List z przeszłości 

List z przeszłości 

Zostałam zaproszona do tajemniczej, detektywistycznej zabawy z której postanowiłam zrezygnować po przeczytaniu książki… List z przeszłości miał być zaskakująca, detektywistyczną powieścią obyczajową. Był jednak pogmatwaną, niedopowiedzianą historią z najbardziej irytującą główną bohaterką.

Pomieszane z poplątaniem.

Lexy Shaw właśnie straciła matkę i przyszywaną babkę. Wyrusza więc do Edynburga, aby uporządkować sprawy Ursuli – ale także jak się okaże odebrać nietypowy spadek. Teczka z listami i dokumentami ma pomóc dziewczynie odnaleźć zaginioną rodzinę aż w Afryce.


Głównym wątkiem jest historia sprzed lat mająca wyjaśnić pewne sprawy. Trzy przyjaciółki Ursula, Helen i Evie skrywają mroczny sekret, który zmienił życie mnóstwa osób. Prawdę próbuje poznać po latach Lexy, córka zmarłej Isobel, jednak ktoś próbuje jej w tym przeszkodzić.

Wątków dodatkowych jest mnóstwo, a w większości nie za bardzo łączą się w jedną całość. A jeśli już to jest to toporne i niezbyt zgrabne. Nowe postaci pojawiają się na scenie niespodziewanie, bez ładu i składu i jakiegokolwiek wyjaśnienia.

Irytująca bohaterka. 

Chyba najgorsze co przydarzyło się tej historii to Lexy. Jest tak straszliwie irytująca, że to aż boli. Naciska, wtyka nos w nie swoje sprawy, wypytuje, męczy umierającą staruszkę, krzyczy na nią, olewa byłego, który stara się jej pomóc. Najgorsze chyba było to, jak się zachowywała w stosunku do niego. Kiedy on próbuje jej pomóc (na jej wyraźną prośbę, albo dlatego, że ona swoje własne sprawy olała), to ona irytuje się conajmniej tak, jakby to on się jej narzucał.


W teczce od Ursuli ma wszystkie tajemnice jak na dłoni, ale nie kłopoci się i nie zagląda do nich lub robi to z ociąganiem. Zamiast najpierw zerknąć właśnie tam, to wszystkie informacje próbuje zdobyć za wszelką cenę od innych osób. Jedno zaproszenie na popołudniowy spacer od zupełnie obcego mężczyzny sprawia, że Lexy już drży na myśl, że mogłaby go w sobie rozkochać (cóż za skromność!). Swojego byłego zbywa przy każdej okazji, ale kiedy on akurat nie ratuje jej tyłka wzdycha do niego i tęskni. Zaskoczyło mnie również to, że Lexy zadawała sobie pytania o pochodzenie wszystkich dookoła, ale nigdy nie zastanawiała się skąd wzięła się u Ursuli jej matka.

Wypijmy za błędy. 

Mówią, że Polacy nie potrafią poprawnie mówić i pisać, bo czytają zbyt mało książek. Ale jeśli nawet czytaliby to co naskrobala Mairi Wilson (albo tłumacz) to zdecydowanie nie poprawiliby swojej polszczyzny. Tak złej książki dawno nie czytałam. Po pierwsze: używanie słowa klamczyni jest dla mnie jakaś abstrakcją. W którym my wieku żyjemy? Dodatkowo: „co ją wściekało”, „wyglądała wystarczająco szacownie jak na odwiedziny w szpitalu” – serio?!, „Helen nie groziło już żadne bezpieczeństwo”, a straszliwe przekleństwo to „do cholery”. Momentami byłam po prostu przerażona poziomem językowym tej książki. Niedopracowana, źle przetłumaczona. Na początku zatrzęsienie wszystkich znanych przysłów irytowało równie mocno co Lexy.


Podsumowanie. 

Zdecydowanie odradzam. Poplątana historia, często niespójna, tragiczne błędy językowe utrudniające czytanie, irytująca główna bohaterka. W połowie książki zaczęłam być po prostu wściekła, że to wszystko tak się źle toczy i że muszę w ogóle to czytać. Ale stało się – ku przestrodze innych czytelników. Tak złej książki chyba dawno nie czytam.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Kobiece.

8 powodów dla których musisz przeczytać „Dżentelmena w Moskwie”

8 powodów dla których musisz przeczytać „Dżentelmena w Moskwie”

Dzisiaj swoją premierę ma wyjątkowa dla mnie książka Dżentelmen w Moskwie. Z tej okazji mam dla Was 8 powodów dla których warto ją przeczytać. A raczej jak w sądzie 8 powodów i powódek, którzy Wam ją polecą – bo powodów podają o wiele więcej.

1. Maobmaze

Dżentelmen w Moskwie to cudowna historia, napisana pięknym językiem. Glowny bohater skradł moje serce! Pomimo tego, że został pozbawiony wszystkiego co do tej pory sprawiało mu przyjemność, pozostał dżentelmenem w najczystszej postaci. Bez względu na okoliczności zawsze pokazywał się z najlepszej strony.

Polecam tę książkę z całego serca! Ciekawa fabuła, cudownie wykreowani bohaterowie i piękna okładka- to wszystko sprawia, że Dżentelmena w Moskwie czyta się z przyjemnością.

2. Mieszkająca między literkami 

Sięgając po książke Dżentelem w Moskwie miałam małe obawy czy podołam, czy zrozumiem czy przeczytam? Wyszło, że były bezpodstawne, ponieważ książkajest napisana  tak pięknym, aczkolwiek łatwym do zrozumienia językiem, że magia słów przenosi nas w tamten okres czasu, aby przeżyć każdą chwilę u boku głównego bohatera. Napomknę, że główny bohater to taki pokrój osób, które uwielbia się już od pierwszych stron nowej powieści. Otwarty, serdeczny, dobroduszny, pomocny, obeznany w wielu kwestiach życia, dżentelmen w każdym najmniejszym calu. Według mnie warto przeczytać tę książke głównie dlatego, aby zrozumieć i zauważyć, że małe rzeczy mogą przynieść nam o wiele więcej radości z życia niż te wielkie, które często są cieżko osiągalne. Ale i możemy dowiedzieć się co nieco z histroii Rosji, wspaniałych potraw czy wykwintnych win. Jednym zdaniem, polecam książke tego autora, dzięki której poszerzycie swoje horyzonty i to w niejednym kierunku.

3. Gosia z bloga wyznaniaksiazkoholiczki

Życiem rządzą przypadki. Właśnie z powodu jednego z nich trafił do mnie „Dżentelmen w Moskwie”. Zaczynałam czytać nie mając większych wymagań. To, co otrzymałam, przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Powieść jest pełna inteligentnego poczucia humoru – nie są to żarty wywołujące głośny, niepohamowany śmiech, raczej takie, które pozostawią na ustach czytelnika wyraz czystej satysfakcji. Autor bawi się z nami niedopowiedzeniami, pozwala łączyć ze sobą fakty, pozostawia dowolność interpretacji niektórych wydarzeń, używając licznych metafor. Mnogość nawiązań do świata kultury i sztuki zadowoli nawet najbardziej wymagających, innych skłoni do przestudiowania podjętych w dyskusjach tematów. Towles wcale nie wpuszcza nas do głowy głównego bohatera – pozwala jedynie obserwować jego czyny, od czasu do czasu rzucając uwagę pozostawiającą wiele pytań. Do samego końca nie wiedziałam, o czym tak naprawdę jest ta powieść. Dopiero w momencie przeczytania zakończenia uświadomiłam sobie, jak bardzo przemyślane było każde wydarzenie, zdanie, pojawiający się na chwilę bohater. Niespodziewanie najnowsza powieść Amora Towlesa okazała się jedną z najlepszych książek, które czytałam, nie tylko w tym roku. Osadzona w ciekawych czasach historia Rostowa skłoniła mnie do myślenia, wrócę do niej nie raz. Jestem pewna, że każde kolejne spotkanie z tą książką pozwoli mi odkryć w niej coś nowego. Polecam!

4. Marta bibliofilembyc

Dżentelmen w Moskwie budzi podziw swoim klimatem, językiem, kreacją bohaterów, subtelnym humorem. Chociaż akcja dzieje się w czasach po upadku caratu i dojściu do władzy bolszewików, ta powieść ma w sobie wiele z Tołstoja i innych mistrzów rosyjskiej literatury. Dla miłośników Rosji to lektura obowiązkowa. Dla mnie to najlepsza książka, jaką przeczytałam w tym roku!

5. She volf czyta

Jeśli czytacie książki dla czegoś więcej niż kolejna recenzja, jeśli czytacie je nie dlatego, że wszyscy inni to robią, jeśli książka to dla was coś więcej niż element bookstagramowej czy blogowej przygody, jeśli w książce szukacie piękna klasycznej literatury, jeśli chcecie choć na chwilę wejść do tego niesamowitego świata, o którym mam wrażenie, że kompletnie zapomnieliśmy w tym szaleńczym biegu jakim jest nasze życie, to jest to książka dla Was. Ja wiem, że do Dżentelmena w Moskwie wrócę jeszcze nie raz i nie dwa, z kubkiem gorącej herbaty i słonymi paluszkami.

6. Beata Kobiela 

Dżentelmen w Moskwie to opowieść niezwykła. Wręcz magiczna. Autor porwał mnie w zupełnie inny, ale jakże bliski świat. Ta opowieść ma taki specyficzny klimat. Czytasz i marzysz aby ta historia się nigdy nie kończyła… bo chcesz tam być, w tym małym świecie razem z bohaterami. Jeśli naprawdę chcecie oderwać się od codzienności, polecam Wam to dzieło! Tak dzieło! Odkrycie tego roku.

7. Ver reads

W Dżentelmenie w Moskwie najbardziej urzekło mnie zobrazowanie, w jaki sposób człowiek potrafi całkowicie przewartościować swoje życie. Hrabia został zmuszony do zrezygnowania z codziennych wygód, które do tej pory wydawały mu się wręcz niezbędne do życia. Jednak mimo wszystko znakomicie odnalazł się w nowym otoczeniu, a jednocześnie nie stracił pogody ducha, nie zatracił samego siebie. Jak wspomniał „… ostatecznie to właśnie niewygody okazały się dla mnie najważniejsze”, co moim zdaniem jest idealnym podsumowaniem całej książki. Ukazuje, że pomimo przeciwności losu można pozostać sobą i, co najważniejsze, najzwyczajniej być szczęśliwym.

8. Ja

Nie miałam złudzeń, że Dżentelmen w Moskwie będzie powieścią, która skradnie moje serce. Wiedziałam to już od pierwszej strony. Genialny, pełen uroku osobistego i dobrych manier hrabia Rostow stał się dla mnie niemalże przyjacielem. Po prostu musicie przeczytać tę książkę! To prawdziwa gratka dla tych, którzy lubią klasyczną rosyjską literaturę i klimat Grand Budapest Hotel tylko w bardziej poważnym wydaniu.

Jeśli ciagle zastanawiacie się czy warto sięgnąć po tę książkę to powiem Wam na koniec, że nie pożałujecie. Jeśli nie zadowoli Was treść, to z pewnością zrobi go przepiękna, złota okładka.

Dziękuję wszystkim, którzy zechcieli podzielić się z nami swoimi przemyśleniami dotyczącymi książki! Jesteście nieocenieni.

Premiera już dzisiaj, więc pędźcie do księgarni!

Pył Ziemi

Pył Ziemi

Jakiś czas temu przeczytałam u kogoś na blogu recenzję tej książki i zachwycona uznałam, że to coś dla mnie. Kiedy więc na portalu CzytamPierwszy.pl zauważyłam w ofercie tę książkę – nie zastanawiałam się ani chwili. Długo odkładałam lekturę, ale dzisiaj ostatecznie przeczytałam wszystko. I jestem bardzo rozczarowana.

Pył naszej Ziemi. 

Lilo i Rez to przedstawiciele gatunku ludzkiego, który przetrwał na niezniszczalnym statku w kosmosie. Przybywają na Ziemię w poszukiwaniu Biblioteki Snów, chociaż nie od razu zdradzają czytelnikowi po co. Na swojej drodze spotykają wiele osób, zostają nawet wielokrotnie zaatakowani – ale w wyniku długiej ewolucji i zaawansowanej techniki są niezniszczalni. Ich ciała potrafią się leczyć, a nawet wskrzeszać. Trafiają do osnutego trującą mgłą Londynu i tam poznają nowy świat z pomocą Jacka Valentine. Co ciekawe – przybywając na Ziemię sadzili, że wszyscy zginęli.

70 milionów ludzi zostało wystrzelonych w kosmos w XXIV wieku, ponieważ Ziemi groziła zagłada. Przez wiele stuleci statek dryfował w kosmosie odkrywając jego tajniki. Na jego pokładzie działo się wszystko – od pokoju po wojnę, od normalnej egzystencji po sterylizację wszystkich i ulepszenia genetyczne. W końcu zakazano rozmnażania się na przepełnionym statku, a Lilo i Rez to ostatnie dzieci.

Książka miała być o wiele dłuższa? 

Autor zawarł w Pyle Ziemi mnóstwo wątków – tajemniczego plemienia żyjącego w prymitywnych warunkach, Jacka Valentine, pochłoniętego mgłą Londynu, królowej Lys i wreszcie niezniszczalnego statku i rodzaju ludzkiego w kosmosie. Momentami czułam się w tym wszystkich zagubiona i nie do końca wiedziałam o co chodzi. Odnosilam często wrazenie, że autor prześlizguje się po temacie – jakby zaawansowane technicznie sprawy trochę pomijał. Wyobrażamy sobie jak będzie wyglądał świat za miliony lat, ale chyba bez wnikliwej wiedzy technicznej nie jesteśmy w stanie tego zrozumieć. I opisać. Niektóre wyjaśnienia technicznych rozwiązań były jakby wymruczane pod nosem – niedokładne, chybione, nietrafne. Nie potrafiłam zbudować przez to świata. Często też odnosiłam wrażenie, jakby książka była o wiele dłuższa, ale ktoś z góry założył, że ma mieć 319 stron i ani jednej więcej, więc powycinał niektóre fragmenty. Przez to świat przedstawiony czasem nie trzymał się kupy, a niektóre osoby i zjawiska pojawiały się z czapy.

Niektóre techniczne terminy w ogóle nie były wyjaśnione, co mnie osobiście sprawiało kłopoty w zrozumieniu co tak naprawdę dzieje się z bohaterami. Miałam jednak wrażenie, że autor nie wyjaśnia ich nie dlatego, że zakłada iż ja to wiem, ale dlatego, że on sam tego nie wie.

Zastanawia mnie też dlaczego Jack Valentine, prawowity dziedzic tronu nie walczy o niego od początku. Żyje sobie na zesłaniu w Londynie i ma gdzieś rządzenie. Ale jak tylko Rez mu o tym przypomina – Jack natychmiast postanawia powalczyć o tron. Przecież jest jego! Wczas, panie Valentine, no naprawdę. Był mimo to postacią, która bardzo mi się spodobała – miała cięte riposty na każdą okazję, była wyrazista i bardzo interesująca. Polubiłam też trochę sarkastyczną Lilo.

Całą historię poznajemy z perspektywy Reza, który w moim odczuciu był nieco zachowawczy i nie do końca ujawnił się ze wszystkim. Ostatecznie i tak okazuje się, że to wszystko było trochę farsą, a czytelnik pozostawał na jakimś niższym poziomie incepcji, co bardzo mnie zaskoczyło. I bardzo mi się spodobało.

Dlaczego mi pan to zrobił? 

Książka Rafała Cichowskiego wypadłby znacznie lepiej, gdyby światy przedstawionemu poświęciłby nieco więcej miejsca. Trochę wyjaśnienień technologicznych oraz pokazanie czytelnikowi, że świat istnieje poza niezniszczalnym statkiem i najbliższą okolocą Londynu i Aurory (siedziby królowej Lys). Fragmentaryczne braki ukazywały dziwne dziury w fabule, co znacznie utrudniało czytanie. Potencjał ten książki był ogromny i uważam, że mocno zmarnowany. Długo czytałam tę książkę i chociaż nie można powiedzieć, że był to całkiem zmarnowany czas, to książka na pewno nie zagości w moim sercu na dłużej.

Czy były jakieś pozytywy? 

Oczywiście wiele rzeczy mogę zarzucić tej książce, ale nie jest tak, że wszystko mi się nie podobało. Gratuluję autorowi pomysłu, bo jest nieprzeciętny i naprawdę ciekawy. Kreacja głównych bohaterów, czyli Lilo, Reza, Jacka i może jeszcze doktora Hilariusa była całkiem przyjemna – każda postać była inna, dobrze nakreślona i wyrazista. Podobał mi się też cięty język Jacka, który wprowadzał sporo zamieszania i przyjemnych dialogów. Tym bardziej przez te pozytywy żałuję, że książka ostatecznie nie trafiła do mnie.

Podsumowanie. 

Duży potencjał, więc mam nadzieję, że kolejne książki pana Cichowskiego będą o wiele lepsze. Pył Ziemi jednak mimo dobrego pomysłu był trochę niedopowiedziany, a świat przedstawiony za mało dopracowany jak na tak zaawansowaną technicznie książkę. Dobre przygotowanie przed pisaniem to zawsze podstawa.

Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu SQN i portalowi czytampierwszy.pl

Eat pretty – jedz i wyglądaj pięknie! 

Eat pretty – jedz i wyglądaj pięknie! 

Książka Eat pretty kurzyła się na mojej półce już od dłuższego czasu, jednak moje problemy z cerą przyspieszyły sięgniecie po nią. Przeczytałam całkiem sporo książek o dobrej diecie, która ma mieć zbawienny wpływ na mój organizm. Nie jestem człowiekiem odżywiającym się mega zdrowo (chociaż niezdrowo bardzo też nie), ale czasem staram się trochę zmienić swoj styl życia.

Piękna dieta i piękne wydanie. 

Eat pretty Jolene Hart to przede wszystkim pięknie wydana książka – mnóstwo kwiatów, piękna wyściółka i okładka przypominająca wiosenny ogród. Lubię też ten trochę zbliżony do kwadratu format. Cała szata graficzna zdecydowanie do mnie przemówiła – lubię takie niby ręczne obrazki, proste kwiaty i pastele. Wiele porad znalazło się w osobnych, estetycznych ramkach, a kartki były nieco grubsze niż normalnie. Po prostu cud miód i orzeszki!

Sama Jolene zna się na tym, co pisze. Dieta, którą opracowała została oparta o jej własne doświadczenia. Jako redaktorka w magazynie urodowym miała bardzo złą cerę, która nie była jej wizytówką. Postanowiła zmienić nieco swoje życie i wprowadziła zmiany do diety.

No to z czego muszę znowu zrezygnować? 

Nauczyłam się już, aby nie brać każdej takiej diety w całości, a wybierać to, co dla mnie dobre (oczywiście w granicach rozsądku). Nie oznacza to, że skoro ktoś nakazuje mi nie jeść słodyczy, fast foodów i przetworzonej żywności, to rezygnuję wybiórczo z hamburgera, konserw i batoników, ale czekoladę i frytki zostawiam. Racjonalnie staram się podchodzić do wszystkiego i pozwalam sobie czasem (to znaczy raz w miesiącu) lekko zgrzeszyć. Kiedy więc przeczytałam w Eat pretty, że mięso to zło postanowiłam pominąć ten fakt, ponieważ ile dietetyków tyle opinii. Niektórzy uważają mięso za niezbędne do prawidłowego rozwoju, inni, że jest szkodliwe, a jeszcze inni odmawiają go z przyczyn ideologicznych. Skoro tyle jest opinii ja stosuję się do własnej i jem mięso, szanując tych, którzy tego nie robią. Nie postanowiłam też wprowadzić do diety wszystkiego, co proponowała Jolene, ale zaznaczyłam całkiem sporo stron, do których się zastosuję.


Z czym to się je?

Książka podzielona jest na kilka rozdziałów. Najpierw przekonacie się co Wam szkodzi i jak niektóre produkty działają na nasz organizm – i pozytywnie i negatywnie. Następnie autorka przeprowadzi Was przez kilka prostych tabel z ważnymi informacjami dotyczącymi tego co jesz. Wreszcie traficie na najbardziej rozbudowaną i chyba najważniejszą część – pory roku. Tam znajdziecie opis każdej z nich, na jakie części naszego organizmu powinniśmy zwrócić szczególną uwagę i jakie produkty sezonowe należy w tym czasie jeść. Jest tego mnóstwo – od egzotycznych rzeczy o których nawet nie słyszałam, przez typowo wegańskie aż do zwykłych, które w Polsce są łatwo dostępne i zapewne każdy z nas czasem po nie sięga. Skupiłam się więc na tym, czego mnie brakuje w swoim wyglądzie, o co muszę zadbać oraz na produktach, które lubię i znam. Postanowiłam wprowadzić je do diety szturmem i w dużych ilościach, a nie tak jak do tej pory w śladowych.

Ostatni rozdział jest jakby podsumowaniem i radami co należałoby zrobić, aby Eat pretty dobrze wcielić w życie. Autorka pisze jak dobrze oddychać, radzić sobie ze stresem i efektywnie spać. Dowiemy się wielu ciekawych rzeczy o własnym rozwoju i będziemy mogli sami ocenić jak dbamy o swoj organizm.

Czy mnie ta dieta pomogła? 

Po pierwsze stosuję ją krótko i nie ukrywajmy – dosyć wybiórczo, nie będę więc obiektywna. Za kilka miesięcy powiem Wam jak na mnie wpłynęła, ale już teraz mogę powiedzieć, że niektóre rozwiązania są genialne. I okazało się, że wcale tak źle się nie odżywiam. Zdecydowanie mnóstwo rad autorki jest jednak racjonalnych i dobrych dla nas – nie wymyśla niestworzonych i drogich produktów, ale nakazuje korzystać z tych sezonowych. Dzięki temu nie wydamy mnóstwa pieniędzy. Przeszkadzało mi tylko jedno – ciagle wspominanie, że łosoś powinien być dziki, jajka organiczne, marchewka też i w ogóle. To ciągle podkreślanie produktów eko było trochę męczące – dla mnie wystarczyłoby, aby autorka zaznaczyła ten fakt na początku książki. Chociaż i tak wydaje mi się, że większość z nas zdaje sobie sprawę, że aby produkty były zdrowe nie można kupować ich byle gdzie. Z drugiej strony nie dajmy się z wariować i nie jedźmy po kurczaka na ekologiczną farmę i tak dalej.

Podsumowanie. 

Pięknie wydana i w sumie całkiem mądra książka dająca mi poczucie, że niewielkim kosztem mogę żyć zdrowiej. Dało mi to nie tylko do myślenia, ale pozwoliło przekonać się, że drobne modyfikacje mogą naprawdę mi pomóc, chociaż pewnie według większości dietetyków jedzenie razowego chleba, warzyw i owoców z supermarketu, mięsa, makaronów i innych są dla mnie zabójstwem, ja jednak racjonalnie wybiorę to, co dla mnie dobre.

Jeśli więc dręczą Was jakieś problemy zdrowotne możecie śmiało skorzystać z Eat pretty! 

Aplikacje książkoholika

Aplikacje książkoholika

Dzisiaj w dobie komputerów i smartphonów mnóstwo książkoholików używa bardzo wielu aplikacji, które pomagają czytać, notować swoje postępy i ilość przeczytanych książek, obserwować innych czytelników, a nawet publikować swoje własne recenzje. Nie inaczej jest ze mną. Mnóstwo czasu spędzam poza domem, więc z komputera korzystam stosunkowo rzadko (nie wiem tylko po co kupiłam niedawno nowy). Telefon stał się więc chcąc niechcąc moim narzędziem pracy i radości. Pokaże Wam dzisiaj z czego korzystam aby moje książkoholicze życie było o wiele łatwiejsze. 

1. Popularne aplikacje społecznościowe.

Mam tutaj na myśli Facebooka, Snapchata, ale przede wszystkim Instagrama, z którego korzystam zdecydowanie najczęściej. To tam wrzucam zdjęcia, komentuję i podglądam innych – co wstawiają na tablicę i na story, co aktualnie czytają, co właśnie przyszło do nich do domu. Uwielbiam tę aplikację i chociaż ostatnio obraca się bardzo wokół pieniędzy to nadal chętnie tam zaglądam. 

2. Aplikacja do czytania ebooków. 

iPhone ma cudowną aplikację, nazywającą się bardzo odkrywczo iBooks, na której czytam wszystkie ebooki. Ciekawie dzieli pdfy, odtwarza wszystkie rozszerzenia oprócz .mobi (dziwne, że Apple i Kindle jeszcze ze sobą nie współpracują), ściemnia i rozjaśnia automatycznie ekran dostosowując się do oświetlenia. Znakomicie też przewija strony i zapamiętuje gdzie skończyliśmy. Brakuje mi tylko całkiem przydatnej funkcji – ile procentowo zostało nam książki i ile szacunkowo będziemy ją jeszcze czytać. Taką funkcję ma mój Kindle i jestem nią zachwycona (mała rzecz a cieszy). 


3. Aplikacje do obsługi blogów. 

Aby napisać tę notkę weszłam w aplikację WordPress, którą zainstalowałam już na początku blogerskiej kariery. Mam tutaj wszystko pod ręką – kokpit i blogi, które obserwuje. Ta aplikacja jednak nie aktualizuje mojego czytnika innych blogerów tak często jakbym chciała i wiele mi umykało, więc przerzuciłam się na coś innego. I tutaj polecam serdecznię aplikację Bloglovin, gdzie mam zbiór wszystkich ciekawiących mnie blogów. Dostaję powiadomienia o każdym nowym poście, więc jestem na bieżąco.

 

4. Aplikacje graficzne. 

Mój konik. Po prostu kocham te aplikacje, które dają mi mnóstwo radości. Mam oczywiście Pinteresta i Zszywkę. Korzystam też bardzo dużo z Canvy, Titlepic, Repost i Layout. Swoje logo stworzyłam w prostej aplikacji Sketches – polecam pobawić się nią, jest naprawdę bardzo ciekawa. Do obróbki zdjęć używam też mało popularnego, ale bardzo dobrego programu Snapseed. Dzięki Polly z bloga pollyflorence.co.uk zainstalowałam również pierwszą płatną aplikację Afterlight, która okazała się wprost genialna! A kosztowała tylko 5 zł.



5. Aplikacje wspomagające. 

Oczywiście nie obyłoby się bez kilku dodatkowych rzeczy, które wspomagają mnie przy pracy i zabawie. Używam InsFollowers do śledzenia wszystkich podczas konkursów (dużo osób przychodzi tylko po to, żeby wygrać książkę, a potem blokuje mnie). Dodatkowo pomagam sobie Spotify, Goodreads i Issuu, gdzie czytam czasopismo dla blogerów. 

Co kryje Twój telefon? 

Odkryłam, że to potężne narzędzie, które nie tylko służy do dzwonienia. Tutaj mam wszystko w jednym miejscu – mogę przejrzeć wiadomości, skontaktować się z bliskimi, zrobić ciekawe zdjęcia, zabić czas na przystanku, posłuchać muzyki, przejrzeć pocztę i umówić się do lekarza. Szybko zorientowałam się, że dobry telefon plus nielimitowany internet sprawią, że wszystkie moje blogerskie sprawy załatwię na przykład podczas przemieszczania się – praca, Krakus, dom. To ważne, ponieważ czasu u mnie jak na lekarstwo, a z wiekiem coraz gorzej sobie radzę z jego organizacją. 

Macie jeszcze coś ważnego, co powinnam mieć  – a nie mam? Mam nadzieję, że Wy również w tym zbiorze znajdziecie coś ciekawego dla siebie. 

Katedra w Barcelonie

Katedra w Barcelonie

Nie schodziła z listy bestsellerów przez 13 tygodni. Sprzedała się w ponad 6 milionach egzemplarzy. Była debiutem Ildefonso Falconesa, który tworzył ją aż 5 lat, studiując wtedy wnikliwie historię Katalonii. To dobry moment, aby przeczytać fascynującą Katedrę w Barcelonie, zwłaszcza, że dzisiaj swoją premierę ma druga część Dziedzice ziemi od Wydawnictwa Albatros.

Falcones – geniusz powieści historycznych.

O Falconesie i jego innej książce Bosonoga Królowa możecie poczytać tutaj. Dla mnie wszystkie jego książki są naprawdę świetne, ponieważ kreuje niestandardowych bohaterów, realnie komplikuje ich życie, chociaż każdemu daje się zrehabilitować, a tło, na jakim przedstawia akcję jest dopracowane do najmniejszego szczegółu i co najlepsze – historyczne.


Katedra w Barcelonie kręci się wokół prawdziwego wydarzenia, jakim była budowa kościoła Santa María del Mar w Barcelonie przez ubogi lud dzielnicy Ribiera. Arnau Estanyol, główny bohater w wyniku złego zbiegu okoliczności jest zmuszony nająć się jako tragarz, a po pracy pomaga przy budowie kościoła nosząc na plecach najpierw lżejsze kamienie, a potem te najcięższe. Porzucony przez matkę, wychowany przez ojca, który uciekł do Barcelony przed feudalizmem, w towarzystwie przyrodniego brata Joana czuje się samotny i zagubiony.

Jego historia jest okropna. Bernat Estanyol w dniu swojego ślubu musi oddać prawo pierwszej nocy swojemu panu feudalnemu. Ku jego największemu zadowoleniu piękna żona wkrótce rodzi syna, który ma takie samo znamię jak Bernat. Nie ochroni to jednak maleńkiego Arnau przed odrzuceniem skrzywdzonej kobiety, mającej żal do męża. Została gwałcona przez pana feudalnego i to położy się cieniem na jej życiu. Już wkrótce porzuci ich obu, a oni wyjadą do Barcelony szukać szczęścia poza feudalnymi okowami. Nic jednak nie jest takie proste i Bernat ginie w czasie zamieszek pozostawiając wystraszonego syna na łaskę obcej kobiety i przybranego brata.

Kim jest Arnau?

Chłopiec dorasta wśród biednych ludzi z miasta, swoje całe życie poświęca na ciężką pracę oraz pomoc przy budowie kościoła. Nie jest tak zdolny jak przyrodni brat, który wyjeżdża w końcu na zagraniczne studia i postanawia zostać księdzem. To prosty, poczciwy chłopak, któremu los nie zawsze sprzyja. Wszystko co osiąga (a osiąga bardzo dużo) dostaje dzięki swojej ciężkiej pracy. Niczego nie kradnie, wykorzystuje tylko swój spryt i inteligencję. Jest przedsiębiorczy i empatyczny, przez co lubiany przez tych mniejszych, a tłamszony przez zazdrość tych większych.

W książce poznamy wiele innych osób, każda ze swoją historią. Przez to odnosimy wrażenie jakbyśmy byli w samym sercu powieści i żyli w niej poznając wszystkich dokoła nas. To zwykli ludzie – ulegający swoim namiętnością i próbujący być szczęśliwymi. Liczne zwroty akcji, polityka, społeczne niepokoje oraz religia sprawią, że staną przed wieloma wyborami i nie raz zaskoczy nas to, co się wydarzy.

Podsumowanie.

Bardzo serdecznie polecam tę książkę – wspaniała powieść historyczna, dopracowana w najdrobniejszym szczególe. A jednak czytając ją w ogóle nie zorientujecie się jak potężną dawkę wiedzy otrzymaliście. Świetne pióro autora przeprowadzi Was przez fabułę tak, że nawet nie zauważycie, że już ją kończycie. 

Dzisiaj swoją premierę ma kontynuacja Katedry w Barcelonie, za którą serdecznie dziękuję Wydanwictwu Albatros! To była wspaniała niespodzianka! 


Dżentelmen w Moskwie

Dżentelmen w Moskwie

Hrabia Aleksander Ilijcz Rostow to prawdziwy dżentelmen – chodzi do teatru i opery, co tydzień strzyże się i goli, zjada obiady i kolacje w najlepszych restauracjach popijając je najlepszym winem. Oczywiście ściśle dopasowanym do spożywanej potrawy. Jest dżentelmentem w każdym calu, jednak jeden wiersz wszystkiego go pozbawił. Pozornie. Hrabia zostaje skazany przez bolszewickie władze na areszt domowy w niewielkich rozmiarów pokoju w hotelu Metropol.

Kim jest autor?

Amor Towles to amerykański pisarz znany ze swojej bestsellerowej powieści Dobre wychowanie. Wielokrotnie nagradzane dzieło, przetłumaczone na bardzo wiele języków przyniosło mu sławę i rozgłos. To prawdziwa gratka dla tych, którzy kochają Śniadanie u Tiffaniego i Wielkiego Gatsbiego. Kolejna książka Dżentelmen w Moskwie to bestseller, który trafił na sam szczyt najlepszych powieści według New York Timesa. Czy słusznie?

Hrabia Rostow prowadzi życie prawdziwego arystokraty i dżentelmena. Dodatkowo każdy jego ruch i wypowiedź świadczą o jego doskonałym wychowaniu. Zna się na winie, teatrze i kobietach. Nigdy nie traci też rezonu oraz spokoju ducha – nawet w momencie kiedy ktoś zupełnie bez przyczyny obcina mu jedną część okazałych wąsów. Za sprawą jednego wiersza trafia jednak do aresztu domowego i musi do końca życia pozostać w ciasnym pokoju w hotelu Metropol. Pozbawiony wielu cennych przedmiotów, możliwości wyjścia i spotkania z przyjaciółmi chce wciąż pozostać sobą i przede wszystkim dżentelmenem. Przystosowuje więc hotel do swoich potrzeb i odnajduje tam nawet więcej niż na wolności.

To tam powiększa swój pokój, znajduje wymarzoną pracę, przyjaciół oraz małą Ninę, która uczy go jak poruszać się po hotelu. To za jej sprawą wkrótce całe jego życie wywróci się do góry nogami, a on pozna prawdziwy sens życia.

Książka – geniusz!

Kiedy zaczęłam czytać tę książkę wiedziałam, że to będzie coś naprawdę świetnego. Hrabia był pełen spokoju ducha, zawsze reagował bardzo dyplomatycznie i właściwie – nawet w trudnych sytuacjach. Potrafił nawet niezbyt łaskawy los tak obrócić, aby wyjść z całej sytuacji zwycięsko. Przystosował hotel do własnych potrzeb i uczynił z niego miejsce, które odpowiada jego wymaganiom. Dzięki temu mógł dalej robić to, co definiowało go jako dżentelmena.

Byłam pełna podziwu jak hrabia ze spokojem przyjmuje wszystkie ciosy. Nie złościł się i irytował, zawsze pomagał ludziom dbając jednocześnie także o własne interesy. Tak umiejętnie lawirował, że zjednywał sobie nawet tych, którzy początkowo bardzo go nie lubili. A fabuła? Pełna ciekawych zwrotów akcji, chociaż przecież prawie wszystko odbywa się w jednym hotelu. Ciągle jednak towarzyszymy hrabiemu w różnorodnych rozrywkach, poznajemy nowe osoby i czytamy o przysznościach jakie serwowano w restauracji.

Dlaczego warto?

To świetna powieść z górnej półki, przedstawiająca pierwszą połowę XX wieku w Moskwie, podczas ogromnych zawirowań politycznych i drugiej wojny światowej. To jednak wszystko schodzi mocno na drugi plan – bowiem zamknięty w hotelu hrabia nie do końca przejmuje się tym, co na zewnątrz. Znajdziemy w tej książce mnóstwo ciepła, radości z życia i dowodów, że prawdziwe bogactwo jest w nas samych i nie potrzebujemy całej tej otoczki. Jeśli lubicie klasykę literatury – to coś idealnego dla Was. 

Nie przeczytacie tego w jeden wieczór. I dobrze, bo za szybko skończona lektura może stać się powodem frustracji. Rozłóżcie sobie dobrze tę książkę, a będziecie delektować się tym uroczym i świetnym dziełem przez wiele dni.

Premiera książki: 27 września.

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova.

Czaromarownik

Czaromarownik

Wiele z nas chętnie używa wszelakiego rodzaju kalendarzy – ściennych, w formie notatnika, postawionego na biurku, a nawet takiego w telefonie. Ale czy ktokolwiek z Was dba przy okazji o to, aby wynieść z kalendarza jeszcze więcej? 

Magiczna moc Czaromarownika.

Czaromarownik nie jest zwykłym kalendarzem. Znajdziecie tam ciekawe cytaty, horoskop, wiele porad (nie tylko tych magicznych) i oczywiście standardowe rzeczy typu imieniny czy święta. Na początku możecie przeczytać krótki horoskop na 2018 rok (matko to już tyle lat?!). Oczywiście, jak to z horoskopami bywa ten również jest dosyć tendencyjny, ale mnie usatysfakcjonował – kolejny rok ma być dla mnie wyjątkowo pozytywny. 


Znajdziecie tam również wiele porad – jakie kamienie szlachetne do Was pasują, co można zrobić z pestką awokado, niezbędne ubrania w szafie i tak dalej. Cała masa tego, co w zasadzie już znamy z innych poradników w jednym miejscu. Zmartwiła mnie tylko jedna rzecz: dokładna instrukcja pisania tradycyjnych listów. Czy w dzisiejszych czasach trzeba kogoś tego uczyć? Naprawdę? To straszliwie smutne. 

Jak wyglada ten kalendarz? 

Moim zdaniem jak na Czaromarownik jest bardzo surowy – wykrój czcionki i projekt stron przypominają mi najzwyklejszy, biurowy kalendarz. Spodziewałam się, że z każdej strony spadnie na mnie faktycznie magia, ale niestety. Rozczarowałam się tym mocno, ale mam nadzieję, że wynagrodzi mi to przyzwoite wydanie papierowe. 


Mnóstwo tekstów oczywiście dotyczy spraw magicznych – magia kolorów, kamieni, zapachów, znaków zodiaków. Wiele dotyka również spraw bardziej przyziemnych – co zrobić aby lepiej się czuć, triki do wykorzystania w domu i kuchni. Ciekawe, ale nieodkrywcze jak dla mnie, chociaż komuś mogą się rzeczywiście przydać. 

Podsumowanie.

Przepiękna okładka no i kalendarz, który możecie dowolnie dostosować do siebie. Jest dużo miejsca na własne notatki i przemyślenia, ciekawych informacji okołomagicznych. Niestety, liczyłam na więcej i miałam nadzieję, że grafika środka zwali mnie z nóg. Tak się nie stało, dostałam biurowy kalendarz z garścią ciekawych informacji. 

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję Grupie Wydawniczej Illuminanto. 

Finalnej wersji jeszcze nie posiadam, dlatego zdjęcia w mojej aranżacji zobaczycie trochę później. 

Po linii prostej 

Po linii prostej 

Seria książek kryminalnych o komisarzu Dixonie rozpoczyna się tytułem Po linii prostej. Autor, Damien Boyd wykorzystuje w niej swoją prawniczą wiedzę i częstuje czytelnika doskonałą, ponoć bardzo poczytną literaturą. Ale czy aby na pewno?

Kim jesteś komisarzu Dixonie? 

Komisarz Dixon przenosi się z Londynu, porzuca dobrze prosperujące stanowisko dla niższego w rodzinnym mieście. Jest bardzo inteligenty, szybko wpada na kolejne tropy, a jego pomysły zawsze są trafione. Kiedy więc jego były partner wspinaczkowy ginie w tragicznym wypadku za równo komisarz jak i rodzice zmarłego wiedzą, że ktoś przyłożył do tego rękę. Komisarz przygląda się więc śledztwu, poucza żółtodziobów, którzy w zasadzie nic nie robią, aby sprawę rozwiązać. Równocześnie prowadzi własną, dużą sprawę włamywaczy.

Miasteczko do którego wraca komisarz jest niewielkie, jednak na tyle duże, aby nie wszyscy się znali. Nie widzimy też na horyzoncie w zasadzie nikogo znajomego komisarza oprócz rodziny zmarłego i jego samego. To trochę dziwne biorąc pod uwagę, że to rodzinne miasto Dixona.

Komisarz ma też psa, Montiego, którego niemalże przez 80% akcji w książce trzyma w samochodzie. Często zostawia tam psa nie bardzo się nim martwiąc (chociaż nigdy nie zostawił samochodu w słońcu, to fakt). Odnosilam jednak przez to wrażenie, że pies jest trochę na siłę i w zasadzie autor sam nie wie co ma właściwie z nim zrobić.

Lekka, przyjemna i bez szału. 

Książkę skończyłam czytać w jeden dzień. Zagadka, którą trzeba było rozwiązać była dosyć prosta i niezbyt pogmatwana. Szybko można było się odnaleźć w tej historii i przejrzeć niektóre fakty. Podejrzewałam też kto jest mordercą. Jednak ostateczne rozwiązanie sprawy trochę mnie zawiodło – odkrycie prawdy zajęło pięć stron, a komisarz stał jak słup soli i patrzył na rozwój wypadków zamiast działać.

Odnosiłam też wrażenie, że wszystko mu się udaje i wszystko wie. Naraził niewinnych ludzi na ogromne niebezpieczeństwo bez zmrużenia okiem. Nie wydaje mi się, że ktokolwiek podjałby taką decyzję bez zastanowienia.

Podsumowanie. 

Żadnego szału, chociaż czytało się naprawdę przyjemnie. Trochę za mało komplikacji jak dla mnie w życiu tego człowieka – też tak chcę. Uważam też, że książka mogłaby być trzy razy grubsza – wtedy wszystkie wątki zostałyby ładnie rozwinięte, a nie ledwie liźnięte.

Recenzję tej książki możecie również przeczytać u Weroniki.

Za udostępnienie egzemplarza z ciekawą okładką dziękuję Wydawnictwu Editio Black.

Domowy survival

Domowy survival

Domowy survival to kanał na YouTube, ale także książka, która ukazała się nakładem Flow Books. Chociaż Krzysztofa Lisa i Artura Kwiatkowskiego, czyli autorów jednego i drugiego nigdy nie słuchałam/czytałam, to jednak pomyślałam, że ta książka może być dla mnie. Jak radzić sobie z kryzysem w domu. Taki poradnik dla małej złotej rączki. Niestety, dosyć mocno się pomyliłam, najpewniej przez to, że czytając opis z tyłu książki z podekscytowania założyłam coś zupełnie innego.

Zawsze radziłam sobie jakoś sama. Odkąd mam Lubego, który w pracach typowo męskich w domu jest mistrzem – nie muszę się trudzić i kminić. Kiedyś jednak byłam zdana sama na siebie i metodą prób i błędów zawsze sobie radziłam. Pomyślałam więc, że jeśli przekonam się co powinnam robić kiedy wysiądzie mi prąd, albo jak przygotować się na kryzys będzie mi o wiele łatwiej.

Jak przetrwać atak zombie?

Co zrobić kiedy w mieszkaniu, całym bloku, albo całym mieście nagle zamknięty zostanie dopływ wody. Na jeden dzień – w porządku, jakoś sobie każdy poradzi, ale jeśli stan ten utrzyma się to wkrótce zniknie cały zapas ze sklepów. Pomysłowy Dobromir jednak skorzysta wtedy z rezerw, które zachomikował pod łóżkiem i z tego, co zostało mu jeszcze w spłuczce (zresztą tam też może przechowywać pieniądze). Na kryzys też dobrze przygotować się magazynując jedzenie, a najlepiej zakopując je w ogródku. Można też hodować kury i zrobić sobie ogródek na balkonie.

Wszystkie rady na pewno są bardzo przydatne, ale moim zdaniem  mocno przesadzone. Autorzy książki podchodzą do tego wszystkiego jakby jutro miało nigdy nie nadejść. Jakby kataklizm był nie tylko realny (o czym każdy zwykły człowiek bardziej lub mniej zdaje sobie sprawę), ale przede wszystkim gwarantowany w najbliższej przyszłości. Powinnam zatem wynająć większe mieszkanie (a najlepiej je kupić, i to za swoje, nie za kredyt, no bo kataklizm), tam magazynować wodę, kuchenkę turystyczną, paliwo, opał, koce, jedzenie, rośliny i zwierzęta. Chociaż to i tak może na nic się zdać, bo szabrownicy.

Niepokój, wszędzie niepokój!

Przyznam szczerze, że czytając tę książkę popadłam w lekką paranoję. Miałam wrażenie, jakby za oknem czaili się szabrownicy, czekający na kryzys, który zaraz ogłoszą w telewizji aby wynieść z mojego mieszkania nieliczny dobytek jaki mam. Czułam się cały czas jak taki beztroski człowiek, który nie magazynując wody pod łóżkiem i nie wożąc w samochodzie siekiery (jakby drzewo zwaliło się na drogę żebym miała czym je wyciupać), albo nie posiadała dwóch kart kredytowych w dwóch różnych bankach naraża siebie na rychłą zgubę. Jakby autorzy wiedzieli więcej niż ja. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że często zdarzają się kataklizmy, które niszczą ludzkie życie i ich dobytek i to, że mnie to omija to nie znaczy, że zawsze tak będzie, no ale bez przesady. Nie dajmy się zwariować i żyjmy, cieszmy się tym w granicach rozsądku. Nie można przygotować się na wszystko.

Denerwujące było również to, że dużo rzeczy zawartej w tej książce wymagało odrobiny wiedzy technicznej i opowiadano od tej strony o wielu urządzeniach i rozwiązaniach. Zdecydowanie nie była to lektura dla kobiety, której humanistyczny umysł był odporny na wszystkie napięcia i przetworzenia prądu stałego w zmienny, pojemności akumulatorów i tym podobne. Rozdział o rodzajach kuchenek turystycznych był dla mnie wyjątkowo nużący.

Dla kogo ta książka?

Na pewno dla ludzi, którzy lubią być gotowi na każdą ewentualność, albo lubią biwakować i chętnie coś takiego przeczytają. Myślę też, że w Ameryce, w dobie budowania własnych schronów mogłaby sprzedać się w niebotycznych ilościach. Nie jestem pewna czy w Polsce osiągnęliśmy ten stan, kiedy boimy się kataklizmu i najazdu UFO. Jeśli jest inaczej – bardzo Was proszę, oświećcie mnie! W zamian mogę wymienić się wiedzą jakie rośliny możemy jeść i gdzie i na co najlepiej polować jeśli jedzenie będziemy musieli zdobywać w lesie.

Zdecydowanie nie polecam tym, których techniczne możliwości niektórych urządzeń nie interesują. Jeśli jednak wolisz dmuchać na zimne, mieszkasz w dużym domu, najlepiej z ogrodem i wiedzie Ci się nie najgorzej – cóż, powinieneś zapoznać się z Domowym survivalem i przygotować się na ciężkie czasy.