Bracia Slater – Dominic i Bronagh

Bracia Slater – Dominic i Bronagh

Przy okazji tej recenzji postanowiłam coś zmienić. Ponieważ długie recenzje zajmują dużo czasu, a jak już jedna z moich ulubionych blogerek napisała „lepiej czytać książki niż recenzje” to postanowiłam zrobić mały eksperyment. Dostaniecie ode mnie zwyczajową recenzję, oraz na samym końcu krótki zbiór moich opinii o książce i bardzo króciutkim zarysowaniu fabuły – dosłownie w dwóch, trzech zdaniach. Chciałabym tym sposobem nawiązać trochę do nazwy bloga – zajrzyjcie (ale tylko zajrzyjcie) to danej książki właśnie przez moje okno.

Dajcie znać na końcu jak podoba się Wam ten pomysł – czy to dobry trop, czy wolicie pełne „rozwodzenie się” nad każdym dobrym i złym aspektem książki.

Kim są bracia Slater?

Bronagh Murphy to dziewczyna, której rodzice zginęli w wypadku kiedy była bardzo mała, którą wychowuje siostra, nie ma przyjaciół i jest gnębiona przez jednego z chłopaków w szkole. Wszystko zmienia się początkowo na gorsze kiedy do jej klasy zaczynają uczęśzczać bracia bliźniacy Slater: Dominic i Damien. Super przystojni, umięśnieni, bożyszcze dziewczęcych serc. Dominic od razu upatruje sobie Bronagh, a ona nie tylko nie jest zainteresowana nim, ale i wręcz się przed nim opędza. Coś jednak pcha ją w jego ramiona. Czy w końcu mu ulegnie?

Uzupełnienie do tomu o nazwie Dominic jest tom pod tytułem Bronagh, który przedstawia jeden dzień z 21. urodzin dziewczyny. Nie będę wdawać się w szczegóły, ponieważ już samo zdradzenie czegokolwiek więcej byłoby spoilerem. Chociaż pewnie wszyscy domyślają się znacznej części.

Literatura erotyczna w modzie.

Bracia Slater to literatura erotyczna. Znajdziemy tak oczywiście opisane sceny seksu, sprośne teksty i w zasadzie rozmowy tylko o jednym. Nie jest to jednak literatura dla dorosłych – rzecz dzieje się w irlandzkim liceum, bohaterowie to niedojrzali osiemnastolatkowie, a męskie i żeńskie narządy intymne zostały nazwane wszystkimi możliwymi łagodnymi określeniami. Swoje lata już mam, więc nie czułam się zażenowana. Chociaż może trochę – ilością gimnazjalnych tekstów, przekleństw na każdym możliwym kroku, mówieniu nowonapotkanej osobie, że chętnie się ją przeleci i ilością bójek (także tych damskich). Czytałam dawno temu pierwszy tom serii After, bo nie lubię krytykować czegoś, czego nie znam. I te dwie książki bardzo siebie przypominały. Chociaż Dominic i Bronagh w pewnym momencie nie kłócili się tak często jak bohaterowie wspominanej przeze mnie wcześniej książki.

Bracia Slater

Generalnie to, co pojawiło się w tej książce dało mi przekonanie, że autorka dawno już skończyła szkołę. Bronagh ciągle otrzymywała pozwolenie od nauczycieli, aby słuchać muzyki przez swojego iToucha, kiedy biła się z koleżanką albo ktoś kogoś wyzywał od najgorszych – nauczyciele nie reagowali chociaż byli tego świadkami. Wszystkie problemy w tej szkole rozwiązuwano za pomocą bójek (nawet te damsko-damskie). Skończyłam liceum już jakiś czas temu i to polskie, ale wydaje mi się to wszystko lekką przesadą. Oświećcie mnie, jeśli coś tej kwestii się zmieniło.

Pomijam już całą masę naprawdę słabych tekstów w stylu „Twoja siostra też jest niezła, ale ty jesteś lepsza”, komentowanie tyłka dziewczyny Dominica przez resztę braci Slaterów (tak, tak jest ich aż pięciu! Wszyscy tak samo seksowni) i tak dalej. Zdziwiło mnie też, że Bronagh i jej siostra Branna w klubie piły alkohol i kiedy z niego wyszły były całkiem trzeźwe, ale kiedy na horyzoncie pojawili się bracia Slater – nogi się pod nimi ugięły i wymagały noszenia.

To po co właściwie ją czytałam?

Odpowiedź jest zaskakująco prosta – żeby się odmóżdzyć. I ta książka właśnie tak robi – nie trzeba przy niej w ogóle myśleć, można przeczytać w kilka godzin i nie mieć kaca książkowego. Postanowiłam właśnie tak do niej podejść i nie oczekiwać od niej doskonałego erotyka (którym mogłaby być, gdyby pewne kwestie nie zostały sprowadzone do minimum). Uważam, że takie powieści mogłyby być dobre, gdyby ktoś pokusił się o to, aby wpleść seks w normalną fabułę, nie wpychać sprośnych tekstów i podtekstów wszędzie gdzie się da. Jednak wszyscy uparcie piszą właśnie takie sztampowe i szablonowe powieści erotyczne, które sprowadząją się do odmóżdżaczy. Szkoda, bo coś znacznie lepszego mogłoby zawojować rynek. I nie, nie czytałam Greya, nie wiem więc do jakiej kategorii go zaliczyć.

Zajrzyj przez moje okno do książek Bracia Slater. Dominik Bracia Slater. Bronagh.

Autor: L.A. Casey

Tytuł serii: Bracia Slater
Wydawnictwo: Kobiece
Liczba stron: Dominik 460, Bronagh 160.
Literatura: erotyczna
Moja ocena: 5/10

O czym? Bronagh po śmierci rodziców to wyrzutek szkoły – gnębiona, bez przyjaciół, izolująca się. Wszystko zmienia się, kiedy w szkole pojawiają się super przystojni bracia Slater, a jeden z nich okazuje się być wbrew niechęci Bronagh bardzo nią zainteresowany i napalony.

Plusy: odmóżdżacz, nie trzeba przy niej myśleć, można dać porwać się akcji, od czasu do czasu się zarumienić i skończyć ją bardzo szybko. Jeśli ktoś gustuje w seriach After, Before i tym podobnych będzie zadowolony.

Minusy: nierzeczywista szkoła, wulgarny język w każdym możliwym zdaniu, wszechobecne bójki, trochę zbyt rozemocjonowana Bronagh i wybuchowy Dominic.

Dla kogo? Na pewno dla osób, które lubią literaturę erotyczną i nie przeszkadzają jej pewne mankamenty. Znajdą również w niej pradziwą rozrywkę ci, którzy lubią takich mocnych facetów, którzy na brzuchu mają kaloryfer, ciągle się biją i walczą o swoje kobiety. Jeśli nie będziecie oczekiwać od tej książki wspaniałych dialogów, wyrazistych bohaterów, całej gamy emocji i doskonałej fabuły – odbierzecie odmóżdżającą książkę. I zdecydowanie bardziej polecam Wam jeśli już Dominica. Bronagh to moim zdaniem wypadek przy pracy, zupełnie niepotrzebny tom, który sprawił, że prawie dostałam wytrzeszczu oczu na półtora godziny.

 

Eksperyment z bardzo krótką recenzją mam nadzieję, że się powiódł. Dajcie proszę znać, czy taka metryczka o książce była dla Was pomocna, zrozumiała i czy preferujecie taką formę – wszak lepiej czytać książki, niż recenzje.

Powstanie

Powstanie

Książki z serii Wojen Alchemicznych pojawiły się w moim życiu znikąd i stały się tym rodzajem książek, które na długo pozostaną w mojej pamięci. O Mechanicznym, pierwszym tomie pisałam kilka postów wcześniej, więc jeśli nie czytaliście jej to co napiszę poniżej o Powstaniu może być dla Was spoilerem.

Jax, Berenice i Hugo.

Zachodnia Marsylia przygotowuje się do ciężkiej bitwy, jaką będzie musiała stoczyć z armią praktycznie niezniszczalnych mechanicznych. Kapitam Hugo Longchamp ma zamiar bronić ludu Nowej Francji i jej króla do ostatniej kropli krwi. Po drugiej stronie natomiast do oblężonego miasta zbliża się Jax, który wciąż musi udawać posłusznego sługę. Ma jednak już plan jak zbiec i odnaleźć legendarną królową Mab i jej wyzwolony lud mechanicznych. Berenice natomiast wiele kilometrów dalej walczy o życie ciągle ocierając się o śmierć – z rąk Gildii i Nadleśnictwa, mechanicznych i wszystkich innych wrogów, których ma naprawdę sporo.

Ależ mnie oszukałeś!

Autor mnie oszukał. I zrobił to z premedytacją. Pozostawił mnie w takim momencie po pierwszym tomie, że byłam pewna, że wiem od czego rozpocznie się drugi. Miałam już swój scenariusz dla Jaxa i dla Berenice. I wtedy pomyślałam sobie, że autor wymyślił tak okrutny scenariusz jak tylko mógł. Szybko jednak okazało się, że zostałam wyprowadzona w pole i nic co założyłam nie miało miejsca. Z jednej strony się cieszę, bo to, co wymyśliłam dla Berenice było bardzo okrutne, ale z drugiej mogłoby to bardzo rozwinąć akcję.

Drugi tom jednak cały czas trzyma nas w napięciu. Autor wielokrotnie zwodzi czytelnika, wraca do punktu wyjścia, wybiera inne drogi, kręci i mąci. Znajdziecie tam tyle zwrotów akcji, że nie będziecie się nudzić. Chyba najsłabszym punktem była sama relacja Longchampa z oblężonego miasta – po prostu niewiele tam się działo. I nawet sam kapitan, którego charakter uwielbiam tego nie zmieniał. Końcówka jednak wynagradza wszystko.

Dzień dobry Danielu!

Zdradzę Wam tylko jedną rzecz – chyba, że nie chcecie jej wiedzieć, to przejdźcie szybko do kolejnego akapitu – wyzwolony Jax przyjmuje nowe imię: Daniel. Mam ogromny sentyment do tego imienia i uważam, że jest naprawdę ładne, więc bardzo się ucieszyłam i jeszcze bardzizej polubiłam tego mechanicznego. Jest troszkę nieporadny, a jednak przebiegły, zbyt ufny, a jednak potrafi zawalczyć o swoje. Jest mechanicznym, który ma więcej ludzkich odruchów niż niejeden człowiek.

W tym tomie poznajemy bieg wydarzeń z perspektywy Jaxa, Berenice i kapitana Longchampa. Pastor Visser wciąż odgrywa dużą rolę, ale już nie towarzyszymy mu w jego wędrówce z oczywistych względów (których Wam póki co oszczędzę). Możemy więc przekonać się jak myślą mechaniczni, co czuje obrońca Zachodniej Marsylii skazany na klęskę i jak siarczyście potrafi klnąć Berenice. A mówiąc szczerze, to czasem byłam pod wrażeniem wysublimowanych przekleństw.

Podsumowanie.

Drugi tom nie był ani lepszy ani gorszy od poprzedniego – Ian Tregillis utrzymał poziom i karmił czytelnika coraz to nowymi zwrotami akcji. Mącił, mieszał i popchał wszystko do przodu, a ja po prostu nie mogłam się oderwać. Kiedy skończyłam czytać poczułam ogromnego książkowego kaca. Wiedziałam, że niedługo będę mogła go zaspokoić trzecim tomem, ale wiedziałam, że jednocześnie zbliżę się wtedy do końca tej historii i nie będę miała już co czytać. I zazdroszczę tym, przed którymi jeszcze ta przygoda się nie zaczęła.

Autor: Ian Tregillis
Tytuł: Powstanie
Liczba stron: 430
Wydawnictwo; SQN

Żniwiarz – Pusta Noc

Żniwiarz – Pusta Noc

Kiedy tylko zobaczyłam Żniwiarza wiedziałam, że to książka dla mnie. Po opisie byłam już tak głodna lektury, że o mały włos nie rzuciłam wszystkiego i nie zaczęłam czytać jak tylko otrzymałam książkę dzięki portalowi czytampierwszy.pl. Co więc poszło nie tak?

Na upiory żniwiarz pomoże.

Magda to na peirwszy rzut oka jest zwykłą dwudziestolatką. Widzi jednak więcej niż przeciętny człowiek: duchy, upiory, martwce i inni. Wszyscy ci, którzy po śmierci nie trafili do Nawii, ale wałęsają się po świecie. Ktoś musi ich odesłać z powrotem i tym właśnie zajmują się żniwiarze – w tym wujek Magdy Feliks. Kiedy zostaje zabity przez upiora bardzo długo nie powraca w nowym ciele, a kolejne wypadki po jego powrocie wydają się dziwnym zbiegiem okoliczności. Kto stoi za licznymi zaginięciami żniwiarzy? I dlaczego nawii stali się tak aktywni?

Cała historia przypominała mi trochę Wiedźmina. Do tego słowiańskie wierzenia, duchy, upiory i Magda sprawiały, że aż przebierałam nóżkami aby jak najszybciej zabrać się za tę książkę i w ciemno zaopatrzyłam się również w drugą część. Wyobraźcie sobie zatem jaki był mój zawód po tak dobrym opisie, okładce i rekomendacjach. Tak, książka jest całkiem w porządku. Ale nie powaliła mnie na ziemię.

Młodzieżówka dla trochę młodszych czytelników.

Mam wrażenie, że ta młodzieżówka nie jest przeznaczona dla rówieśników Magdy, ale dla kogoś kilka lat młodszego. Bohaterka jest nadal troszkę dzieckiem, bezmyślnie czasem naraża siebie i innych na niebezpieczeństwo stworów, z którymi w żaden sposób nie może się równać. Kusi los, ale dziwnym trafem nikt, nawet żniwiarz Feliks nie zwraca jej na to uwagi. Mam trochę wrażenie, że tam wszyscy dorośli są jacyś tacy niedorośli. Relacja Magdy i Mateusz też jest trochę dziwna – niby są razem tak gdzieś od 70 stron, ale pierwszy raz dają sobie buziaka na pożegnanie na prawie 300. Naczekał się biedny Mateusz. No właśnie. On też troszkę mnie zaskoczył. Przeżył pożar w którym zginęli jego dziadkowie, a pamiątką po tym są blizny na przedramionach, które ukrywa pod długimi koszulami. Kiedy jednak Magda mówi mu, żeby się ich nie wstydził – natychmiast podwija rękawy i już więcej ich nie chowa. Szybko uporał się z traumą.

Denerwowało mnie też, że wszyscy w tej książce mówią do siebie. Bardzo dużo scen bohaterowie odgrywają zupełnie samotnie i autorka zamiast użyć swojej wrzechwiedzącej mocy i powiedzieć czytelnikowi co też myślą – nakazuje im mówić to głośno. Przez cały czas. Znalazłam też trochę nieścisłośni – ktoś wsiada do swojego samochodu, chociaż przyszedł na piechotę. Magda narzeka, że nie widziała się z Mateuszem cały tydzień, bo pracował, natomiast Aleks kilka kartek dalej mówi jej, że wujostwo denerwuje się, bo Mateusz cały czas opuszcza pracę dla Magdy. Ona niestety nie zwraca na to uwagi.

Za mało upiorów, za dużo ludzi.

Miałam nadzieję, że te wierzenia słowiańskie i nawii będą zajmować chociaż połowę książki. Tak się jednak nie dzieje. Nawet polowanie na żniwiarzy schodzi na dalszy plan, ponieważ czytelnik głównie śledzi losy Magdy i trochę Feliksa. Samo pozbywanie się upiorów też jest jakoś w sumie całkiem proste. Na większość jest ten sam sposób, wystarczą metalowe pręty i garść ziół bądź soli. Okej, ale wydaje mi się to wszystko jakoś dziecinnie proste. Za proste.

Polowanie na żniwiarzy powinno być osią całej książki. Powinno ją pięknie rozwijać, a autorka mogłaby odkrywać przed czytelnikiem i bohaterami kolejne puzzle tej zagadki. Ja jednak szybko dowiedziałam się o co tak naprawdę chodzi i trochę męczyło mnie, że ciągle stroimy w martwym punkcie. Nie było tak, że się nudziłam, ale nie miałam też tak, że biegłam do domu żeby tylko czytać, czytać i czytać.

Genialny pomysł.

Naprawdę chylę czoła przed autorką, ponieważ pomysł w swojej istocie był po prostu genialny. Może nie innowacyjny, ale to trudna sztuka w dzisiejsych czasach, kiedy już tyle zostało wymyślone. Ale jednak wykonanie, nawet jeśli to młodzieżówka uważam, że mogło być zdecydowanie lepsze. To, że mamy do czynienia z czytelnikiem młodszym i jemu dedykujemy książkę, to nie znaczy, że mamy mu pokazywać świat, nawet ten mroczny, w różowych barwach. Biorąc Zniwiarza do ręki on wie, że to nie jest opowieść o zwykłych nastolatkach, że są tam upiory i inne zmory, że będzie krew i będzie też śmierć. Dlatego uważam, że troszeczkę to zostało przesłodzone.

Przeżyłam ogromny zawód, bo się trochę zawiodłam. Sama jestem sobie winna, bo na pewno jeśli nie oczekiwałabym od tej książki niczego to spędziłabym bardzo miło czas. Nie zrozumcie mnie źle, teraz też spędziłam go miło, chociaż troszkę to wymęczyłam, bo przed oczami miałam coś co zatrzęsie polską fantastyką i literaturą młodzieżową. Tak się niestety nie stało, dalekie było echo tego trzęsienia ziemi z dala ode mnie.

Podsumowanie.

To nie jest zła książka – jest szkolna, jest poprawna, jest dobra w swoim zamyśle, ale brakło mi tego czegoś. Liczę, że druga część wynagrodzi mi ubytki pierwszej, chociaż słyszałam, że mniej się dzieje niż w pierwszej nad czym bardzo ubolewam. Jak dla mnie w pierwszej nie działo się zbyt wiele, książka nie trzymała mnie w napięciu. Spędziłam miłe chwile, popatrzę na piękną książkę, ale sięgnąć po kolejną – nie sięgnę. Przykro mi, ale znów nie popłynęłam na fali dobrych recenzji dla książki, która wszystkich zachwyciła.

Autor: Paulina Hendel
Tytuł: Żniwiarz. Pusta noc
Liczba stron: 430
Wydawnictwo: Czwarta Strona

Sztuka oddechu

Sztuka oddechu

W ciągu doby oddychamy 22 tysiące razy, ale w zdecydowanej większości nie jesteśmy nawet tego świadomi. Szkoda, bo moglibyśmy wiele na tym zyskać – oddech pomaga niwelować stres, zwolnić tempo, odprężyć się i znaleźć radość w niewielkich rzeczach. 

Sztuka oddechu. 

Danny Penman to trener uważności, dziennikarz i pisarz, którego książka dotycząca Mindfulness stała się bestsellerem. Dzięki sztuce świadomego oddechu udało mu się przeżyć ciężki wypadek na paralotni. Nie skupiał się wtedy na bólu i trudnościach, ale na oddychaniu. Siła umysłu bywa niesamowita. 


W Sztuce oddychania próbuje pokazać czytelnikowi co robić, aby być bardziej uważnym, kreatywnym i zdrowym na ciele i na umyśle. Jak trenować swój oddech, uczyc się korzystać ze wszystkich jego dobrodziejstw. Pokazuje liczne ćwiczenia, które mogą pomoc w walce ze stresem. 

Wiara czyni cuda

Dosyć sceptycznie podchodzę do tego typu spraw, ale ostatnio zbyt dużo się denerwuję. Po przeczytaniu tej książki zaczęłam świadomie oddychać podczas stresujących sytuacji. I nie uwierzycie, ale pomogło. Według zaleceń skupiam się na oddychaniu, na ruchu mojej klatki piersiowej, niemalże czuję jak tlen je wypełnia i ulatnia się dwutlenek węgla, jak moje narządy, mój mózg odbierają życiodajne gazy. Myślę o tym tak intensywnie, że odprężam się, przestaje myśleć o tym, co złego się wydarzyło. 

Czytałam jak zaczarowana głównie dlatego, że książka jest cudownie wydana. W środku znajdziecie piękne obrazki, które są tłem do każdej strony – czarne i błękitne niczym niebo w lecie. To nie jest gruba książka, ma nieco ponad 120 stron, a każda wypełniona jest dosłownie kilkoma zdaniami. Takimi, które zapadają głęboko w pamięć. Nie zajdziecie tam naukowego wyjaśnienia czym jest oddychanie albo jak to wyglada z perspektywy lekarzy. To po prostu trening dla czytelnika od kogoś, kto sam stosuje te zasady i poleca je kolejnym osobom. 

Śliczne wydanie.

Maleńki format, piękne, błękitne ornamenty i proste schematy pomagające uporządkować ćwiczenia sprawiają, że książka również pięknie wyglada. Można spokojnie ułożyć ją na półce, sięgać w razie potrzeby, albo schować do torebki i mieć zawsze pod ręką. Lubię takie książki, które oprócz wartości w środku niosą za sobą też piękną okładkę i wnętrze. 


To nie jest książka dla każdego, ale uważam, że rady tam zawarte przydzadzą się każdemu. Jeśli jednak nie chcecie nic zmienić, dalej chcecie biegać bez tchu przez życie to książka Wam się nie spodoba. Skrzywicie się tylko, bo to przecież nie dla Was, nie wierzycie w takie rzeczy, oddech to jak bicie serca – ma się dziać samoistnie, żeby jeszcze o tym nie trzeba było myśleć. Oddech jest za darmo, więc nie jest wart uwagi. 

Podsumowanie. 

Jeśli macie problem ze stresem, chcecie zmienić trochę podejście do życia, oczyścić umysł i otworzyć swoje pokłady kreatywności na świat – spróbujcie tej książki. Nic Wam to nie zaszkodzi, a może pomoże. Przeczytanie zajmie Wam godzinę, ale zrozumienie – może nawet całe życie… 

Autor: Danny Penman 
Tytuł: Sztuka oddechu 
Liczba stron: 120
Wydawnictwo: Znak

52 Book Chalange 2017

52 Book Chalange 2017

Nie czytam na wyścigi, ale do tego wyzwania dołączyłam z przyjemnością. Zawsze uważałam, że dużo czytam, ale przez dwa lata nie udało mi się osiągnąć magicznego progu 52 książek w ciągu roku. Oczywiście, że liczy się też jakość przeczytanych książek, bo nie sztuka wziąć 50 cieniutkich książeczek i cieszyć się z wyniku. 

W moim przypadku jednak biorę udział w wyzwaniu wyłącznie sama dla siebie. Chcę po prostu wiedzieć jak dużo i jak szybko czytam, co to było i jak do tego podeszłam. Moja pamięć niestety jest mocno zawodna, więc lubię mieć to „na papierze”. 

52 książki w 2017.

Udało się tyle właśnie przeczytać, a najlepsze jest to, że rok jeszcze się nie skończył. Mam więc szansę przebić 2016 i 2015 w których nie dobiłam nawet do tej magicznej liczby, bo miałam zdecydowanie mniej czasu. O studenckich czasach już nawet nie wspominam – czytałam wtedy mało tego, co chciałam, a dużo opasłych tomiszcz historycznych. 


W tym roku jednak idzie mi znakomicie, więc jestem zadowolona. Najgorzej wypadł czerwiec, ponieważ przeczytałam tylko jedną książkę z powodu urlopu, przeprowadzki i paru innych rzeczy, a najlepiej któryś z wakacyjnych miesięcy – bo brak prób sprzyja czytaniu. 

Najlepsze przeczytane dotychczas książki. 

Rok jeszcze się nie skończył, więc może ten ranking się zmieni, ale dotychczas przeczytałam kilka naprawdę świetnych książek. Ciężko wybrać która prowadzi, ale byłam bardzo zadowolona z lektury Życia pasterza, Ocalałych, Dzikich łabędzi i Mechanicznego. Książki totalnie różne, ale bardzo satysfakcjonujące. Życie pasterza to bardzo ciekawa autobiografia napisana przed mężczyznę, który żyje w rodzinie od pokoleń zajmującej się wypasem owiec. Opowiada o swoim życiu w mieście i na wsi, o codziennej pracy, ojcu i dziadku. Bardzo odprężająca i ciekawa książka. 


Ocalałe jeszcze nie zostały wydane, ale miałam okazję przedpremierowo je przeczytać. Bardzo zaciekawiła mnie fabuła i spędziłam naprawdę emocjonujące chwile  na czytaniu. Trzy kobiety ocalały z masakry. Quincy wiedzie mimo to normalne życie, które rozsypuje się, kiedy jedna z Ocalałych odbiera sobie życie. 

Dzikie łabędzie to opowieść o trzech pokoleniach chińskiej rodziny. Jung Chang opowiada o losach swojej babki, matki oraz samej siebie. Zobaczymy tam przekrój ustrojowy Chin na przestrzeni wielu lat – od cesarstwa aż po komunizm. Wiele strasznych obrazów, które wstrząsają człowiekiem. 


Mechaniczny trafił w moje ręce przypadkiem, ale nie żałuję tego spotkania. Światem rządzą ludzie, którzy stworzyli podległe im maszyny. Podczas pewnej morskiej wyprawy jednak jeden z mechanicznych przypadkiem odzyskuje wolną wolę i nie podlega już nikomu. 

Najgorsze książki w tym roku. 

Lista wciąż jest otwarta, ale mam nadzieję, że więcej złych książek nie przeczytam. Tutaj lądują Harry Potter i Przeklęte Dziecko, Zdobywcy oddechów i Domowy survival. Powiem krótko – nie tego oczekiwałam od tych książek. Harry Potter okazał się być niedojrzałą wersją samego siebie, naciąganą historią w ogóle nie w klimacie. Zdobywcy oddechów  to zdecydowany przerost formy nad treścią, gdzie autor starał się upchnąć wszystkie możliwe powiedzonka, przysłowia i piosenki jakie znał. Domowy survival zaś mocno nastraszył mnie, że jeśli przyjdzie kataklizm (a przyjdzie na pewno), to zostanę na lodzie. A jeśli się przygotuje, to na pewno zazdrosny sąsiad mi to zabierze. 


Są takie książki do których wraca się z radością i są takie, które chciałoby się wrzucić do śmietnika jeszcze przed końcem. Oczywiście, nie można powiedzieć, że książki dzielą się tylko na dobre i złe, bo każda dla mnie zła książka może okazać się czymś świetnym dla kogoś innego. O gustach przecież się nie dyskutuje. Dlatego mam szczerą nadzieję, że książki, które mi nie przypadły do gustu spodobały się komuś innemu. 

Dlaczego tak lubię czytać? 

To trudne pytanie, które zaskakująco często słyszę od osób, które od książek zwyczajnie stronią. A ja lubię zagłębić się w historię inną niż własne życie, spędzić miło czas i przewracać kartki. Wybieram sobie bohaterów, których polubiłam i kibicuję im, jestem ciekawa co tam też się wydarzy. Czytając książki mam poczucie, że odpoczywam w najlepszy możliwy sposób. 

Będę więc czytać aż pozwoli mi na to czas i oczy. Będę starać się zarażać tym innych i udowadniać, że czytanie jest super. I będę tym niestatystycznym Polakiem, który czyta jedną książkę w tygodniu. 

A jak Wasze wyzwania? Bierzecie w jakimś udział?

Lab girl

Lab girl

Hope Jahren to nagradzana i znana w środowisku naukowym biolożka zajmująca się badaniem drzew. Książka Lab girl opowiada o kobiecie, która całe swoje życie związała z badaniami nad rozwojem drzew.

Szalona badaczka.

Autorka właściwie wychowała się w laboratorium, stąd jej żywe zainteresowanie badaniami. Swoją karierę rozpoczęła jako goniec w szpitalu, w którym przynosiła przygotowane leki na sale operacyjne. W końcu awansowała i sama takie mieszanki tworzyła. Ostatecznie jednak trafiła do własnego laboratorium i zaczęła prowadzić badania dotyczące roślin. We wszystkim pomagał jej nieco dziwaczny kolega Bill, z którym mocno się zaprzyjaźniła.


Poświęciła swoim badaniom wszystko – rodzinę, dobre zarobki, piękne mieszkanie. Postawiła na badania wiedząc, że jeśli nie odniesie sukcesu to nic nie zwróci jej tych wszystkich lat i ciężka praca się nie opłaci.

Jak dużo przyrody? 

Miałam nadzieję, że książka będzie naszpikowana ciekawymi informacjami dotyczącymi świata naukowców. Ostatecznie jednak dowiedziałam się niewiele. Można nawet powiedzieć, że była to bardziej egzystencjalna książka, opowiadająca o podejściu człowieka do natury, a nie o badaniu jej.


Autorka mocno skupia się na swoich przeżyciach, odczuciach, a mniej na tym co faktycznie bada. Zdradza nam niewiele szczegółów dotyczących samych badań – raczej zupełne podstawy i ciekawostki bez zagłębiania się w istotę sprawy. Nie wynalazła lekarstwa na raka ani nie odkryła czegoś co zmieniłoby nasze myślenie o roślinach. Miała wzloty i upadki, lepsze i gorsze chwile. Nie poddała się jednak, czerpiąc swoją siłę z pomocy jaką otrzymała od życzliwych osób, Billa, czy wreszcie męża. W książce pokazuje nam swoje dwie twarze – naukowca i kobiety, która cierpi, kocha i dzieli swoje radości z czytelnikiem.


Liczyłam na więcej informacji odnośnie drzew, korzeni, nasionek i innych. Otrzymałam tego stosunkowo niewiele, a jednak się nie rozczarowałam. Przeczytałam tę książkę jednym tchem z największą przyjemnością poznając ciekawe i wesołe przygody Hope i jej przyjaciela Billa. Od czasu do czasu autorka przebąkiwała coś o istocie swoich badań, ale schodziło to trochę na dalszy plan.

Przyjemność przede wszystkim.

Jestem urzeczona Lab girl. Nie dostałam tego, na co się nastawiałam, a mimo to spędziłam kilka naprawdę wspaniałych godzin na czytaniu. Wielokrotnie śmiałam się pod nosem, aż ludzie w autobusie rzucali mi dziwne spojrzenia. Martwiłam się, kiedy autorka przechodziła trudne chwile i kibicowałam jej kiedy ciągle szukała środków na rozwój swojego laboratorium. Lab girl to bardzo przyjemnie i z humorem napisana książka o kobiecie, która musiała zmierzyć się z nieprzychylnym jej płci światem naukowców. Autorka zdradza nam swoje motywy i przekazuje co było jej motorem do walki o swoje marzenia.

Podsumowanie.

Nie spodziewajcie się naukowego traktatu, ani nawet popularno-naukowej rozprawy. Przygotujcie się na ciekawą opowieść człowieka, który dla swojej pasji mógł porzucić wszystko. Dajcie się ponieść ciekawej historii i śmiejcie się ze wszystkich zabawnych sytuacji. Po prostu rozkoszujcie się ciekawą, prostą i finezyjnie napisaną książką o kobiecie naukowcu, drzewach i miłości.

Autor: Hope Jahren
Tytuł: Lab girl
Liczna stron: 423
Wydawnictwo: Kobiece

Dziedzice ziemi

Dziedzice ziemi

Już wspominałam Wam jak wielką miłością obdarzyłam Ildefonso Falconesa, hiszpańskiego autorka powieści historycznych, który szczególnie umiłował sobie XIV wiek. We wrześniu powrócił z kontynuacją słynnej i bestsellerowej Katedry w Barcelonie, a Wydawnictwo Albatros obdarowało mnie nowiusieńką i przepiękną książką Dziedzice ziemi.

Kim jest Hugo Llor?

Chłopiec o imieniu Hugo po stracie ojca otrzymuje pomoc od micer Arnaua Estanyola, poważanego w całej Barcelonie i głównego bohatera Katedry w Bracelonie. Zaczyna pobierać nauki na mistrza szkutniczego nosząc niewolniczą kulę za pewnym Genueńczykiem, który ma go wszystkiego nauczyć. Jego siostra trafia do zakonu, aby tam odbierać wykształcenie i w odpowiednim momencie otrzymać wiano i wyjść dobrze za mąż. Matka natomiast trafia na służbę do rękawicznika. U Falconesa jednak szczęście nie trwa wcale długo i w wyniku zmiany na tronie głowę traci wiele niewinnych osób w tym Arnau. Hugo wpada w tarapaty i już wkrótce okaże się, że większe niż początkowo sądził.


Jego kłopoty są jeszcze bardziej dotkliwsze tym bardziej, że w pewien sposób dotykają również jego bliskich. Próbując rozwiązywać problemy Hugo przysparza sobie ich jeszcze więcej. Wkrótce jednak otrzyma stosowną pomoc od żydowskiego przyjaciela micer Arnaua. Układ sił jednak znów się zmieni i żydzi popadną w niełaskę. A wraz z nimi na dno idzie również Hugo – wraz ze swoją największą miłością.

A to naprawdę dopiero początek.

Kontynuacja, ale może jednak nie?

Na okładce znajdziemy informację, że Dziedzice ziemi to kontynuacja Katedry w Barcelonie, jednak wcale nie trzeba czytać pierwszej części, aby odnaleźć się w drugiej. Kiedy pojawiają się dobrze znane nam z poprzedniego tomu osoby autor i tak wyjaśnia krótko kim byli i co wnieśli do fabuły. Robi to tak sprytnie, że czytelnik nie ma niczego ani podanego na tacy, ani nie odczuwa, że właśnie wepchnięto mu całe mnóstwo informacji. Podobnie jest z historią. Owszem, dowiemy się sporo o prawdziwych wydarzeniach w Hiszpanii i Europie na przełomie XIV i XV wieku, ale będzie to tak podane, że nawet się nie zorientujemy. Próżno szukać tutaj dwustronicowych opisów historii i polityki, czy wyjaśnień wszystkich zawiłości. Dostajemy potężną dawkę wiedzy pomiędzy przygodami i życiem Hugona, dzięki czemu nawet się nie zorientujemy jak dużo już wiemy.


Nie zrażajcie się zatem ci, którzy historii nie lubią. Jeśli kręcą Was dobre powieści, z ciekawą historią i dobrze nakreślonymi bohaterami, to na pewno się nie zawiedziecie.

Nieszczęście za nieszczęściem i nieszczęściem pogania.

Falcones ma to do siebie, że nie tylko umieszcza swoje powieści w burzliwych czasach w samym środku wielkich przemian, ale i mocno naznacza nimi bohaterów. Ktoś zawsze jest mocno wmieszany w historię i odczuwa jej skutki boleśnie. Jeśli bohater właśnie wszedł na szczyt, to zaraz znajdzie się jego wróg, który z przyjemnością zrzuci go na samo dno. Nie ma taryfy ulgowej również dla Hugona, który w sumie jako dziecko i młody chłopak trochę sam prosi się o kłopoty. Ciągle skacze do gardła większym od siebie, ma czasem zupełnie irracjonalne pomysły, zachowuje się wyzywająco i nie słucha dobrych rad. Z czasem na szczęście z tego wyrasta i szybko orientuje się, że zuchwalstwo nie popłaca. Nigdy.

Jest człowiekiem z krwi i kości – kocha i nienawidzi, cieszy się i smuci, pracuje i odpoczywa. Ale jest przede wszystkich dobry – to też rys głównych bohaterów Falconesa. Oni zawsze są sprawiedliwi i nawet jeśli się mszczą, to autor najpierw pokazuje, że mają pełne prawo ponieważ doświadczyli tak dużo. Byłam na to gotowa sięgając po tę książkę i nie zawiodłam się wcale.

Podsumowanie.

Bądźmy szczerzy – Dziedzice ziemi to cegła, ma prawie 900 stron. Doskonale napisana powieść historyczna, wielowątkowa, do pisania której autor jak zwykle dogłębnie studiował historię Barcelony końca XIV wieku. Znajdziecie tam wszystko, czego oczekujecie od trzymającej bez tchu powieści: przeróżnych bohaterów, miłość, nienawiść, zemstę, nagłe zwroty akcji i całe mnóstwo emocji, które targają czytelnikiem. Nie będzie się nudzić, to pewne, jeśli tylko nie boicie się bezbolesnego przyjęcia sporej dawki historii i grubego tomiszcza, którego nie przeczytacie w zatłoczonym autobusie.

Autor: Ildefonso Falcones
Tytuł: Dziedzice ziemi
Liczba stron: 880
Wydawnictwo: Albatros

Ślad po złamanych skrzydłach

Ślad po złamanych skrzydłach

Bałam się tej książki. Skusiła mnie opisem, ale jednak pochodziłam do niej z dystansem. Okazało się jednak, że niepotrzebnie, bo skradła mi serce. Ślad po złamanych skrzydłach porusza najgłębsze struny.

Jakie skrzydła?

Marin, Trisha i Sonya to trzy siostry, które po długich latach spotykają się we trzy wraz z matką nad łóżkiem chorego ojca. Ojca, który był dla nich tyranem – bił wszystkie oprócz Trishy za każde najmniejsze przewinienie (a czasem bez powodu). To dlatego kilka lat wcześniej Sonya uciekła – wyruszyła w długą podróż byle dalej od swojego rodzinnego domu i potwora, który ją prześladował w snach.


Nad łóżkiem ojca jednak będą musiały wszystkie zmierzyć się z bolesną prawdą i cieniami przeszłości i zweryfikować to, co o sobie dotychczas myślały. Nic nie okaże się łatwe, a ponure wspomnienia powrócą ze zdwojoną siłą.

Tak różne jak to tylko możliwe.

Marin to karierowiczka, która musi mieć wszystko zaplanowane. Kiedy jej życie rozsypuje się na drobne kawałeczki – w tym właśnie szuka swojego ratunku. Chce zaplanować kolejne kroki na przekór wszystkim aby uniknąć katastrofy. Nie przejmuje się nawet tym, że często przesadza i swoją pomoc wciska nawet tym, którzy tego nie chcą. Zwłaszcza jej córka Gia.

Trisha ma to, co chciała – idealny dom, który sama urządziła, kochającego męża. Brakuje jej tylko dziecka, ale ciągle nie jest na nie zdecydowana i sama zupełnie nie wie dlaczego. W końcu jednak prawda uderzy w nią z takim impetem, że wywróci jej życie do góry nogami.


Sonya po tym, jak dowiaduje się, że była niechciana wyjeżdża na studia i wraca do domu dopiero kiedy ojciec leży w śpiączce. Całe jej życie to fotografia – chowa się za aparatem jak za tarczą i nie dopuszcza nikogo do siebie. Będzie jednak musiała zmierzyć się z przeszłością i pokonać ją, jeśli chce zdobyć to, czego nigdy mieć nie mogła.

Emocje sięgają zenitu.

Czytałam i nie wierzyłam własnym oczom. Wiem, że przemoc domowa to nie są odosobnione przypadki, ale wciąż nie mogę tego pojąć. Jak ojciec może krzywdzić swoje dzieci bez powodu. Albo matka. To, co wydarzyło się w domu tych trzech młodych kobiet sprawiło, że ich życie na zawsze się zmieniło. Ojciec wyrwał im część nich samych, a zwrot nie był już możliwy. Tylko Trisha miała szczęście być ulubioną córeczką tatusia. Cienie przeszłości jednak sprawiają, że każda z nich nosi inną traumę o której nie informują świata – bo przecież zawsze trzeba było udawać idealną rodzinę. Problemy załatwia się przede wszystkim w domu.

Chociaż Brent nie mówi w czasie książki prawie nic wiem, że go nienawidzę. Skrzywdził swoje córki i żonę bardziej niż ktokolwiek mógł. Ranee, matka to bierny obserwator, który nigdy nie spróbował powstrzymać tragedii udając, że wszystko jest w porządku. Trisha, która nie doświadczyła przemocy ze strony ojca kochała go ponad życie co też mnie denerwowało – bo nie wykorzystała swojej miłości, aby ochronić siostry. Była dla mnie niesympatyczną postacią aż do momentu, kiedy i ona i ja poznałyśmy prawdę.

Książka trzymała mnie w napięciu i na koniec wycisnęła łzy. Byłam przerażona i zachwycona, pochłonęłam ją bardzo szybko. To wszystko, co przeczytałam o przemocy, jakiej doświadczyły bohaterki aż mnie zmroziło. Nie wiedziałam momentami co myśleć i co czuć. Złościłam się, kiedy wszystkie trzy siostry uciekały, chowały się, milczały, albo reagowały tak, jak nie powinny, ale zaraz przypominałam sobie, że to przez traumę. I im współczułam.

Podsumowanie.

Bardzo ciekawa, przyjemna i poruszająca lektura. Znajdziecie w niej mnóstwo nieporadności w życiu, problemów i siostrzanej miłości. Będziecie mogli poprzeklinać na los biednych dziewczyn, poznać co działo się za zamkniętymi drzwiami. Może w pobliżu Was również jest właśnie taka osoba. Rozejrzyjcie się.

Autor: Sejal Badani
Tytuł” Ślad po złamanych skrzydłach”
Liczba stron: 480
Wydawnictwo: Kobiece

Mechaniczny

Mechaniczny

Podeszłam do portalu CzytamPierwszy.pl z entuzjazmem, a po niezbyt udanym romansie z Pyłem Ziemi troszkę się wystraszyłam. Zwłaszcza, że Mechanicznego wybrałam w przypływie emocji. Ale skoro go już mam, to trzeba przeczytać.

Mechaniczni ludzie bez Wolnej Woli. 

Lata 20. XX wieku. Świat podzielony jest na protestanckich Holendrów i katolickich Farancuzów. Holendrzy posiedli jednak bardzo wartościową umiejetność wykonywania mechanicznych służących, na których alchemiczne nałożyli przymus służby pod karą niewyobrażalnego bólu. Geas nałożone przez wypożyczających ich właścicieli narzuca im stuletnią służbę. Silniejsze jednak jest metageas, które nakłada królowa bądź zarządcy.

Francuski król na wygnaniu wraz z papieżem i ich poplecznikami próbują odkryć tajemnice alchemicznie nakładanych geas i uwolnić mechaniczne istoty. To właśnie one w czasie ostatniej wojny doprowadziły do upadku Francji. Praktycznie niezniszczalne i śmiercionośne maszyny, posłuszne swoim panom. Opozycji holenderskiej przewodzi piękna i przebiegła Berenice, która planuje rewolucyjne rozwiązania. I przypadkiem wywołuje wojnę.

Kiedy więc podczas morskiej wyprawy jeden z mechanicznych służących Jax rozbija powierzony mu mikroskop nagle dzięki soczewce odzyskuje wolność. Już nie wiążą go żadne geas, może sam wybierać czego chce. Jeśli jednak zdradzi się – wszystkie mechaniczne maszyny zwrócą się przeciwko niemu. Musi więc swój dar bardzo ukrywać. A to dopiero początek jego kłopotów…

Wiele wątków. 

Nie chcę zbyt wiele Wam zdradzać, więc powiem tyle, że to, co wyjawiłam wyżej to zdecydowanie nie wszystko. Owszem, Jax i Berenice to główne postaci, ale swoją narrację prowadzi także pastor Visser. To co dzieje się ze wszystkimi trzeba osobami to istne szaleństwo – mnogość ciekawych zwrotów akcji, dialogów, opisów, po prostu wszystkiego. Ich losy splatają się ze sobą i łączą w jedną całość, ale szybko ich drogi znów się rozchodzą, by połączyć się później, ale na krótką chwilę. Tam nic nie dzieje się z przypadku, wszystko doskonale przemyślano.

Autor wymyślił świat, jakiego po części się boimy. Stworzył świat maszyn podporządkowanych ludziom, ogarnięty ukrytą wojną, pełnym knowań i przeróżnych układów sił. Byłam bardzo zaciekawiona co się wydarzy i jak potoczą się losy Jaxa, którego strasznie polubiłam.

Berenice, Visser i Jax. 

Trójka głównych bohaterów, każdemu przyglądamy się z bliska. Berenice to arystokratka, członkini Tajnej Rady przy boku francuskiego króla. Rozpoczyna projekt zbadania jedynego znanego jej klakiera (czyli mechanicznego), który pozbył się swoich geas. Nikt jednak nie wyraża na niego zgody, a jeden zły ruch może ją wiele kosztować.


Pastor Visser to katolik, członek tajnej fransukiej siatki w samym sercu wroga – w Hadze. Będzie próbował nadal działać mimo, że ze wszystkich szpiegów pozostał tylko on. Nie spodziewa się jednak, że ściągnie na swoją głowę coś znacznie gorszego niż śmierć.

I wreszcie mój ulubiony Jax. Mechaniczny klakier, jedyny jaki opowiada nam swoją historię. Wiemy więc, że czuje i myśli – nie jest bezmózgą maszyną wykonującą polecenia swoich bogatych państwa. Od pastora Vissera otrzymuje tajemniczy mikroskop, który ma przewieźć przez ocean i dostarczyć pewnemu piekarzowi. Podczas sztormu jednak mikroskop ulega zniszczeniu, a soczewka wyzwala Jaxa. Klakier nie wie co zrobić z Wolną Wolą jaką odzyskał i brakiem geas. Jedyne co wie to, że nie może zdradzić nikomu swojej przemiany.

Zwroty akcji i zakończenie. 

Niesamowicie dużo ciekawych zwrotów akcji, powrotów do wcześniejszych wątków, które nagle składają się na jedną całość. Nie mogłam oderwać się od czytania i bardzo żałowałam, że nie mogę po prostu usiąść i to skończyć i zabrać się za kolejne części. Bo są aż dwie!

Zakończenie zwaliło mnie z nóg, zwłaszcza, że domyslilam się dalszych losów Berenice. A to oznacza, że będzie jeszcze ciekawiej i jeszcze bardziej niebezpiecznie. Mimo, że czasem zachowywała się strasznie głupio i nieodpowiedzialnie za co przypłaciła wysoką cenę – polubiłam ją. A autor wcale nie oszczędził jej i kazał zapłacić jeszcze więcej.

Jedyne co mi się nie podobało to katolickie wstawki – wykorzystanie religii zawsze w jakimś stopniu mnie niepokoi, na dodatek zawsze to śliski grunt. Autor jednak podszedł do tematu poprawnie – nie zbeszczescił niczego. Użył też mocno prawilnych symboli: katolicka Francja i protestancka Holandia.

Podsumowanie. 

Zakochałam się. Książka miała kilka słabszych momentów, ale one dosłownie tonęły w tych dobrych. Podobała mi się kreacja świata, bohaterowie i mechaniczni, który nadawali książce ciekawej oprawy. Jeśli lubicie fantastykę i alchemię – będzie się Wam podobać.

Tytuł: Mechaniczny
Autor: Ian Tregillis
Liczba stron: 468
Wydawnictwo: SQN

Make photography easier

Make photography easier

Kasię Tusk i jej bloga Make Life Easier chyba każdy zna. Nawet jeśli nie śledzi i nie czyta, to wie kto to taki, przynajmniej w blogosferze. Kiedy więc dowiedziałam się, że autorka wydaje książkę o fotografowaniu (a zdjęcia moim zdaniem robi genialne) to nie mogłam jej nie dostać w swoje ręce. Jak więc wypada Make photography easier na tle moich oczekiwań? 


Zróbmy sobie ładną fotkę. 

Fotografią amatorską bardzo interesowałam się w liceum. Zrobiłam nawet kilka naprawdę ciekawych zdjęć. Kiedy jednak postanowiłam wejść do blogosfery wiedziałam, że będę musiała też fotografować. Założyłam bookstagrama a tam szybko zauważyłam, że lepsze zdjęcia mają siłę przebicia. Eksperymentowałam i widziałam coraz lepsze efekty, ale to ciagle nie jest doskonałość do której dążę. 

Kasia Tusk postanowiła zatem podzielić się swoim blogerskim i fotograficznym doświadczeniem i zdradzić co nieco z kulis swojej pracy. W Make photography easier znajdziecie więc porady jak zrobić sobie ładne zdjęcie, jak lepiej na nim wyglądać, jakie wybierać tło, w jaki sposób najlepiej fotografować jedzenie. Rozdziały są dokładnie podzielone na kategorie i opatrzone pięknymi zdjęciami także tymi z przygotowań. 

Dowiedziałam się kilku ciekawych rzeczy, na przykład, że aby powiększyć na zdjęciu optycznie swoje oczy należy przed jego wykonaniem na chwilę je zamknąć – wtedy będą wydawać się większe i bardziej błyszczące. Myślę, że każdy znajdzie tam coś dla siebie. 

Chciałabym więcej. 

Rozczarowałam się, bo oczekiwałam więcej. Więcej treści, zdjęć i porad. Uważam, że możnaby z tego tematu wycisnąć więcej. Może autorka nie chciała zdradzać wszystkich swoich trików, albo ma plan na kolejną książkę. Przeczytałam ją bardzo szybko – 150 stron w jeden wieczór. Dużo zdjęć i tekst kończący się w połowie strony zdecydowanie mi to ułatwiły. Dlatego trochę się rozczarowałam, ponieważ chciałam więcej. Czuję niedosyt i trochę zawód. Książka zdecydowanie mi się podobała i nie żałuję, że ją kupiłam, ale dostałam za mało tego, czego się spodziewałam. Elementarz stylu dostarczył mi tylu ciekawych porad, że sądziłam iż dostanę podobną dawkę wiedzy. Tak się niestety nie stało. 

Podsumowanie. 

Dużo ciekawych porad i mnóstwo pięknych zdjęć. Dużo, ale dla mnie ciagle za mało. Chciałam więcej i czuję niedosyt. Pewnie w tej branży nie można też zdradzać wszystkiego, ale mimo wszystko. Tak to już jest, że jeśli książka jest dobra, to zawsze za szybko się kończy.