwarte.

Prywatne życie Sułtanów

Prywatne życie Sułtanów

Czy zastanawialiście się kiedyś jak żyli sułtani? Czy potrafili kochać, jak wyglądał ich dzień, co jedli, jakim rozrywkom się oddawali, co robili ciekawego? Zawsze moim konikiem na studiach było właśnie życie codzienne, prywatne, to, czego nie znajdziemy w podręcznikach, więc z największą przyjemnością postanowiłam sięgnąć po tę książkę. Jakie są moje odczucia po jej przeczytaniu?

John Freely zdecydowanie zna się na tym, co pisze o średniowiecznym państwie Ottomanów. Z wykształcenia fizyk i specjalista od badań nad wspominaną wyżej epoką. Popełnił na ten temat całkiem sporo książek a ta, którą mam w rękach miała opowiadać o prywatnym życiu Sułtanów. No właśnie. Miała.

Jeśli chcielibyście dowiedzieć się jak żyli Sułtani, to owszem, w tej książce kilka informacji znajdziecie: w XV wieku dekretem Mehmeda nowy sułtan miał prawo, a nawet powinien zabić wszystkich swoich braci, często otaczano się dla rozrywki niemowami, karłami i „trefnisiami”, kobiety w haremie swoją pozycję zawdzięczały tylko widzimię sułtanów i tak dalej. Wchodzimy do alkowy sułtana, ale tylko zaglądamy i szybko wychodzimy. Idąc z nim na wojnę nie jedziemy z nim na jednym koniu, ale podążamy gdzieś z tyłu, mając go tylko majaczącego na horyzoncie. Kiedy choruje, słyszymy tylko plotki z kuchni i pojękiwania zza ściany. Na tyle pozwala nam autor. Pokazuje nam niewielki wycinek prywatnego życia sułtanów skupiając się głównie na tym kto był kim, ile dzieci miał sułtan, gdzie przebywały, jak nazywały się ich matki (o ile były znane historii), kto po kim rządził, kiedy wstępował na tron, czy zabijał braci i ilu, za kogo wydawano księżniczki.


Czułam się trochę tak, jakbym znów czytała podręcznik do średniowiecza i próbowała ogarnąć po kolei wszystkich sułtanów. Spodziewałam się ogromnej dawki ciekawych informacji, potężnej wiedzy, którą kocham, a dostałam egzamin z Państwa Ottomanów. Nie tego oczekiwałam, nie to obiecywał mi wydawca i tytuł. Notka z tyłu książki brzmi obiecująco: zajrzę za Bramę Szczęśliwości, zobaczę jak dwustu kelnerów usługuje do posiłku, mijając klatkę, gdzie zamknięci są bracia sułtana. Obejrzę sobie jak wyglądało prawdziwe życie w haremie. I oczywiście, nie zrozumcie mnie źle – wszystko tam jest, ale notka zdradza zdecydowaną większość ciekawostek, które będziecie mogli przeczytać między drzewem genealogicznym.

Mnie osobiście książka bardzo rozczarowała i przytłoczyła ilością typowo historycznej wiedzy, która do poznania prywatnego życia sułtanów chyba nie jest najważniejsza. Oczywiście bratobójcza walka usankcjonowana prawem, zamknięte bramy haremu i ciągle problemy z wojskiem znacząco wpływały na prywatne życie sułtanów, ale nie tego oczekiwałam.

Jeśli więc oczekujecie ciekawostek i zaglądania do życia sułtanów – mocno się rozczarujecie.

Miasteczko kłamców 

Miasteczko kłamców 

Ponoć każdy z nas ukrywa tajemnice, które prędzej czy później wyjdą na jaw. Ale czy na pewno? Czy w życiu przypadkiem nie jest tak, że na wiele naszych pytań nie dostaniemy odpowiedzi, bo ktoś utrzymuje je w sekrecie? 

Miasteczko kłamców to thriller, który otwiera nową serie Chilii books w Wydawnictwie Znak. Cooley Ridge to małe miasteczko z którego Nicollet Farell wyjechała dziesięć lat temu uciekając przed przeszłością. To właśnie wtedy jej przyjaciółka zaginęła. Kiedy Nico wraca do rodzinnego domu, ale także do wspomnień o przyjaciołach, chłopaku i zaginionej przyjaciółce znika kolejna dziewczyna. Tej zagadki nie rozwiąże się póki ta sprzed lat pozostaje w ukryciu. Kto jest winny zaginięcia Corinne lata temu, a teraz Analeise? Kto czai się w mrocznym lesie k obserwuje? 


Książka nie była aż tak mocna, jak się tego spodziewałam. Nie miałam wrażenia, że ktoś mnie obserwuje, nie bałam się też kiedy Nico wchodziła do lasu i czuła się ścigana. Ciemność w Cooley Ridge łatwo rozproszyło światło w moim pokoju. Wiele rzeczy było jakby niedopowiedzianych, w jednym mowmncie bohaterka była w punkcie A, a za chwilę już w punkcie B bez żadnego wyjaśnienia. 

Na początku jakoś nie mogłam wgryźć się w tę historię, ale mniej więcej tuż przed połową chęć dowiedzenia się prawdy stała się niepohamowana. Bardzo spodobał mi się zabieg, który widziałam po raz pierwszy, a który tutaj sprawdził się idealnie – historię poznajemy od tyłu. Nie dowiadujemy się zbyt wiele na początku, odkrywany w poprzednich dniach wyjaśnienie tylko fragmentu historii. Czułam się trochę tak, jakbym po omacku szła po linie, gdzie każdy następny węzeł wyjaśniał mi dlaczego ten poprzedni był taki a nie inny. 

Przyznam szczerze, że zakończenie całkowicie zbiło mnie z tropu. Osoba, którą typowałam wcale nie okazała się sprawcą, a nawet miałam wrażenie, że sam sprawca był zaskoczony. Całość jest tak skonstruowana, że ciężko domyślić się kto stoi za tajemniczymi zniknieciami. 

Bardzo przyzwoita, ciekawa historia o pozornie zwykłych rzeczach. Bez przesadnie wymyślanych historii, z zaskakującym zakończeniem. Polecam na początku po prostu przysiąść, nie rozpraszać się niczym, a na pewno szybko staniecie się częścią Cooley Ridge. 

Moja ocena: 4/5 gwiazdek. Warto przeczytać, choćby dla samego zakończenia i ciekawego zabiegu cofania się w czasie. 

Miasteczko kłamców miało swoją premierę w środę, więc jeśli jesteście ciekawi tej książki, to pędźcie do księgarni. 

We wspólnym rytmie 

We wspólnym rytmie 

Moja przygoda z Jojo Moyes zaczęła się jeszcze w innym życiu, takie mam wrażenie. Byłam wtedy kimś innym, studiowałam i zaczęłam staż w najlepszym miejscu na świecie. I wtedy właśnie przeczytałam Razem będzie nam lepiej. Kiedy więc udało mi się otrzymać We wspólnym rytmie byłam wniebowzięta, chociaż historie o koniach za bardzo przypominają mi o Heatherland. 

Jojo Moyes swoją popularność w Polsce zdobyła dzięki Zanim się pojawiłeś, które wznowiono ze względu na wchodzący na ekrany kin film (swoją drogą bardzo przyjemny). W Wielkiej Brytanii święci swój sukces od dawna, podbijając listy bestsellerów. 

Tym razem poznajemy dwie kobiety: dojrzałą prawniczkę Natashę, która właśnie przechodzi rozwód z człowiekiem, którego kocha oraz małoletnią Sarah, miłośniczkę koni, która przez swoją bardzo ciężką sytuacje raz po raz wpada w kłopoty. Kiedy przypadkiem drogi tych dwóch się ze sobą splatają nic nie wróży, że życie wywróci się do góry nogami. Przy tym wszystkim jest jeszcze chory dziadek Sarah, jej niesforny, ale utalentowany koń Boo i prawie były mąż. To całkiem sporo jak na jedną historię. 

Moyes już pokazała, że uwielbia szybkie zwroty akcji i to, kiedy dużo się w książce dzieje. Przez ponad 500 stron nie zdołacie się nudzić – ciagle coś się pojawia, ciagle coś wybiega prosto pod koła. Momentami jesteśmy źli na bohaterów, innym razem przejęci ich zachowaniem. Ale nigdy obojętni. 

Każda postać jest dokładnie zarysowana, a co najważniejsze – ma ludzką twarz. To nie są cukierkowe postaci, albo do szpiku kości złe – to ludzie tacy jak my, popełniający błędy i świętujący swoje sukcesy. Mają sporo problemów, mniej lub bardziej przejmują się tym, co dzieje się wokół. 

Bardzo współczułam Sarah – dużo złych rzeczy przytrafiło jej się po wypadku dziadka. Żałowałam też związku Natashy, który możnaby uratować gdyby tylko ona i on byli wobec siebie szczerzy. Kibicowałam im mimo, że od początku było wiadomo, że się nienawidzą. Cóż, kto się czubi ten się lubi. 

Moyes po raz kolejny pokazała, że potrafi trzymać w napięciu i ma pełną głowę wspaniałych pomysłów. Nie mogłam oderwać się od tej książki i czytałam nawet w drodze do sklepu i na przystanek autobusowy (idąc na piechotę i starając się patrzeć od czasu do czasu pod nogi). Teraz już wiem, że Moyes stała się jedną z moich ulubionych pisarek, mimo, że teraźniejsze okładki jakoś nie przypadają mi do gustu. Nie wiem czy widzieliście, ale Razem będzie lepiej miało w poprzedniej wersji śliczną, miętową okładkę. 

Jeśli chcecie spędzić miło czas z literaturą obyczajową z wyższej półki, zabawną i pełną treści to serdecznie zachęcam do tej i w sumie jakiejkolwiek książki Moyes 

Zdobywcy oddechu

Zdobywcy oddechu

Debiut Pana Przemysława Kłosowicza (czy jak on woli, a czego ja nienawidzę Pana Przemysława PIOTRA Kłosowicza) to Zdobywcy oddechu – książka, na którą znalazłam swój własny, całkiem zabawny sposób. 

Początkowo byłam przerażona, gdy zaczęłam to czytać. Krótkie, pourywane zdania, bez większego związku z poprzednimi, zdecydowany przerost formy nad treścią. To ostatnie niestety nie zmieniło się aż do końca, aczkolwiek cała reszta po 50 stronach męczarni poprawiła się na plus. Start jak w Maluchu, nie jak w Porsche, ale nic w tym złego. 

Zdobywcy oddechu to trzech mniej lub bardziej sfrustrowanych mieszkańców Krakowa – porzucony przez chłopaka Piotrek, samotny, z niskim poczuciem własnej wartości Zbigniew i skrzywdzony chorym dzieckiem Wiktor. Wszyscy z problemami, małymi życiowymi porażkami. Piotrek to typowa baba – lamentuje, że jego ukochany odszedł bez słowa, martwi się, że już zawsze zostanie sam. Zbigniew cierpi na samotność, o czym przypomina mu bezustannie jego przeciwieństwo – przyjaciel Kamil, wysoki, z gęstą czupryną i smukłą sylwetką. Wiktor próbuje kochać i opiekować się synem z Zespołem Downa, jednak jego depresja coraz bardziej mu w tym przeszkadza. 

To co napisałam wyżej to można powiedzieć straszliwy spoiler, ponieważ w książce nie dzieje się nic ponadto (powinnam zatem nie pisać zupełnie nic?). Bohaterowie to wybrakowani faceci – placzliwi, użalający się nad sobą, rozlaźli. Nie ma tam silnego bohatera, jest tylko płacz i zgrzytanie zębów. Już chyba zaczynam nabierać trochę maniery autora. 

Wspominałam wcześniej o przeroście formy nad treścią: otóż miałam wrażenie, że autor postanowił umieścić w książce wszystkie powiedzonka, powszechnie znane aforyzmy, znane z memów odzywki, przysłowia i fragmenty piosenek jakie tylko zna. Na przykład: „Z Jolki to jest niezłe ziółko, wręcz ziele.”, „Uśmiech Leny jest promienny, z czego jestem rad, a nawet polon”, „Zmuś lub muśnij… Czuj, czuj, czuwaj.”. To tylko kilka, ale jest tego całe mnóstwo. Na każdej stronie przynajmniej trzy. Sprawia to wrażenie przesytu i pretensjonalności, jakby autor popisywał się. 


I wiecie co? Znalazłam na ten przerost formy nad treścią i niespójność zdań sposób: wpadłam na pomysł, żeby to zacząć rapować! I poczułam się trochę tak, jakby Peja (nie obrażając oczywiście fanów Pei – szanuję, szanuję) zebrał swoje teksty w jedną książkę. W miarę jak uciekały strony wrażenie „raperskości” tekstu trochę mijało, ale przerostu formy nad treścią – w żaden sposób. 

Nie zaczytuję się w literaturze obyczajowej, więc nie mnie oceniać jak wypada na tle innych tego typu książek, ale na tle tych wszystkich, które czytałam w ostatnim czasie niestety nie mogę ocenić jej zbyt wysoko. Łatwo się rozproszyć widząc natłok wszystkiego, co tylko polska popkultura wyprodukowała w ciągu ostatnich trzydziestu lat, ale czyta się to szybko. Nie była to lektura tragiczna, ale drugi raz na pewno po nią nie sięgnę.