Światło między oceanami

Książki, które ktoś zechciał zekranizować dostają nowe życie. Ci, którzy ich jeszcze nie odkryli nagle dostają olśnienia. Albo sytuacja odwrotna – nagle cała rzesza ludzi zdaje sobie sprawę jak bardzo zła książka ujrzała światło dzienne. W tym pozytywnym aspekcie było również z ekranizacją Światło między oceanami. Niedawno  wróciła z nową, filmową okładką, tak nawiasem bardzo ładną.

M.L. Stedman pochodzi z Autralii, ale obecnie mieszka w Londynie. Te szczątkowe informacje pochodzą ze strony jej angielskiego wydawcy. Książka Światło między Oceanami jest debiutancką powieścią tej autorki.
Zebrała bardzo dobre recenzje, wspominające niezmiennie o jej poruszającej historii i potężnej grze na emocjach. Przez wiele tygodni utrzymywała się na liście bestselerów New York Timesa. Mimo to odnoszę wrażenie, że swój sukces w Polsce zawdzięcza dopiero ekranizacji, która odświeżyła okładkę na wydanie filmowe i przypomniała czytelnikom o tym niezwykłym melodramacie. W 2016 roku na ekrany polskich film wszedł film o takim samym tytule i nie tylko przyciągnął do kin wiele osób, ale i zaprowadził wiele osób do księgarni.

Historia jest niezwykła: ona i on, kochają się, zakładają rodzinę z dała od cywilizacji na wyspie z latarnią morską. Jednak los szybko zabiera im szczęście i Isabel traci kolejne dzieci. Owym światłem między oceanami ma być wyrzucona na brzeg łódka z małą dziewczynką w środku, którą para przygarnia jak swoją. Jednak ich radość nie trwa długo i jest zapowiedzią końca wszystkiego.

Trudno kochać lub nienawidzić bohaterów. W pewnym momencie nie wiemy już co jest moralnie w porządku, a co nie, ponieważ zawsze ktoś cierpi. Niektóre kłamstwa i błędy da się łatwo wytłumaczyć tym, że ktoś po prosty chciał ukoić ból, być szczęśliwym. Wyrzuty sumienia są zagłuszane dobrem innych. Zdajemy sobie jednak po jakimś czasie sprawę, że radość głównych bohaterów jest tragedią kogoś innego.

Bohaterowie są wyraziści, dokonują bardzo różnych wyborów. Dają nam się polubić do tego stopnia, że w pewnym momencie sam czytelnik daje im przyzwolenie na zawłaszczenie czyjegoś dziecka. Odsuwa się wtedy od siebie myśl, tak samo jak zrobiła to główna bohaterka, że gdzieś czeka prawdziwa matka na swoją zaginioną córeczkę.

Nie przepadam za literaturą tego typu, a jednak piękna okładka i (o zgrozo) trailer filmu skusiły mnie do sięgnięcia po książkę. I całe szczęście, ponieważ całość przypadła mi do gustu i momentami naprawdę rozczuliła. Jest napisana ładnym, prostym językiem, szybko się ją czyta i naprawdę gra na emocjach.

W leniwy dzień, kiedy słońce praży nam prosto w twarz można spokojnie wybrać tę właśnie książkę.